Nie-Boska Komedia instalacja teatralna

Nie-boska komedia w reżyserii Pawła Wodzińskiego jest bardzo okrojoną realizacją tekstu. Może raczej „przykrojoną”, przystosowaną do czasów nam współczesnych. Ile zostało w nas z romantyzmu?
Ile naprawdę nas dotyczy, nie będąc li tylko nudną piłą, którą jesteśmy zmuszeni czytać, gdyż znajduje się w kanonie lektur szkolnych? Wodziński, zapraszając do udziału w spektaklu ludzi nie parających się zawodowo aktorstwem, pozwalając im zagrać, wypowiedzieć się, udowadnia, iż jest to tekst jak najbardziej aktualny, istniejący w świadomości każdego Polaka „od 13-letniego ucznia gimnazjum po seniorów”.
   Jan Kott twierdził, iż każde pokolenie ma swojego Hamleta, czego dowodem były kolejne wybitne realizacje szekspirowskiego dramatu, w których kolejne pokolenia przeglądały się, poszukując jakiejś wspólnoty, odnajdując  własną tożsamość, a także dowiadując się czegoś istotnego o sobie. A co z polskimi dramatami romantycznymi? Zwłaszcza tymi, stanowiącymi pewnego rodzaju „świętość narodową?”  Czy każde pokolenie ma swojego Konrada, Kordiana i wreszcie Hrabiego Henryka? A może po prostu jakiś swój, coraz to inny odbiór romantyzmu. I jeszcze, czy pokolenie? Wodziński pokazuje, łączy  przedstawicieli różnych pokoleń, mówiących tekstem Krasińskiego. Nie interesuje go więc tego rodzaju wspólnota, wynikająca z bliskiego roku urodzenia. Intrygują go raczej czasy, rzeczywistość współczesna, której specyfika objawia się także pewnym podejściem, do dzieł romantycznych, polegającym na charakterystycznym odczytaniu, interpretacji i postawieniu w jeden w swoim rodzaju sposób istotnych akcentów. W tym miejscu należy się zastanowić w takim razie, czym jest romantyzm, a raczej jeden z utworów romantycznych- Nie-boska komedia w naszej rzeczywistości, dla ludzi nam współczesnych?  
   Podobno zderzeniem dwóch różnych wartości, sprowadzeniem i okrojeniem dramatu Krasińskiego do konfliktu między hrabią Henrykiem, a Pankracym, przy czym pierwszy jest tradycjonalistą, pragnącym bronić dawnych wartości,  korzeni ,drugi natomiast człowiekiem nowoczesnym, pragnącym rewolucji, będącej tu symbolem wszelkich zmian, nowości. Czy na dylematy hrabiego-poety, który próbuje odnaleźć się we współczesnym świecie, nie ma już tutaj miejsca? Sądzę, że przeciwnie. Nie-boska dzisiaj jest opowieścią o człowieku zagubionym, bezskutecznie poszukującym siebie-problem niby odwieczny i uniwersalny, jednakże dziś jak gdyby coraz bardziej widoczny, intensywniej powracający  w naszej świadomości. Czy główny bohater Nie-Boskiej przekonuje nas jako obrońca tradycji? Czy ma godnego przeciwnika? Oto pytania nasuwające się podczas oglądania „instalacji teatralnej” Wodzińskiego.
    Hrabia Henryk od początku do końca jest człowiekiem przegranym. Rzuca się w wir działalności społecznej, ponieważ nie ułożyło mu się życie osobiste. Nie sprawdził się jako mąż, jako ojciec (gubiąc, może wręcz zabijając swoich bliskich), nie stworzył niczego godnego uwagi jako artysta (w spektaklu nie nazywa on poetą, ale artystą właśnie-to uogólnienie prawdopodobnie dowodzi jeszcze pewnego niedookreślenia, pokazuje sferę twórczości bardziej jako niezrealizowany potencjał, albo może nieudowodnione przeczucie jego, nie jako rejestr dokonań, czy podobnie jak w dramacie Krasińskiego pewien sposób bycia, postrzeganie świata, wrażliwość i tęsknotę. W przedstawieniu zresztą ten aspekt osobowości Henryka został bardzo okrojony, zaledwie wspomniany dwu czy trzykrotnie. Być może mamy też tu sygnał pewnej wcześniejszej klęski, niepowodzenia, braku realizacji, od których ucieczką miało być małżeństwo i założenie rodziny). Ten człowiek jak gdyby z góry skazany jest na niepowodzenie i podświadomie wie o tym, walczy jednakże aż do śmierci, chwytając się coraz to nowych pozornych desek ratunkowych i wmawiając sobie wiarę (bo zdecydowanie nie wierząc) w wartości, które z sobą niosą
    Jednocześnie Henryk jest jedynym, który potrafi dostrzec fałsz Pankracego. Wprawdzie, jak się okazuje, inni bohaterowie nie czynią sobie z Pankracego nowego przywódcy, proroka, raczej chwilowy pretekst, mający wyzwolić ich od władzy Henryka. To bardzo gorzki pamflet na temat władzy, pokazujący, iż we współczesnym świecie czymś niemal niemożliwym jest rządzenie innymi. A może wręcz przeciwnie, może należy w tym dostrzec optymistyczną prognozę na temat współczesnego społeczeństwa, które jest wprawdzie otwarte na słuchanie innych, ale jednocześnie ma własny rozum, który uważa za swojego jedynego przewodnika. Kolejne rządy uwodzą na chwilę, pomagają wyzwalać się, ale jednocześnie człowiek współczesny jest zbyt mądry, by dać się na nowo zniewolić. Ale może jest inaczej? Możliwe, że współcześni ludzie nie mają własnej indywidualności, własnego charakteru, potrzebują więc chwytliwych, barwnych haseł, by za ich pomocą nawet nie tyle się wyrazić, co ukryć swoją nicość. Gdy programy, hasła przestają być atrakcyjne, idą dalej, aby poszukać następnych.
 Nieistotne zresztą jak jest naprawdę z tym tłumem, odgrywanym na scenie przez amatorów, statystów, a nie zawodowych aktorów. Instalacja teatralna skupia się na pewnym tragizmie hrabiego Praczłowieka, któremu, jak pisałam, kolejno nic się nie udaje i niezależnie od działań, starań w żadnej dziedzinie życia się nie spełnia. Pankracy bowiem nie do końca jest jego przeciwnikiem, równorzędnym bohaterem. Teoretycznie sztuka sprowadzona została do konfliktu tych dwóch, jednakże wydaje mi się, że rola Pankracego świadomie została narysowana bardzo jednowymiarowo, jednostronnie, trochę w sposób przypominający chociażby maski z Wyzwolenia Wyspiański raczej pewien typ, nie postać, pewne myśli wcielone w niezbyt sympatycznego, wręcz odpychającego człowieka- trochę mniej, niż bohater. Można myśleć o Pankracym jako o alter ego Henryka, jednakże chyba jest on po prostu jeszcze jednym wyrzutem sumienia hrabiego, ucieleśnionym dowodem na jego klęskę, porażkę, podobnie jak inne postacie tej Sztukiewicz żona i Orgio.
    Henryk jako obrońca tradycyjnych wartości od początku zresztą jest mało przekonujący. W pierwszej części sztuki nudzi się razem z nami, uczestnicząc w nabożeństwach-ślubu, chrztu, pogrzebu. Wydają się one celowo zbyt długie, jakby dla podkreślenia ich jałowości, przerostu formy nad treścią. Wcale nie jest uczestnikiem, raczej outsiderem, zdystansowanym obserwatorem, a od nas widzów odróżnia go jedynie to, ze siedzi bliżej, za czerwoną, magiczna linią. Jego strój: stare tenisówki, wytarta kurtka  w jakiś sposób mają sprofanować uroczystości, jednocześnie też podkreślają jego wyobcowanie w tym świecie, który później będzie przezeń tak gorliwie broniony. Czy to dzisiejszy romantyk?  Które jego cechy, poza urodzeniem (wszak jest hrabią) predysponują go do sprawowania rządu dusz? Może jedynie to, że on przy całym swoim rozdarciu, niespełnieniu wciąż poszukuje, próbuje żyć naprawdę. Bada poszczególne wartości i wprawdzie przegrywa, ale jest w nim coś tragicznego, prawdziwego, coś, co wzbudza szacunek. To jedyny bohater, który pyta siebie „kim jestem? Do czego dążę?” Pozostałe postaci nie potrzebują tego typu refleksji, co wcale nie wynika z tego, że wiedzą, odnaleźli siebie. Oni raczej do takich pytań nie dorośli.
    Spektakl z pewnością jest prognoza naszej współczesności. Oczywiście nie chodzi tu o szukanie klucza, zastanawianie się kto jest kim w masce romantycznego dramatu. Warto jednak zastanowić się, jaki typ bohatera nam proponuje. Niestety, nie wygląda to optymistycznie, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę koniec hrabiego Henryka.
    Scena oddzielona jest od widzów czerwona tasiemką, co przypomina oglądanie eksponatów muzealnych, może swoistego skansenu. W pewnym momencie aktorzy zdejmują granicę dzielącą nas od nich, co ma nas zbliżyć. A może nie o to chodzi? Może zostaliśmy uczynieni częścią skansenu? W głębi mamy kapliczkę, gdzie odbywają się nabożeństwa. Brak tu jednak nastroju uroczej, uduchowionej kapliczki. Jest to przestrzeń bardzo surowa. Ściany pokryte są tu do połowy zielona boazerią, co sprawia wrażenie, że znajdujemy się raczej w jakimś urzędzie-wszędzie, czyli nigdzie, może szkole? Ławki przypominają zresztą klasę raczej, niż miejsce modlitwy, nasuwają się skojarzenia z Umarłą klasą Kantora, próbą uchwycenia tego, co bezpowrotnie uciekło, przeminęło. Zdrowaśki brzmią niby mantra, czary, mające to zmienić. Na chwilę akcja przenosi się do szpitala wariatów. To ta sama przestrzeń i te same modlitwy słychać  w tle. Może cała akcja dzieje się w szpitalu? Może to wszystko to tylko urojenia Henryka? Może wszyscy są nienormalni? 
   Pankracy pojawia się nagle, początkowo obserwuje przez okno, na tle suchego, spróchniałego dębu rozpaczliwe, ojcowskie działania Henryka, mające z jednej strony podporządkować sobie Orcia, z drugiej  wyrażające troskę o niego, służące uratowaniu go. Pankracy, przybysz z zewnątrz, obserwuje to wszystko uważnie, jednakże okazuje się, że to nie Orcio tak naprawdę go interesuje, który przyklejony do krzesła, uwięziony siedzi cicho, chowając swój niepokój gdzieś w sobie i chwilowo nie okazując go. Interesuje go Henryk, który być może podporządkowując sobie syna, niszczył coś w sobie – tę szlachetniejszą, lepszą część siebie, której nie do końca w sobie akceptuje.
   Pisałam o oknie. Przez nie do świata kapliczki wkrada się Pankracy. Może nie do końca, wchodzi przecież drzwiami, jednakże najpierw widzimy go obserwującego przez okno, skrada się z innego świata. Co tam widać na zewnątrz? Suche drzewo, do którego później porówna go Henryk. Wydaje się więc, że oba światy – ten wewnątrz i ten na zewnątrz przedstawione są raczej pejoratywnie, wszystkie wartości (te z wewnątrz i te z zewnątrz) pokazane są z dystansem dalekim od idealizowania. Pankracy wchodzi do świata, którego Henryk też nie do końca, jak pisałam, jest mieszkańcem, w którym też nie potrafi się odnaleźć, choć próbuje, wierząc, że jeśli ten świat obroni, on go przygarnie, uzna za swego. Pankracy natomiast burzy jego pozorny ład, kompromituje ów światek całym swoim pojawieniem, oprócz tego ujawnia jego niestabilność. W późniejszych scenach, Henryk, barykadując się, zamyka okno i pokrywa je czarnym sprejem. Oczywiście, to symbol nocy, jakiegoś zamaskowania się w bunkrze wartości dla większego bezpieczeństwa, ale także symbol ciemnoty, zamknięcia na rzeczywistość pozaokienną, braku światła i oświecenia.
    Właściwie trzeba zauważyć, iż obaj przywódcy przegrywają. Henryk zabija się, Pankracy, pewien swego zwycięstwa zostaje nagle sam, posłużył tylko za narzędzie do wyzwolenia się od Henryka i głoszonych przez niego racji. Teraz wszyscy od niego odchodzą, nikt już nie chce, nie ma ochoty go dłużej słuchać. Bardzo pesymistyczna prognoza współczesności. Na początku zadałam pytanie-ile w nas z romantyzmu? Bez odpowiedzi, jednak chyba nie tak mało, skoro dramaty romantyczne nadal można odbierać bardzo współcześnie i być przez nie zmuszonym do refleksji nad sobą i światem.
Krystyna Tylkowska

Dodaj komentarz