Trzy bajki

Bajki napisane przez uczestników warsztatów: „Bajka” Małgorzaty Gajdemskiej, „Dziwak” Magdaleny Pauk, „Szczeniaki” Eweliny Dreli
(ćwiczenie prowadzone przez Dobrochnę Kędzierską)

Małgorzata Gajdemska

 

Bajka…

 

Było dwoje ludzi. Kobieta i mężczyzna. Postanowili znaleźć miejsce tylko dla siebie. Wybrali się w daleki rejs. Czas płynął….

Urządzenia nawigacyjne wskazywały kolejne wyspy. Żadna nie była dla nich. Pojawiło się zwątpienie. Zrezygnowani opuścili żagle.

Wtedy promienie słońca oświetliły ich twarze. Zrozumieli, że są…

 

Magdalena Pauk

 

DZIWAK

 

W pewnym dużym mieście żył człowiek, który był bardzo mądry i uczony. Wielki był z niego Dziwak. Mieszkał w parku. Cały jego dobytek stanowiły zaledwie trzy przedmioty: płaszcz, płócienna torba na chleb i metalowy kubek. Ubrany był w marynarkę, koszulę i spodnie. Niczego więcej nie potrzebował i niczego też nie chciał. Kiedy pewnego razu ujrzał przy fontannie małego chłopca, pijącego wodę wprost z dłoni, wyrzucił metalowy kubek.

– Im mniej człowiek posiada, tym jest szczęśliwszy – mówił każdemu, kogo spotkał. Ludzie spacerujący po parku nie traktowali go zbyt poważnie. Po kryjomu się z niego wyśmiewali. Dziwak nigdy o swoim życiu nie wspominał. Przez to stał się bardzo tajemniczym i zagadkowym człowiekiem.

Pewnego razu, gdy karmił kaczki w stawie, zauważył grupę dzieci wracających ze szkoły. Były bardzo głośne. Popychały i wyzywały Adasia – małego chłopca, który szedł przed nimi. Kiedy dzieci zauważyły Dziwaka, zostawiły chłopca w spokoju. Zaczęły obrzucać kamykami i patykami Dziwaka. Trwało to dłuższą chwilę. W końcu znudzone rozeszły się do domu. Tylko Adaś siedział na ławce nieruchomo i przyglądał się kaczkom. Nie miał ochoty wracać do domu. Dziwak przysiadł się do niego. Siedzieli tak razem, nie odzywając się.

Działo się tak przez parę dni. Za każdym razem, kiedy mały Adaś wracał ze szkoły, siadał na ławce, do której dosiadał się Dziwak. Razem patrzyli na staw w milczeniu. Nawiązała się między nimi dziwna więź. Kiedy chłopiec przyszedł do parku smutny i zapłakany – Dziwak, który nigdy się do nikogo nie odzywał, przyglądał się chwilę Adasiowi i zapytał – „co się stało”. Chłopiec długo nie odpowiadał, w końcu wykrztusił z siebie, że dostał kolejną pałę z historii. Nie odrobił pracy domowej, gdyż nie przepada za tym przedmiotem. Teraz boi się wracać do domu. Dziwak, który był bardzo mądry i uczony, powiedział, że pomoże Adasiowi w nauce. Od tej pory chłopiec codziennie po szkole, siadał na ławce obok stawu i słuchał, co ma do powiedzenia nietypowy nauczyciel.

Po jakimś czasie stopnie Adasia były lepsze, a i on polubił historię i inne przedmioty. Między nimi nawiązała się przyjaźń. Doszedł jednak do wniosku, że do tej pory nie odwdzięczył się ani nie podziękował nietypowemu nauczycielowi. Kiedy zapytał, jak może mu się odwdzięczyć, bardzo się zdziwił, że prosi o tak niewiele. Dziwak miał tylko jedną prośbę, żeby w zimie chłopiec przynosił mu suchą bułkę, którą będzie mógł się podzielić z gołębiami. Adaś spełnił prośbę nauczyciela. Przynosił bułkę nie tylko w zimie. Tak minęło parę lat.

W ostatnich dniach nauki, tuż przed zakończeniem roku szkolnego Dziwak coraz częściej powtarzał, że niedługo ich drogi rozejdą się, bo nie jest w stanie już go niczego nauczyć. Adaś udawał, że nie słyszy. Po zakończeniu roku szkolnego, chłopiec przyszedł do parku, żeby się pożegnać. Tak, jak co roku wyjeżdżał na wakacje do Babci na wieś. Ku wielkiemu zaskoczeniu nie mógł Dziwaka znaleźć. Krążył po parku, czekał na ławce przy stawie… nic. Po dłuższym czekaniu dał za wygraną i wrócił do domu. Minęły wakacje i Adaś wrócił do miasta. Przez cały pobyt u Babci, myślał o swym nauczycielu. Niestety nadal nie mógł go spotkać. Codziennie po lekcjach przychodził do parku w to samo miejsce i z wielkim rozczarowaniem wracał do domu. Dobrze się uczył. Nigdy nie przestał myśleć o swoim nietypowym nauczycielu. Nigdy już go nie spotkał. Skończył liceum i wyjechał na studia.

Wrócił po latach jako dorosły człowiek – profesor historii. I kiedy wybrał się na spacer do parku, wydawało mu się, że obok stawu widzi znajomą sylwetkę karmiącą kaczki. Kiedy zbliżał się do tego miejsca, sylwetka rozpłynęła się… Powoli, nieśpiesznie zawrócił do domu… Następnego dnia przyszedł nad staw karmić kaczki…

 

Ewelina Drela

Szczeniaki

 

Gdzieś, prawie na samym końcu świata, na odludnej farmie, przyszło na świat pięć małych piesków. Ich mama, Karla, rasowy, piękny labrador o złotej, błyszczącej sierści – była chlubą swego pana. Medale i odznaki, które dostawała na wystawach, wisiały w gablotkach w salonie. Wszyscy byli ciekawi, czy malutkie szczeniaczki będą tak samo piękne i zdrowe jak ich mama. Prawdę mówiąc, właściciel Karli nosił się z zamiarem sprzedania maluchów po bardzo korzystnej cenie. Wkrótce potem, ogłoszenia o chęci sprzedaży rasowych i rodowodowych piesków były prawie w każdej gazecie. Jak łatwo się domyślić, zainteresowanie było bardzo duże. Chętni, nawet z bardzo daleka, przyjeżdżali oglądać małe kuleczki.

Tymczasem szczeniaki rosły i zmieniały się w coraz większe puchate kulki, a że labradory to niezwykle wesołe, skoczne pieski, w domu było zawsze wesoło i głośno. Tylko jeden piesek był spokojny. Niezbyt lubił zabawy na podwórku, ganianie za piłką czy ptakami. Wolał siedzieć na kolanach i przytulać się do swojego pana. W miarę upływu czasu okazało się, że maluszek jest chory. Badania wykazał, że piesek będzie całe życie kulał, nigdy nie będzie mógł biegać, a co najgorsze, z czasem może w ogóle przestać chodzić. Z dnia na dzień przestał być ciągle głaskaną puchatą kulką. Jego ukochany pan, na którego patrzył z taką wiernością i kochał go bezwarunkowo, odtrącił go.

– Nie przyniesie zysku. Kto zechce kupić takiego kalekę. To już lepiej było go utopić. – mówił.

A małe psie serce płakało coraz bardziej. Wszyscy bracia i mama spali w domu. Jego miejsce było na podwórku. Siedział całymi nocami i tęsknie patrzył w drzwi. Może myślał, że w jakiś czarodziejski sposób drzwi się otworzą, jego pan weźmie go na ręce i pokocha tak, jak wcześniej. Niestety, tak się nie stało. Pan nawet na niego nie patrzył, nie mówiąc o głaskaniu. Rzucał mu jakieś resztki do jedzenia, podczas gdy inne pieski dostawały pyszną karmę. Maluszek słyszał ciągle:

-Na co nam taki kaleka. Tylko kłopot. Może wezmę go do samochodu i wyrzucę w lesie. Przynajmniej nie trzeba będzie karmić.

Nie potrafił tego zrozumieć, nie pojmował, dlaczego jest gorszy. Czy przez to, że nie umie biegać jak jego bracia? Ale przecież kochał wiernie całym psim serduszkiem i tę miłość okazywał tak, jak umiał najlepiej.

Był coraz bardziej smutny. Do pana przyjeżdżali różni ludzie, oglądali pieski, czasem któregoś zabierali. Na niego nikt nawet nie chciał spojrzeć. Nikt nie chciał pogłaskać, podrapać za uszkiem. Jemu nie była pisana ludzka miłość. Już nawet o nią nie prosił. Nie łasił się, nie wkładał łebka pod wyciągniętą rękę. Jedyne, co wtedy słyszał, to:

– Wynoś się, ty pchlarzu, poszedł! – odchodził, smutnie popiskując.

Pewnego dnia, kiedy jak co dzień leżał na werandzie, usłyszał, jak pan mówi do pani:

– Trzeba wykąpać szczeniaki. Dzisiaj po południu przyjedzie bardzo bogaty przedsiębiorca, gdyż chce kupić psa swojemu synkowi. Muszą być czyściutkie i eleganckie.

Maluszek nie pomyślał nawet o tym, że to może być jakaś szansa. Tyle razy przyjeżdżali różni ludzie, jego nikt nie chciał. A on skrycie marzył o domu, pełnej miseczce, panu, który głaszcze, drapie za uszkiem.

Popołudniu pod bramę zajechał piękny czarny samochód, z którego wysiadł elegancki pan i mały, siedmioletni może chłopiec. Weszli do ogrodu, gdzie czekały wykąpane szczeniaki, a każdy z nich miał na szyi czerwoną kokardkę. Mały piesek też przyszedł, usiadł nieśmiało pod drzewem i patrzył. Chłopczyk oglądał, brał do rąk po kolei każdego braciszka. W końcu jego wzrok spoczął na brudnym, smutnym piesku. Podszedł do niego i wyciągnął rączkę. Pan zareagował bardzo szybko.

– Uważaj, on może cię ugryźć.

– Dlaczego? – zapytał chłopiec, nie cofając ręki. Mały piesek lizał go po dłoni, był coraz bardziej śmiały, podchodził coraz bliżej chłopca.

– Co mu się stało? – zapytał tato malca, kiedy zauważył, że piesek kuleje.

Właściciel wyjaśnił mu, że piesek był badany przez weterynarza i na zawsze pozostanie kaleką.

– Tatusiu, właśnie tego pieska chciałbym mieć. – oznajmił natychmiast chłopiec.

– Nie, to niemożliwe, żebyś go chciał – powątpiewał właściciel – to kaleka, on nie jest nic wart.

Chłopczyk bardzo się zdenerwował. Spojrzał właścicielowi prosto w oczy i powiedział z gniewem:

– Ten piesek jest wart tyle samo, ile wszystkie pozostałe. I tatuś za niego zapłaci całą sumę, co do grosza – ojciec chłopca przytakiwał, dając wyraz temu, że popierał swojego syna.

– Chłopcze, nie możesz chcieć takiego psa. On nigdy nie będzie mógł biegać, chodzić z tobą na spacery, bawić się jak inne szczeniaki. Będzie wlókł się z tyłu, na nic ci się nie przyda takie zwierzątko. – powiedział właściciel.

Słysząc to, piesek skulił ogon, położył uszy po sobie i zaczął odchodzić. „Nie dla psa kiełbasa” – pomyślał. Tymczasem chłopczyk schylił się i podwinął nogawkę spodni, a właściciel aż usiadł z wrażenia. Chłopiec zamiast jednej nóżki miał założoną protezę. Spojrzał na właściciela i powiedział cichym, słabym głosem, prawie wybuchając płaczem:

– Cóż, ja też nie biegam najlepiej, wlokę się z tyłu i jestem kaleką, więc będziemy do siebie pasować. A ten piesek jest najcudowniejszy i najukochańszy na świecie. I potrzebuje kogoś, kto to zrozumie.

Słysząc to, piesek podbiegł do chłopca, ile sił w małych, chorych łapkach i zaczął lizać nowego pana po rękach. Pierwszy raz od bardzo dawna odezwał się ogonek, który przypomniał sobie, jak się merda. Chłopiec zabrał pieska do samochodu, podczas gdy jego tatuś zostawiał pieniądze oniemiałym z wrażenia i wstydu właścicielom.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz