WSPOMNIENIE O JARKU SZYMKIEWICZU

Był znakomitym, wnikliwym krytykiem, ale pisać recenzji nie lubił. Toteż niewiele zapisanych form po nim zostało – pisze Wiesław Wodecki.

 

 

 

Jarka Szymkiewicza poznałem w Szczecinie w antykwariacie przy Jaromira. W połowie lat sześćdziesiątych przeniósł się z Bydgoszczy do „Głosu Szczecińskiego”. W „Głosie” brylował wówczas miejscowy literat Liskowacki, którego koledzy ze względu na jego koneksje z władzami nazywali Lizuskowackim. Liskowacki postanowił zostać autorem dramatycznym. W tym celu udał się do antykwariatu i zakupił kilka starych utworów teatralnych, wśród nich „Różę” – dramat niescenicznypatrz: Buchdrama. Józefa Katerli wydany w roku 1909. Takie fuksy zdarzały się w owych latach w Szczecinie.

„Róża” nie przypadła Liskowackiemu do gustu i zaraz kropnął artykuł do „Głosu”. Oskarżył kierownika antykwariatu o brak kwalifikacji, zarzucił mu handel tandetą, którą, zamiast oddać na makulaturę, podsuwa klientom. Grafomańska, antyrosyjska „Róża” niejakiego Katerli jest sygnałem, że najwyższy już czas zrobić w antykwariacie porządek.

Ktoś dowcipny wyciął tekst Liskowackiego z gazety, wyjaśnił, że Katerla to pseudonim Stefana Żeromskiego, podpisał list imieniem i nazwiskiem naczelnego redaktora „Głosu” i posłał do „Przekroju”. „Przekrój” to wydrukował.

W Klubie Związków Twórczych, w „13. Muzach” blamaż Liskowackiego był przedmiotem hałaśliwej uciechy. Po nim spłynął jak woda po gęsi.

Kierownikiem antykwariatu był przemiły pan znający siedem języków, w tym łacinę i grekę. Dla swoich klientów chował pod lada książki zakazane. Kupiłem u niego włoskie wydanie „Monte Cassino” i encyklopedię Ultima Thule, w której pod hasłem „Lenin” obrazowo pisano, że kiedy gasł w Gorkach w jego „bezwładnej kałmuckiej czaszce z wolna, nieubłaganie gnił jego mózg (…) gdy po jego zgonie otwarto czaszkę, wylał się z niej cuchnący zielony płyn (…) ciecz, która zanim jeszcze nie rozpłynęła się, dokonała niewątpliwie największego kataklizmu w dziejach ludzkości”.

Przeglądałem w antykwariacie stare druki i zażartowałem: – Gdyby się panu przypadkiem trafiły „Syzyfowe prace” niejakiego Maurycego Zycha, niech pan bron Boże nie sprzedaje ich Lizuskowackiemu, bo gotów napisać, że upowszechnia pan literaturę zaprzaństwa narodowego, bowiem dusza owego Zycha przesiąknięta jest moskiewskimi miazmatami.

Na te słowa odezwał się stojący obok mężczyzna – Lizuskowacki nie wymyśliłby czegoś podobnego. Musiałby znać Dmowskiego, a to przecież nie wchodzi w rachubę.

– Och – wtrącił antykwariusz – tę opinię Dmowskiego o Żeromskim można znaleźć „U przyciesi „Syzyfowych prac” Pigonia.

– Pigonia też nie czytał – powiedział mężczyzna z taką pewnością w głosie, że trudno byłoby mu zaprzeczyć.

Uśmiechnęliśmy się, uścisnęli sobie dłonie i pomaszerowali do „Muz” pogadać o książkach. O tej porze w „Muzach” było pusto i cicho. Ruch zaczynał się około drugiej, więc na obiad uciekliśmy do „Klubu Naukowca”, skąd późnym wieczorem dobrnęliśmy do „Rzemieślników”.

Jarek przeczytał taką masę książek, że nie mogliśmy zakończyć rozmowy. Nie zakończyliśmy jej przez następne trzydzieści parę lat.

Obaj byliśmy biesiadni. Siedzieliśmy kiedyś w klubie związków twórczych zajęci rozmową, a tu nagle wyrasta przy naszym stoliku nieproszony gość. – Przepraszamy cię – mówi Jarek, – ale chcemy sobie pogadać.

– Jeżeli chcecie sobie pogadać, to jest was o jednego za dużo.

Jarek był krytykiem teatralnym i rzecz niezwykła – był szanowany i lubiany przez aktorów. Wiadomo, że aktorzy pochlebiają krytykom w oczy, a za plecami plują i wyzywają od najgorszych. Jarka kochali, choć nie szczędził surowych ocen, ale nigdy nie bywał stronniczy, sądy jego były zawsze uczciwe.

