Balladyna w kinie, czyli Dychawiczny thrillerek

„Balladyna” Dariusza Zawiślaka zawiodła na całej linii. To połączenie nader skąpej wyobraźni z amatorszczyzną.
Brawurowy dramat romantyczny, w którym błyszczy humor, groteska, ironia, liryka i tragizm, przerobiony został na gumę do żucia dla oczu, co więcej w nader poślednim gatunku. Młody reżyser próbował otworzyć utwór wytrychem tzw. uwspółcześnienia, przenosząc akcję do współczesnego Nowego Jorku, zmieniając szaloną baśń Słowackiego w dychawiczny thrillerek o pewnej ambitnej panience, która na koniec ma za swoje. Akcja kuleje, dramaturgia się sypie, montaż rozpada, a widz pogrąża w żałobie po dobrym guście.
Nic tu się nie składa, a aktorzy grają jakby zapomnieli zawodu. Sonia Bohosiewicz, która podbiła niedawno widownię swoją rolą w filmie o warszawskiej Pradze „Rezerwat”, podobała się też w „Wojnie polsko-ruskiej”, w „Balladynie” prezentuje się jak pozbawiona zdolności amatorka, usiłująca zrobić karierę w pornofilmie. Nie wiedzieć czemu uwodzi uwiedzionego już wcześniej pana Kirka, którego przecież zamierza wkrótce wykończyć, nie wiadomo zwłaszcza, czemu Kirk (tonący w półuśmiechach pan Baka) ulega tym niewydarzonym zalotom, po których powinien uciekać, gdzie pieprz rośnie. Nie wiadomo, dlaczego Matka staje się Ojcem (Władysław Kowalski, który jako jedyny próbuje coś zagrać), dlaczego policja nowojorska posługuje się w badaniach daktyloskopijnych zestawem Mały Chemik z wczesnego PRL-u, dubbing Fai Dunaway wywołuje torsje, a Goplany w ogóle nie ma, choć są Skierka i Chochlik, pracujący jako reporterzy w telewizji, Goplana mogłaby więc być Prezesem NBC na przykład, itp. Itd.
Adaptacje klasyki mają wcale bogatą historię i tak się składa, że są wśród nich arcydzieła, by wspomnieć tylko „Tron we krwi” Kurosawy wedle „Makbeta”, a z rodzimych produkcji Szekspirowskiego „Juliusza Cezara” w telewizyjnej realizacji Jana Englerta. Adaptacje jednak, zwłaszcza tak radykalne, tylko wtedy mogą liczyć na powodzenie, kiedy oferują jakąś nową wartość, coś odkrywają. W tym wypadku jedynie odkryły bezradność reżysera i braki profesjonalne jego ekipy.
Premiera „Balladyny” odbyła się jak na ironię w dwusetną rocznicę urodzin Słowackiego. Cyprian Norwid nienawidził jubileuszy, a polską skłonność do czczenia rocznic naszych drogich zmarłych zwał „jubileatyzmem”. Po tej premierze Słowacki z całą pewnością podzieliłby zdanie Norwida.
Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz