Tadeusz Burzyński: Praca, która pochłania

Portret wrocławskiego krytyka, Tadeusza Burzyńskiego, znawcy teatru Grotowskiego, prawodawcy teatru jednego aktora.
Tomasz Miłkowski

Tadeusz Burzyński: Praca, która pochłania

 "Mówi się, że teatr obumiera. Po raz pierwszy usłyszałem taką diagnozę dwadzieścia lat temu. Była sformułowana stanowczo i wzbudzała odruchowy sprzeciw".
 Tak pisał Tadeusz Burzyński w jednym ze swoich felietonów z cyklu "Wątpię, więc jestem" w roku 1982, a więc cytowana opinia dotyczyła początku lat 60., lat, które wówczas i dzisiaj wydają się kwitnącym rajem polskiego teatru. Ale Tadeusz dobrze rozumiał te wyrzekania na stan polskiego teatru. Dostrzegał i bolał nad tym, że teatr budzi mniejsze emocje, że publiczności ubywa.
Stąd jego graniczące z pasją zainteresowanie nowymi poszukiwaniami, teatrem jednego aktora na przykład, zresztą nie tylko w profesjonalnym wydaniu. Wzruszająca była jego wierność w kibicowaniu ogólnopolskim festiwalom amatorów, twórców teatru jednoosobowego, w Zgorzelcu. Nawet jeśli pod względem zawodowym niejeden z pokazywanych tam spektakli drażnił, to przecież były one zawsze lustrem autentycznych przeżyć, tęsknot i potrzeb. I to krytyk cenił najbardziej.
 Może właśnie dlatego tak zbliżył się do Jerzego Grotowskiego. Ta fascynacja zaczęła się od… negacji. Wyznawał to po latach szczerze na łamach "Notatnika Teatralnego": "U progu mojej przygody była nieufność, a nawet negacja. Jako młodzieniec myślałem – krótko – że moim przeznaczeniem jest zdemaskowanie "hochsztaplerki" uprawianej przez opolski Teatr 13 Rzędów. Na przeszkodzie w spełnieniu tego ambitnego zamiaru stanął pierwszy, dość zresztą powierzchowny, wgląd w pracę zespołu. Była to praca, o jakiej wcześniej nie miałem pojęcia. Praca, która pochłania. Praca, która – na długie okresy – staje się wszystkim. Praca – życie".
Z tych pierwszych kontaktów narodziła się wieloletnia przygoda: przez 30 lat Burzyński stał się kronikarzem poczynań Grotowskiego i jego aktorów. Po zamknięciu Laboratorium to jemu i kilku innym pasjonatom zawdzięczamy, że archiwum Laboratorium znalazło się w dobrych rękach, że powstał ośrodek dokumentacji. Sam Burzyński nosił się z poważnym zamiarem napisania monografii o tym fenomenie albo przynajmniej książki dla młodzieży, w której wyłożyłby najmłodszym, czym teatr Grotowskiego był, czym były jego poszukiwania parateatralne i kulturowego. Choroba uniemożliwiła mu ziszczenie tych planów, ale przyjaciele zebrali jego teksty w tomie „Mój Grotowski”, wydanym pośmiertnie staraniem Ośrodka Badań Twórczości Jerzego Grotowskiego i Poszukiwań Kulturowych we Wrocławiu.
 Nie jest to wprawdzie monografia, ale świadectwo Tadeusza ma szczególną wagę, Obserwował, brał udział, interpretował, opisywał, opukiwał teatr Grotowskiego. Próbował zrozumieć, co dzieje się w tym  niewielkim zespole, który – na początku wzgardzony i wykpiwany – wyrósł na pierwszą trupę świata, a jej poczynaniom przyglądali się w napięciu najwięksi. Stąd bowiem szły impulsy, tu przecierały się ścieżki nowego teatru, tu też dostrzeżono kres poszukiwań w tradycyjnym rozumieniu teatru-spektaklu. Trafność diagnoz Grotowskiego budziła respekt Burzyńskiego, toteż nieco patetycznie wyrokował: "Grotowski, on pierwszy i na taką skalę jedyny wyprowadził polski teatr z zaścianka w świat i trwale zaważył na tej dziedzinie sztuki".
Ale podziw dla dokonań Grotowskiego i jego aktorów, zwłaszcza Ryszarda Cieślaka, szedł w parze z innymi fascynacjami. Tadeusz towarzyszył polskiemu teatrowi, szukał nowych, ciekawych zjawisk, nigdy nie szczędził czasu, aby rozmawiać o przedstawieniach, aby dociekać ich sedna, aby zachować sprawiedliwy osąd. Janusz Degler, "notoryczny" uczestnik tych rozmów, poświadcza: "Rozmowa z Tadeuszem zawsze była inspirująca. Nigdy nie usiłował narzucać własnego zdania, ale spokojnie i rzeczowo wykładał swoje racje. Był tolerancyjny i uważnie wysłuchiwał argumentów drugiej strony. Gdy dochodził do wniosku, że się pomylił, bez wahania się do tego przyznawał. Rzadka to cecha".
