Smutek recenzentów

Z archiwum (17 października 1982):
Z profesorem Jerzym Adamskim rozmawia Tomasz Miłkowski

–    Panie Profesorze, czy byłby Pan zdolny poświęcić się dla dowcipu?
–    Nie rozumiem, o czym pan mówi. Nie byłbym zdolny do żadnego poświęcenia, uważam te filozofię za całkowicie fałszywą i zbędną, jeżeli się myśli o społeczeństwie szczęśliwym i o szczęśliwym ludzkim losie. To okropne, co pan mówi.
–    Zaraz Panu wyjaśnię. Otóż uczestnicząc w jednej z okolicznościowych ankiet, poświęconych „recenzenctwu” teatralnemu, napisał Pan, że recenzji ani nie czyta, anie pisze i że w ogóle to Pana. Profesorze, mierzi. Tymczasem, nie wiem, jak jest czytaniem, ale pisze Pan, pisze…
–    Zarzuca mi pan niekonsekwencje im kłamstwo.
–    Nie, zarzucam Panu dowcipkowanie z poświęceniem.
–    Nie poświęciłem się ani przez chwile. A! Rozumiem, że dla dowcipu poświęciłem prawdę, to pan miał na myśli?
–    Tak jest.
–    Otóż, panie redaktorze, prawda jest następująca. To rzeczywiście wywód, jeżeli go pan przeczytał w całości…
–    Muszę Pana zawieść, przeczytałem.
–    …dosyć pokrętny i perfidny. Zaczynam od tego, że nie czytam recenzji i że krytyka mało mnie obchodzi, wole obcować z oryginalnym i autentycznym dziełem sztuki niż z krytykami. Podtrzymuje to zresztą całkowicie. Wolę. Ale stwierdzam na końcu, że taka rzecz, jak krytyka artystyczna, jednak istnieje, od wieluset lat, więc pomijanie jej i lekceważenie nie byłoby rzeczą rozsądną. Chociaż krytyka teatralna niewielkie ma znaczenie dla rozwoju umysłowego ludzkości – pisałem i to podtrzymuję – to warto może zapoznać się z nią na tyle, żeby zdać sobie sprawę, jakiego rodzaju funkcje pełniła jednak w społeczeństwie. I jakie rodzaju jest to zjawisko, bo zjawisko – istnieje.
–    Niemniej odcinał się Pan wówczas od krytyki i od uprawiania jej osobiście.
–    Tak jest. I niech pan sobie wyobrazi, że w jakiś czas potem…
–    …no, po dwóch może latach…
–    …może po dwóch, a więc w dwa lata po napisaniu tej rzeczy, pisałem w przekonaniu, że nigdy w życiu recenzowania nie tknę, na pewno zawodu recenzenta uprawiał nie będę, bo co to za zawód, otóż zdarzyło się, że zaproponowano mi tego rodzaju zajęcie. I uwiedziony nie wiem czym…
–    …właśnie to jest interesujące.
–    Pewnie wizją przygody, która zawsze mnie uwodziła. Stary już jestem bardzo, jak pan widzi, ledwo chodzę, ale przygoda zawsze mnie, proszę pana, jakoś wciąga. Ponieważ propozycja została złożona przez redaktorkę „Expressu Wieczornego”, która bardzo szanuje i cenię, więc wydało mi się, że ta przygoda może być rzeczywiście fascynująca.
–    I stała się taką?
–    Proszę pana, pomyślałem sobie: spróbuję, jak taka rzecz może wyglądać jako zawód. Jeżeli mam negatywne zdanie o tej sprawie, to powinienem je mieć jakoś lepiej uzasadnione. Pomyślałem sobie, że po miesiącu czy dwóch, może po pół roku, zrezygnuję z tego, zbrzydzony całkowicie.
–    Nie zbrzydził się Pan jednak.
–    Jednak, nie.
–    A więc pojawiła się jakaś iskierka nadziei na tym ciemnym horyzoncie poprzednich wywodów?
–    Proszę pana, ja nie wiem, do czego służy recenzja, publikowana w ten sposób, jak to się u nas odbywa. Bo wie pan, ja formułuję jakiś sąd o przedstawieniu, które widzę, z trudem mi to przychodzi, jest to wielki wysiłek, muszę robić to szybko, a więc ryzykuję przecież bardzo: tylko raz widzę przedstawienie, a publikowane to jest w takiej odległości od premiery, że praktycznego znaczenia nie ma to żadnego i wiem doskonale, że nikogo nigdy ani nie zniechęciłem, ani nie zachęciłem do tego, aby poszedł do teatru. Że te moje opinie obijają się trochę o gabinety dyrektorów – może o aktorów czasem? Mało kto to czyta, mało kto się tym przejmuje, do niczego w gruncie rzeczy to nie służy.
–    Dlaczego to publikują?
–    Dlatego, proszę pana, że to jest tradycja, że kiedyś to miało sens.
–    Kiedyś bywały z powodu niepochlebnej recenzji straszliwe klapy.
–    Bywały, tak. Ale pisanie recenzji, jak mi się wydaje, jest to rodzaj przygody intelektualnej ważny. To jest miara nastrojów społecznych, postaw, a także funkcji społecznej poszczególnych przedstawień, którą muszę ocenić od razu, ryzykując, a potem życie to sprawdza. Jeżeli się trzymam tego zawodu ciągle, który zresztą uprawiam, jak pan wie, nie jako jedyne zajęcie, więc mogę z tego zrezygnować dość łatwo, jeżeli tego nie robię, to dlatego, że życie społeczne jest tak interesujące, że warte jest sprawdzania. Choćby miarą przedstawienia teatralnego, jego odbioru. Jako zjawisko społeczne teatr jest dobrym polem obserwacji. I ważnym instrumentem informacji o społeczeństwie. Ponieważ bardzo chcę rozumieć czas, w którym żyję, w którym sam się poruszam, w bliżej nieokreśloną przyszłość, korzystam z tego narzędzia. I to jest powód, właściwie jedyny, który trzyma mnie przy tym zawodzie.
–    Przyznaje Pan wobec tego, że nasze „recenzenctwo” – także i Pańskie…
–    …tak…
–    …nosi znamiona szlachetnej, acz elitarnej zabawy.
–    Nie, nie, panie redaktorze, myli się pan całkowicie. Wcale nie uważam, że to nosi znamiona szlachetnej zabawy. Nie wiem, czy to jest zabawa, po pierwsze, a po drugie ze szlachetnością nie ma ona nic wspólnego. Jest to, proszę pana, anachroniczna, nikomu do niczego niepotrzebna, w sensie bezpośredniego użytku i bezpośredniego przeznaczenia, działalność.
–    Czy wobec tego nie ma charakteru zabawy?
–    Nie.
–    A przynajmniej sztuki dla sztuki?
–    Tak, sztuka dla sztuki być może… Ale to, co chciałem panu powiedzieć i to, czego, jak widzę, nie chce pan przyjąć ode mnie, to jest stwierdzenie, że pisanie recenzji uczciwe, to znaczy takie, że staram się odpowiedzieć rzeczywiście na pytanie, które przedstawienie stawia, że to jest sposób, w jaki człowiek dowiaduje się czegoś o życiu, które go otacza. Tak samo dobry, jak każdy inny. A więc nie jest to zabawa. Jest to wysiłek poznawczy.
–    Bardzo pięknie.
–    Jest to także, proszę pana, także sposób, w jaki człowiek współżyje ze swoimi współobywatelami, ze swoim środowiskiem, ze społeczeństwem.
–    Bardzo to wszystko piękne…
–    Tak, ale ja nawet nie wiem, nawet wątpię, czy z tego mógłby ktoś inny korzystać, tak jak to jest przewidziane.
–    Takie przynajmniej wyobrażenie gdzieś się tli.
–    Recenzje piszę po to, żeby kogoś poinformować, żeby nawiązać jakiś kontakt z ludźmi, którzy widzieli to przedstawienie lub je zobaczą. Oczywiście, od czasu do czasu, muszę panu powiedzieć, o tyle mi się to udaje, że dostaję listy, w których inni powiadają: proszę pana, napisał pan idiotyczna recenzję, jak pan może tak rzecz oceniać, skoro jest zupełnie inaczej. Odpowiadam zawsze na te wszystkie listy, bo wydaje mi się, że to jest najcenniejsze. Tym sposobem nawiązujemy jakąś łączność. Być może te recenzyjki służą także innym ludziom do tego, że się porozumiewają ze sobą, całkiem mnie wyłączając być może. Ale widzi pan, nie ma to nic wspólnego z naiwnym rozumieniem funkcji recenzji, że miałaby ona być zachętą lub przeciwnie.
–    Ale taki sposób rozumienia zawodu krytyka jest dość szeroko rozpowszechniony.
–    Owszem, nawet przez bardzo wybitne i wyrafinowane umysły lansowany jest pogląd, który nazywam lokajskim sposobem rozumienia recenzji, wedle którego recenzja teatralna zawsze była, zawsze jest niczym innym, jak tylko służbą dla kogoś. To znaczy, że jako recenzent musiałbym być przywiązany do jakichś interesów cudzych, nie swoich: aktorskich, teatralnych, politycznych, miejskich. Więc chwale nie dlatego, że dobre, tylko dlatego, żeby komuś wygodzić lub żeby komuś zaszkodzić. Chce pana zawiadomić najuprzejmiej, że ja tego nie robię. I znam bardzo wielu recenzentów, którzy nie mają nic wspólnego z tym lokajskim traktowaniem zawodu.
–    Dziękuję Panu za zawiadomienie, aczkolwiek z lektury mógłbym dowiedzieć się tego samego. Nie zmienia to faktu, że recenzja pozostaje informacją.
–    Bardzo o to się staram.
–    Uciekając od lokajstwa niem można uciec od pośrednictwa.
–    Nie, ja nie pośredniczę. Między nikim a niczym, Ja komunikuję.
–    A więc i przekazuje Pan…
–    Ale to nie jest żadne pośredniczenie.
–    Ja nie twierdzę, że Pan jest handlarzem teatralnej starzyzny.
–    Twierdzi pan. A ja przeczę, proszę pana, całkowicie i kategorycznie.
–    Pan jest w szczęśliwej sytuacji. Pan uprawia recenzję teatralną. Pan informuje o spektaklu, ludzie to czytają, przejmują się tym bądź nie, jedni idę do teatru z tego, powodu lub zupełnie z innego powodu, albo z innego powodu nie idą.
–    Tak jest.
–    Istnieje zatem pewna możliwość sprawdzenia. Cóż jednak powiedzieć o recenzencie literackim, który pisze o książkach, których nikt nie zobaczy i na oczy nie widział?
–    He, he. Panie redaktorze, pisanie o cudzych dziełach jest wprawdzie, być może, podrzędnym pisarstwem, acz znamy przykłady arcydzieł w tym względzie. Pisanie o cudzych dziełach jest wszakże pisaniem, jest jednakże jakiegoś rodzaju twórczością, mówiąc pompatycznie, jeśli pan nie chce uniknąć tego słowa. Ci, którzy się zajmują cudzymi tworami, są akurat takimi samymi humanistami, jak ci, którzy zajmują się obserwacją życia społecznego. To, że tworzywem pisarstwa krytycznego jest cudze dzieło, nie zmienia niczego w jego istocie.
–    Rozumiem wobec tego, Panie Profesorze, że nie dzieli Pan smutku recenzentów, którzy widzą swoją rolę wyłącznie jako higienistów sztuki.
–    Ani trochę, panie redaktorze, ani trochę. Przeciwnie, jestem z nimi w całkowitej niezgodzie. Ja bowiem nie uprawiam żadnej służby. Mogę mieć jedynie zasługę wtedy, jeżeli sprawię komuś niewygodę, zarówno twórcom, jak i tym, którzy odbierają tę twórczość.

[Tekst z cyklu „Gry z kulturą”, opublikowany na łamach tygodnika „Walka Młodych”, 17 października 1982]

Opublikowany w AKT

Dodaj komentarz