W smudze czasu

O autorskim spektaklu telewizyjnym Andrzeja Strzeleckiego "Warszawa".

Właściwie to wszystko już było. Warszawa zatrzymana w kadrze 1 września 39 roku. Echo piosenki, dowcip kabaretu. Codzienność splątana z katastrofą. Żart puentowany łzą. Jeszcze żyjemy, jeszcze dziś przypomina wczoraj, lecz już krąży widmo zagłady. Sny o potędze nabierają wymiaru tragifarsy.
    Pamięć tamtych dni zapisywano w tonie górnym i obrazoburczym, szlachetnym i kunktatorskim. Ba, temat zawędrował nawet do komiksów i gier komputerowych. Tym bardziej należy podkreślić fakt, iż autorski projekt „Warszawa”, który Andrzej Strzelecki zrealizował w Teatrze Telewizji (premiera 7 września 2009) wyróżnia nie tylko pięknie cyzelowany koloryt scen, precyzyjny warsztat aktorski, ale i bardzo osobista perspektywa całego przekazu.
    Reżyser nie unika wzruszeń. Wręcz je eksponuje, nadając tej ekspozycji stylizatorski szlif. Kanwę dramaturgii stanowi forma piosenki. Słowa – refreny odbijają rysy bohaterów. Czasem jest to odbicie wprost,  nierzadko portret bywa zamglony, a zdarza się też, że nowy wizerunek zmienia charakter oryginału. Każde z tych migawkowych zbliżeń ma  nie tylko odrębny aktorski wyraz, ale też szczególny drugi plan. Tam bowiem widzimy nieludzko zmęczoną twarz miasta. Piosenkę – która stawia pytania, żongluję między żartem, sentymentalnym błyskiem, ironicznym cudzysłowem, a prawdziwym wzruszeniem – reżyser precyzyjnie łączy z językiem fotografii. Wędrując od kabaretu, knajpy, ulicy, szpitala po luksusowy apartament, akcja prowadzi do małego zakładu fotograficznego. Stąd pochodzą zdjęcia – rekwizyty. Równocześnie fotografia oraz fotografowanie kształtują magiczny klimat całej teatralnej opowieści, służą metaforycznemu obrazowi wrześniowej Warszawy.
    Polityka sięga kabaretu, salon dotyka spelunki. Całe to gorzko-sentymentalne materii pomieszanie znajduje swoją przestrzeń w wielobarwnym fotoplastikonie.  Zdjęcia [ Piotr Bernat], scenografia [Anna Wunderlich], kostiumy [Tatiana Kwiatkowska], aranżacja muzyczna [Marek Stefankiewicz] współtworzą atmosferę ostatnich godzin wolności. Gest, słowo, muzyka, światło, troskliwie zaznaczony plastyczny szczegół akcentują wzajemne relacje warszawiaków, relacje miasta jeszcze rozbitego wewnętrznymi podziałami i już zwartego w obliczu wojny.
 Wiktor Zborowski (jeden ze wspaniałej kabaretowej trójki, obok Bogdana Łazuki i Krzysztofa Tyńca), zdjąwszy na chwilę szmoncesowy rynsztunek, śpiewa legendarny przebój Miry Zimińskiej „Nikt tylko ty”. Pomysł szatański, ryzyko łatwego pastiszu, a przecież wynik okazał się znakomity. Sygnalizując melodramatyzm tekstu, artysta z niezwykłym taktem zaznacza kwestię ostatecznego pożegnania ludzi, miejsca, historii.
    Zresztą trzeba powiedzieć, że reżyser nie oszczędza aktorom karkołomnych, stylizatorskich zadań. Oto Mamuśka [Stanisława Celińska] w tête à tête z Inspektorem [Wiktor Dębiński]. Ona niejeden szwindel ma na sumieniu. On niejeden raz wywracał paragrafy. Mógłby powstać z tego rodzajowy skecz, a urodziła się prawda o niezbadanych pokładach serdecznych ludzkich więzi.
    Wśród różnorakich wystylizowanych cytatów spektakl przywołuje m.in.  elementy dokumentu, filmu akcji, romantycznej intrygi. Coś z elegii, coś z epitafium. Ciekawą barwę wprowadza np. scena spotkania wytwornej Pani Ministrowej [Beata Ścibakówna] i króla podziemia Stacha [Przemysław Sadowski]. Daleko im do siebie, a przecież łączą się w jednym mgnieniu września. I tak powstała piękna, zrealizowana z wyczuciem stylistycznych niuansów nostalgiczno-liryczna etiuda. Delikatny ślad dosłowności, a ile domysłu. Brawo ! Zresztą gratulacje należą się całemu zespołowi [m.in. soczysta wyrazistość i dramatyzm dialogu via piosenka – Katarzyna Dąbrowska; cudowną mieszaninę naiwności i warszawskiego sprytu pokazała Dominika Kluźniak; syntetyczne, ekspresyjne ujęcie okaleczonej przez wojnę rodziny – wyrazisty trójgłos: Joanna Pałucka, Andrzej Strzelecki, Antoni Pawlicki ].  A jednak są w przedstawieniu dwa zbliżenia specjalnej aktorskiej miary: Bohdan Łazuka i Krzysztof Stelmaszyk.
     Łazuką w „Balu na Gnojnej”  zachwycaliśmy się wielokrotnie. Co tu dużo gadać. Arcydzieło, kanon. Jednak najnowsza teatralna wersja wnosi tu specyficzny rodzaj ekspresji – sygnały bólu i świadomości końca. Gaśnie gest, zamierają słowa, milknie fraza muzyczna. Zostaje ostatnie ujęcie twarzy aktora. Już nikt „nie tańcz”. Panie Bogdanie, uczyli Pana najwięksi. Pan im dorównał !
    Dojrzały mistrz i młodszy kolega – Krzysztof Stelmaszyk- któremu niejeden serial usiłował nałożyć gębę. Szczęśliwie artysta ocalał i teraz z ogromną kulturą słowa i gestu sięgnął po hemarowski kostium. Nie ma w tym imitacji, jest delikatne nawiązanie, iskrzy się żydowski humor, kabaretowa aluzyjność, skamandrycki liryzm. No i ta piosenka „ O mojej Warszawie” rozszerzająca krąg nawiązań. Recytowana – śpiewana ze ściśniętym gardłem i raz po raz wzmacniana akcentem melodycznym. Splot pamięci, żalu, uśmiechu przez łzy. Mądra, precyzyjnie skomponowana i uszyta rola.
    „Warszawa” Andrzeja Strzeleckiego posiada dwa finały. Oba zresztą autentycznie wrośnięte w materiał scenariusza.
    Pierwszy – utrzymany w poetyce chocholego tańca, z elementami „życia po życiu” na kształt „Naszego Miasta” Wildera. Odnajdujemy tu również dalszy ciąg „zdjęciowych” narracji. Młody fotograf (Antoni Pawlicki) utrwala w tanecznym zawirowaniu bohaterów będących już po drugiej stronie lustra. Mocna, trudna, zrealizowana bez śladu zadęcia scena, naprawdę – co dziś akurat wymaga odwagi reżysera – wzrusza.
     Drugi finał – osadzony we współczesnych realiach. Stach po latach emigracyjnej tułaczki wędruje szlakiem młodości. Migawka uliczna. Krótka rozmowa u antykwariusza rodem z komedii Jerzego Szaniawskiego (soczysty epizod Mariana Kociniaka).A więc sentymentalne post scriptum ?  Może tak by i było, gdyby Strzelecki nie zamknął fabuły klamrą czasu. Wraca  motyw zegarka, dzwoni telefon… symbol sugerowany z rozwagą i uwagą nabiera nowych odcieni.
    Niestety grozi nam jeszcze inny finał. Bowiem telewizja państwowa  przeżywa ostatnio Sturm Und Drang dalekie od wszelakiej sztuki. Faktem jest, że Andrzej Strzelecki przypomniał swą inscenizacją najlepsze sezony poniedziałkowego teatru. Odnotowując ten niewątpliwy  artystyczny sukces mam nadzieję, iż nie pisałam o świetnej premierze w instytucji, którą za moment zdominuje totalny chaos. W tym finale milkną i muzy i krytyka. Ewentualny komentarz należy do dziennikarstwa śledczego. No cóż miły Telewidzu, śpij spokojnie. Que sera, sera.
Jagoda Opalińska

Dodaj komentarz