 Zawsze jednak stał na straży wartości, pytał: po co, dla kogo, o czym, jak… Tak też było z teatrem jednego aktora, któremu przypatrywał się z wielkim zainteresowaniem, ale zarazem wielkimi wymaganiami. Widział w nim bardzo osobliwą formę teatru – rodzaj intymnego spotkania, o znaczeniu trudnym do przecenienia: "żyjemy w czasach – pisał – w których coraz dotkliwiej odbieramy różne zakłócenia w relacjach międzyludzkich. Narasta pragnienie autentycznego spotkania człowieka z człowiekiem, pragnienie prawdziwego dialogu przezwyciężającego izolację między ludźmi. Takie potrzeby i pragnienia stara się zaspokoić teatr jednego aktora".
 Tadeusz stał się strażnikiem gatunku – wedle tej koncepcji. Teatr jednego aktora, który naśladował teatr repertuarowy tyle tylko że w wykonaniu jednej osoby, posługujący się wielką inscenizacją i rozmaitymi wspornikami cenił o wiele mniej, niż ten, realizowany najprostszymi środkami. Nie raz spieraliśmy się – kiedyś podczas festiwalowego forum w Toruniu wygłosiłem tezę, że w teatrze jednego aktora jest miejsce i dla guślarzy (to ci poważni, z koncepcji Tadeusza) i dla kuglarzy (to ci, którzy kultywowali formę i zabawę). Tadeusz jednak obstawał przy guślarzach. "Tadeusz nie tylko od początku – potwierdza Krzysztof Kucharski – do ostatnich swoich ziemskich wędrówek towarzyszył wszystkim zdarzeniem w teatrze jednego aktora, ale miał też do nich stosunek bardzo emocjonalny. Pilnował jak surowy sędzia, by ten wyjątkowy akt(łac. actus = czyn) część dramatu, będąca względnie s... artystyczny nie ulegał komercjalizacji. Tolerował, a czasem nawet podziwiał wybitnych mistrzów aktorskiego rzemiosła, ale kochał artystów twórczych, którzy swoją wyjątkową osobowością i sztuką aktorską wynosili monodram na wyżyny aktu niepowtarzalnego". Ja jednak uważałem, że w teatrze, także w teatrze jednego aktora, liczy się umiejętność powtórzenia, że artysta nie jest powołany do jednorazowego wzlotu. Każdy został przy swoim, ale po tej wymianie zdań, Tadeusz wręczył mi swoją świeżo wydaną książkę z felietonami z następującą dedykacją: „Tomkowi Miłkowskiemu z przyjaźnią i prośbą, by krytycznie przeczytał”.
 To nie były felietony teatralne. Cykl „Wątpię, więc jestem” powstawał przez ćwierć wieku, a zrodził się z rozmów z profesorem Julianem Aleksandrowiczem, jednym z pionierów ekologii w Polsce. Tadeusz bardzo się przejął ideą ochrony bogactw naturalnych przed zdziczałą cywilizacją, ale, oczywiście, cykl znacznie przekroczył pierwotnie zakreślone ramy, stał się opowieścią o człowieku drugiej połowy XX wieku, o jego lękach i – zgodnie z tytułem – wątpliwościach. Oprócz ekologii więc mowa tu o naszej cywilizacji, o wydarzeniach czasu przełomu, o zaburzonej więzi między ludźmi, o zagrożeniu kulturalnego dziedzictwa. Co więcej, z czasem ten cykl okazał się bliski teatralnym doświadczeniom autora, mimo że rzadko teatru dotykał. Po wielu latach uprawiania felietonistyki, w roku 1996, Burzyński przyznał, że ważnym bodźcem do narodzin jego firmowego cyklu było „pewne wielodniowe doświadczenie przed dwudziestu laty – staż Grotowskiego, konkretnie przedsięwzięcie Special Project. Było intensywne i ogromnie inspirujące (…) Mnie ono uświadomiło, jak dalece jesteśmy na co dzień niewolnikami stereotypów, które nas ograniczają, odcinają od realnej rzeczywistości, rozleniwiają, zamykają w swoim kokonie”.
Kiedy zabrakło Tadeusza w Gazecie Wrocławskiej ukazało się wspomnienie Wiesława Wodeckiego, kolegi starszego o pokolenie :
„Od kilku lat byliśmy sąsiadami na tej kolumnie. Różnica wieku nie miała żadnego znaczenia. Nadawaliśmy na tych samych falach (…).
Tadeusz, kiedy się zastanawiał, kim jest, odwoływał się do matki, ojca, nauczycieli… i przeczytanych książek. 'Byłbym – pisał w „Ptaku w klatce” – może zupełnie inny (…) gdybym miał innych nauczycieli i gdybym był wychowany w innej tradycji religijnej'. Ze szczególną miłością i czułością pisał o swojej matce. I jak najpoważniej traktował zaciągnięty dług wdzięczności. „Gdy dorastaliśmy, sposobiąc się do tego, że i my wkrótce będziemy rodzicami – pisał – uważaliśmy za naturalne, że dług zaciągnięty u poprzedniego pokolenia tak naprawdę i do końca spłacimy następnym”.
Kochał góry. Były dla niego miejscem „magicznym”, świętym. Góry przywracały mu poczucie rzeczywistych proporcji spraw i wartości. I oczyszczały. Polecał „górskie rekolekcje” wszystkim umęczonym, rozognionym gniewem, spalonym ambicjami i napędzanym nienawiścią. Ludzi chodzących po górach zniewolenie się nie ima. Zawsze pozostają wolni”.

Tadeusz Burzyński (1. VIII 1939 – 30.VII.1998), absolwent polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim. Publicysta, reporter i krytyk teatralny. Przez wiele lat związany z Gazetą Robotniczą. W stanie wojennym wystąpił z PZPR, nie traktował tego jednak jako demonstracji politycznej. Mimo to został wyrzucony z redakcji i przez 8 lat pracował w tygodniku Sprawy i Ludzie. Do Gazety powrócił w roku 1990. Publikował również w Scenie, Dialogu, Teatrze i Odrze. Współautor (wraz ze Zbigniewem Osińskim) pierwszej książki o fenomenie Grotowskiego „Laboratorium Grotowskiego” (1978), a także autor książkowego wyboru felietonów – „Wątpię, więc jestem” (1984). Pośmiertnie ukazał się obszerny tom jego tekstów „Mój Grotowski” (2006). Dwukrotnie był laureatem nagrody klubowej Klubu Krytyki Teatralnej SDP oraz laureatem Nagrody m. Wrocławia (1981). Od roku 1998 dziennikarze akredytowani na festiwalu Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora przyznają Nagrodę im. Tadeusza Burzyńskiego.
W roku 2008 ukazała sie we Wrocławiu nakładem Wroclawskiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru książka Krzysztofa Kucharskiego "Burzyński na tropach teatru jednego aktora".

Opublikowany w AKT

Dodaj komentarz