Kochał kobiety, teatr, książki i dobrą rozmowę. Lubił zjeść i wypić. Nie znosił pisania. Dowodził, że sztuka opowiadania, kunszt prowadzenia rozmowy jest w zaniku i chwała tym, którzy ją uprawiają.

Kiedy wróciłem ze Szczecina do Wrocławia i rozpocząłem pracę w telewizji, szybko ściągnąłem Julka Burskiego i Jarka Szymkiewicza. Porzuciwszy dziennikarstwo gazetowe, Jarek nie musiał już brać pióra do ręki. Siadał przed kamerą i wygłaszał. Szybko zdobył popularność. Ale tylko ja znam kilka jego nie napisanych książek.

Pierwsze święta Bożego Narodzenia, w niewykończonym jeszcze, wymarzonym domu na wsi spędziliśmy w roku 1980. Śniegu nie było. Po raz pierwszy w życiu nie mieliśmy w choinki. Kilka metrów za przeszklonymi drzwiami kuchni, w której siadaliśmy przy wigilijnym stole, stoi w ogrodzie rozłożysty świerk. Ita dyskretnie przyprószyła go watą, na gałęziach umocowaliśmy świeczki a na nitkach zawiesiliśmy kawałeczki słoniny. Bożonarodzeniowy poranek obudził nas gwarem ucztującego ptactwa. Moje wychowane na telewizji wnuki zobaczyły z bliska żywe, swobodne ptaki. Świat za oknami huczał ufnym w przyszłość optymizmem. W naszym domu panowała atmosfera powściągliwej nadziei.

Dzień przed Sylwestrem przyjechali Krynia z Jarkiem i Zyzio z Liduszką [Bielawscy- aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... i lekarka]. Zima była bezśnieżna i ciepłą. O północy wybiegliśmy do ogrodu. Zapaliliśmy świeczki i w ciszę wiejskiej nocy popłynął nasz głośny śpiew.

Podnieś rękę, Boże Dziecię,

Błogosław krainę miłą,

W dobrych radach, w dobrym bycie

Wspieraj jej siłę swą siłą…

Mieliśmy trudności ze zrekonstruowaniem słów całej kolędy. Śpiewnika ani modlitewnika nie było, a śpiewacy niewierzący. W końcu, ku ogólnej radości, wspólnymi siłami, udało się nam. Powtórzyliśmy słowa i zaśpiewaliśmy kolędę z wielkim uczuciem, bez żadnego murmurando, żadnego udawania. Poniosła się ponad lasem. Świeczki na choince zaczęły przygasać i wtedy, [rok przed stanem wojennym] Krynia Biegielmayer cichym głosem zaintonowała, podchwyconą przez wszystkich pieśń Feliksa z III części „Dziadów” – „Nie dbam, jaka spadnie kara…”

Siedemnaście lat później pisała do nas: „Pamiętam dokładnie ten szczególny wieczór, wielokrotnie wspominaliśmy go z Jarkiem, Chyba nie wiedząc o tym, przeżyliśmy jakieś apogeum, czy ja zresztą wiem jak to nazwać. Nigdy, ani wcześniej, ani później nie tworzyliśmy tak świetnie rozumiejących się, kochających i bliskich sobie ludzi jak tego dnia. Wypiliśmy morze wódki i nikt się nie upił. To był dziwny i niezapomniany wieczór. Następnego dnia, na właściwym Sylwestrze było mnóstwo osób i było to już zupełnie coś innego”.

Rok później 13 grudnia 1981, i ja i Jarek, spędziliśmy w sąsiadujących ze sobą celach więzienia na Kleczkowskiej. W Wigilię wywieźli nas do Grodkowa. Mnie trzymali całą noc w suce i nad ranem odstawili do Wrocławia. W luty 1982 pisał do mnie: Mój kochany, nie umiem Ci napisać żadnych konwencjonalnych wyrazów współczucia; dawno już chyba wyczerpaliśmy wszystkie takie formy w naszych stosunkach. Staram się tylko zrozumieć. Myślę o Tobie dużo; jakiś niewytłumaczalny – wtedy! – niepokój o Ciebie nękał mnie już tej nocy 12 grudnia. Dzisiaj Zyzio opowiedział mi o śmierci Twojej Matki. O pogrzebie i o Twojej chorobie. Wierzę, że to wytrzymasz. Chciałbym teraz pobyć z Tobą, być bliżej, tak to nawet czuję i chciałbym, żebyś to wiedział.

Dziękuję Ci za list, mądry, rzeczowy, ze szkicem sytuacji, z której wiele dla mnie wynika. Sam, wiesz, ile taki list znaczy w takich warunkach. Pomaga nie tylko być, także – rozstrzygać… W sumie jest jednak lżej; jeśli sam kiedyś nie umiałem czegoś określić do końca – to teraz mam ten komfort, że inni to robią za mnie. Przyszłość mnie nie przeraża, wprawdzie nie myślę o niej z utęsknieniem, ale nie boję się jej….

Zacząłem trochę chorować na serce, miałem niedobre EKG, jadam nitroglicerynę. Osiągnąłem już stan pewnej apatii – tutaj to biorą za rozsądek i opanowanie. Ale przetrzymam – i to w dobrej formie. Ściskam Cię mocno Jarosław.

Jarek nie lubił Warszawy. Miał tam przyjaciół, cieszył się autorytetem wśród artystów i dziennikarzy, spotykał z manifestacyjną sympatią i uznaniem, a mimo to nie lubił. Przykro powiedzieć, ale kiedy wybuchła Trzecia Najjaśniejsza, opinia o Warszawce stała się jeszcze bardziej drastyczna, jeszcze czarniejsza. Tyle tylko, że Jarek przestał wygłaszać agresywne manifesty. Ciężko się rozchorował. Ból i cierpienie uczyniły go łagodnym, powiedziałbym: franciszkańskim.

Po pierwszej operacji planowaliśmy wspólne podróże i przyjęcia. Z okazji moich urodzin pisał: „60 lat to wcale nie tak dużo, jak to się wydawało naszym przodkom. O takich w naszej epoce mówią „młody jeszcze człowiek”, zwłaszcza ludzie w tym samym mniej więcej wieku”.

Straszliwa prawda była taka, że choroba Jarka nie ustąpiła. Cofnęła się tylko, przyczaiła i szykowała do coraz dotkliwszych ciosów. Nie wiedział tego. Oszukiwali go lekarze, oszukiwali bliscy. A może było inaczej, może to on oszukiwał nas wszystkich, bo nie chciał nam robić przykrości i dbał o nasz dobry nastrój. Pisał: „Śni mi się Ligota ze wszystkimi przyległościami. Chcemy przyjechać. Krynia odpuści nawet papieską mszę. Ligota warta jest mszy”. Ligota to była zieleń i ptaki, zaprzyjaźniony kowalik i domowe kosy, rozmowy w bibliotece, brydżyki, spacery po lesie i kolacyjki. „Życie bez kolacji jest nudne. Jakby nie było, po co wracać do domu. Usiedzieć nad książką nie można, człowiek kręci się bez sensu i czasami nawet wykąpie bez pilnej potrzeby. Jedziemy! Kawior przywiozę, rydze znajdziemy pod Złotym, Stokiem”.

Latem 1991, po serii ciężkich operacji przyjechał z Krynią do Ligoty. Wczesną wiosną przerobiliśmy garaż na gościnny apartament, żeby nie musiał chodzić po schodach. Mówił o książce pod tytułem „Rekonwalescencja” – miała mówić o kraju, który wciąż czeka na swego cudotwórcę, bo ma za dużo lekarzy i przestał im już wierzyć.

Popadał w depresje. Atakowały go ataki bólów głowy. Całymi dniami siedział w zielonym saloniku lub na tarasie. Nie mógł czytać. Mówił, że go to upokarza.

– Musimy wyjechać! Takie rzeczy robi się w domu lub w szpitalu.

Wyjechali w połowie lipca. Na życzenie Kryni poddano go jeszcze jednej operacji. Umarł 1 listopada parę minut po północy. Miał 61 lat!

Ita natychmiast wyjechała do Warszawy, żeby być razem z Krynią. Ja szukałem kogoś, kto zostanie z Mamą, zajmie się psami i kotami. Baśka depeszowała: Pogrzeb siódmego. Zabierze cię Tomek.

Tomek przyjechał służbowym polonezem o szóstej rano. Na tylnym siedzeniu ściśnięte były trzy telewizyjne koleżanki. Bagażnik załadowany kwiatami.

Długo nie mogliśmy znaleźć starej parafii na Służewie założonej pół wieku przed powstaniem miasta, które teraz zachłannie rozpiera się i parafialny cmentarz wcisnęło między wysokie bloki i mur klasztoru dominikanów. Dwukrotnie przemierzaliśmy Dolinkę Służewiecką między Ursynowem a Stegnami, zanim trafiliśmy do położonego na wysokiej skarpie kościoła św. Katarzyny. Zaczynało się nabożeństwo. Zobaczyłem w ławce Itę i cichutko się do niej przecisnąłem. Katafalk tonął w kwiatach, płonęły świece. Za trumną stała Krynia i dwaj starzy przyjaciele: Andrzej Wróblewski i Jurek Hofman. Jarek nazywał Wróbla hetmanem polnym, a Jurka hetmanem wielkim koronnym. To do nich przylgnęło. Krysia stała ze stężałą z bólu twarzą. Hetmani płakali.

Ksiądz pracował „za co łaska, ale nie mniej niż milion, nie licząc organisty”. Wśród zgromadzonych krążyła zakonnica, podsuwając pod nosy srebrną tacę. Nie sądzę, aby kiedykolwiek ten peryferyjny kościółek zgromadził tak liczne grono artystów i dziennikarzy. Bożego sługę uniosło dydaktyczne natchnienie. Na początek przećwiczył nas po wojskowemu: „proszę wstać”, „proszę klęknąć”, ci, którzy chodzą do kościoła wiedzą, że teraz można usiąść”. Czekałem aż podniesie się wieko trumny i Jarek zapyta: ”A leżeć wolno?”

Kaznodzieja od św. Katarzyny rozwrzeszczał się nad naszą głupotą, prostactwem, brakiem wiary. Groził mękami piekielnymi i wiecznym potępieniem. Siedząca za nami aktorzyca warszawska, osoba głęboko wierząca i praktykująca, znana w kościołach Warszawy z religijno-patriotycznych deklamacji, nachyliła się do nas i wysyczała: „Skąd wyście, kurwa, wytrzasnęli tego chama?”. Naprawdę użyła innego słowa, (różnie je piszą na płotach), ale ze względu, że działo się to w domu bożym, wzdragam się powtórzyć.

Trumna jechała na samochodzie. Wróbel i ja szliśmy obok Kryni. Z rury wydechowej waliły tumany duszących spalin. – To niedaleko – powiedział Krynia, jakby nas przepraszając za to świństwo. Cmentarz na Służewie ma w swojej historii do dziś skryte tajemnicą tragiczne karty. W 1945 ubecja chowała tu, zalewając niegaszonym wapnem, rozstrzelanych wrogów klasowych. Tu nocą grzebano zamordowanych w więzieniu mokotowskim żołnierzy AK. Małgorzata Szejnert mozolnie stara się dokumentować dzieje tego cmentarza. Na jej apel: „Ktokolwiek wie…”nadesłano anonimowy wiersz napisany w celi mokotowskiej w 1949 roku”

Nie odprowadzał nas tu kondukt pogrzebowy

Nikt nie miał honorowej salwy ani wieńca

W mokotowskim więzieniu krotki strzał w tył głowy

A nocą mały kucyk wiózł nas do Służewca.

Jarek, który tak bardzo interesował się historią ostatniej wojny i losami polskich żołnierzy, czytał wszystko, co opublikowano o tym cmentarzu i powiedział Kryni, że jest to miejsce spoczynku ludzi godnych pamięci i szacunku.

Kaznodzieja ze św. Katarzyny bardzo się spieszył, dość pospiesznie wymamrotał egzekwie, machnął kropidłem, i już go nie było. Łamiącym się co chwile głosem nabrzmiałym łzami przemówił stary Wróbel. Po nim ja – Jesteśmy w gronie przyjaciół. Okrutna choroba zabrała Jarka. Nie tak dawno zwierzył mi się, jak sobie wyobraża raj. Raj – mówił – to soczysta trawa, tafla czystej wody i dobra książka. Jeżeli raj istnieje, to Jarek znajdzie w nim piękną bibliotekę i kompanów, z którymi można pomówić o przeczytanych książkach. My zostajemy tutaj, ale jestem pewien, że Jarek będzie się zjawiał i towarzyszył nam w naszych smutkach i radościach, w dyskusjach, polemikach i biesiadach. Dlatego nie powiem żegnaj. Powiem: kochaliśmy cię i będziemy kochać po kres naszej wędrówki po tym nie najlepiej urządzonym świecie.

Ledwie grabarze skończyli pracę, zerwała się wichura i zaczął siec zimny deszcz.

O północy Tomek wysadził mnie pijanego przed domem w Ligocie

 

Wiesław Wodecki

 

Niektóre fragmenty tego wspomnienia drukowane były w książce „Herbata na żyletkach” (Oficyna Wydawnicza „Atut”, Wrocław 2008) Książka nie miała promocji, stołeczne media nie dostrzegły jej. Inne pochodzą z książki „Listy do Ity”, pisałem je po śmierci żony Ity Worono-Wodeckiej. Mówią o szczęśliwości i przyjaźni, o miłości i umieraniu. Właśnie ją skończyłem i szukam wydawcy.

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowany w AKT

Dodaj komentarz