Z PERSPEKTYWY MAILI

Warsztaty krytyki teatralnej zostały uroczyście otwarte w Teatrze Druga Strefa. Każdy powiedział kilka słów o sobie – najbardziej utkwił mi „biolog molekularny”. To zszokowało – i zafascynowało – wszystkich. Właściwie nie wiem, czemu się ta zdziwiliśmy, bo niby dlaczego biolog molekularny nie miałby się interesować teatrem na tyle, żeby chcieć go opisywać?

Zajęcia warsztatowe trwają już trzy tygodnie (no, trzy weekendy), a dla mnie z racji funkcji koordynatora uczestnicy są znani jedynie z maili. Stosów maili w jedną i drugą stronę. Nie kojarzę więc maila z twarzą ani sylwetką mailującego (na pewno zacznę kojarzyć, bo szykuje się spotkanie integracyjne). I jest mi z tym trochę dziwnie, trochę śmiesznie. Zawsze miałam przed sobą konkretną twarz człowieka, a tu – mail. Sporo znam już na pamięć.
Dlaczego więc nie znając grupy, postanowiłam ją jednak opisać? Chyba właśnie dlatego. To spojrzenie z daleka, spojrzenie bez twarzy czy sylwetki choćby… Jest w tym coś interesującego. Z maili, bowiem, wyziera nie twarz a temperament, sposób formułowania myśli, zaciekawienie i zainteresowanie, niekiedy pasja, dociekliwość, odrobina charakteru osoby mailującej. Bo, wbrew pozorom, za słowami ukryć się całkiem nie da.
    Jak więc spoza i poprzez te maile widzę grupę ludzi, którzy uczestniczą w warsztatach? Jako odrębne indywidualności. Jako ludzi w nieustannym właściwie pędzie, których na chwilę tylko zatrzymało przy warsztatach pragnienie poznania czegoś lepiej. Jako ludzi, którzy będąc w grupie, nie znają się i nie usiłują właściwie poznać się bliżej. Może na to za wcześnie? Niektórych korci, żeby zorganizować spotkanie integracyjne. Ale tylko niektórych. Nie piszę o tym ani o czymś, co mnie dziwi, zaskakuje, czy niepokoi. Nie. Po prostu rejestruję fakt. Przywiodła ich na te warsztaty chęć poznania bliżej teatru, chęć dotknięcia go głębiej niż tylko naskórkowym oglądaniem. I dążenie do analizowania zjawiska, jakim jest teatr. I chęć opisywania tej w jakiś sposób ich fascynującej dziedziny sztuki. Czy mają złudzenie, że jak dotkną mechanizmów opisu, opiszą spektakl czy spektakle to nie tylko dotkną głębiej teatru, ale i ogarną to, co wymyka się stale możliwościom ogarnięcia? Ten chaos, jaki panuje nie tylko w teatrze, ale w ogóle w sztuce doby obecnej? To tempo, tę migotliwość i nieuchwytność, ten pęd, to rozbieganie się wielokierunkowe, to wymykanie prądom, kierunkom, stylom, uleganie modom i módkom? Czy takie dotykanie teatru ułatwi im dotknięcie rzeczywistości? Uchwycenie jej jak w kadrze? Może i tak. Ale może się zdarzyć, że tym bardziej się rozczarują, bo właśnie stwierdzą, że mając pewne narzędzia w ręku, nie są w stanie tak naprawdę niczego uchwycić, niczego zatrzymać. Nawet tej najbardziej upojnej chwili, jaką daje świetne przedstawienie, wybitna gra aktora, pobudzająca do myślenia i burzliwych dyskusji inscenizacja czy interpretacja teatralna.
    W mailach i twórczości uczestników warsztatów widać barwność tych ludzi. I nietuzinkowość. W niektórych odczytuję wręcz jakąś zachłanność, ekscytację, żarłoczność wobec poznawania. Prowadziłam spotkanie z Henrykiem Talarem – to było drugie moje spotkanie z grupą (poza inauguracyjnym) na żywo. Zjedli by aktora żywcem, gdyby mogli! Rozszarpali na sztuki! On ich chwilami irytował i oni go chwilami irytowali. To nabrzmiewało emocjami, coś się działo na linii aktor – uczestnicy spotkania. To było piękne i takie… Dziewicze? Niewinne? Zabawne? Świeże? Poniesieni jego umiejętnością podburzania, wyzwalania emocji zapominali, że przed nimi siedzi aktor. I człowiek, który jako aktor chce ich poznać, chce ich „zobaczyć”, chce z nich wyłuskać to, co gdzieś drzemie ukryte pod materią dobrego wychowania, konwenansów itd. itd. W pewnym momencie mu się udało: dziewczyna się niemal obraziła. Wiem, że takie doświadczenie może nie zawsze jest doznaniem sympatycznym. Ale zawsze cennym. Bo pozwala pewno rzeczy dojrzeć. W aktorstwie także. Pozwala dojrzeć rzeczy, z jakimi na scenie widz się nie spotka, bo ma tego aktora oddalonego od siebie, bo aktor gra rolę, określoną postać, bo jest wkomponowany w sztuczną rzeczywistość teatralną.
    No, ale miałam o grupie, a nie o Talarze. Grupa wyłaniająca się z maili jest dla mnie coraz ciekawsza. Coraz bardziej zróżnicowana. I – co mnie samą – zaskakuje coraz mi intelektualnie i emocjonalnie bliższa. Chcę ich poznać bliżej, bardziej osobiście. I jako grupę i każdego z osobna w tej grupie przypadkowo zetkniętych ze sobą ludzi.
    Miałam wątpliwości, czy trze miesiące weekendowych zajęć i biegania do teatrów to nie za długo. Czy nie wystarczyłyby trzy tygodnie, może miesiąc. Abstrahując od tego, co można w ciągu tak krótkiego czasu przekazać ludziom żądnym wiedzy i poznania, jestem coraz bardziej przekonana, że trzy miesiące to właściwie minimum warsztatu krytyki teatralnej w pigułce.
    Teatr jest sztuką najżywszą z żywych, bo przecież cały jest wsparty na człowieku. Krytyk… Tak, kim właściwie jest krytyk? Myślę, że szukanie odpowiedzi na to pytanie jest tym czynnikiem, który nas, właściwie krytyków, i uczestników warsztatów zbliża najbardziej. I nie chodzi tu o uzyskanie odpowiedzi jednoznacznej czy stworzenie jakiejś definicji. Krytyk winien się wykazywać przede wszystkim… miłością – powiedział Talar. I miał rację. Krytyk to ktoś, kto kocha teatr. I patrzy na teatr i ludzi teatru z miłością. Miłość, oczywiście, nie oznacza pobłażliwości ani głaskania po główkach, ciumkania i mlaskania z zachwytu. Miłość to przede wszystkim głęboka więź i widzenie zawsze po tej drugiej stronie nie tylko aktora, scenografa czy reżysera, ale człowieka. I nawet z tej, jakby niejeden powiedział „żabiej” perspektywy maili tę miłość widać. I to jest w tej grupie ludzi, którzy się spotkali na naszych warsztatach dla mnie najcenniejsze. Nie ma zabijającego wszystko cynizmu.

Justyna Hofman

Dodaj komentarz