Mesjasz Ksiądz Helena

Rozmowa z Bartoszem Frąckowiakiem po premierze "Księdza H." w Teatrze Wybrzeże.

Piotr Kozak: Muszę przyznać, że po premierze Księdza H. jestem zawiedziony. Mieliśmy wszystkie elementy do wywołania skandalu: spektakl otwiera msza święta, jest profanacja Matki Boskiej.

Bartosz Frąckowiak: Gdybym chciał wywołać skandal, zrobiłbym to przedstawienie zupełnie inaczej. Mi zależało na „szoku percepcyjnym”. Msza święta, która otwiera drugą scenę spektaklu, ma przywołać w dość dokładny sposób powszechnie znany rytuał, a zarazem wprowadzić element obcy: wielkoczwartkową mszę odprawia tu kobieta. Jest to pewnego rodzaju performatywny zabieg. Stanowi on element obcości wprowadzony w znany i powszechnie identyfikowany rytuał. Ma on wybić z automatyzmu postrzegania.

Moim zdaniem skandalu nie było dlatego, że zawiodła intuicja recenzentów. Z jednej strony nazywano Cię w wywiadach „lewicowym chrześcijaninem”, z drugiej natomiast część recenzentów próbowała twoją sztukę wtłoczyć w utarte ramy: konflikt ciało-dusza, spór w kościele między tradycjonalistami a modernistami, itd. Umknął gdzieś lewicowy wymiar tego spektaklu.

W krótkim tekście prasowym bardzo trudno uchwycić niuanse. Osobiście nie chciałbym komentować recenzji spektaklu, gdyż pojawiają się w nich elementy, które mnie osobiście zaintrygowały. Na przykład temat profanacji, który pojawia się w tekście Jarosława Zalesińskiego. W jego interpretacji sztuka Ksiądz H. jest protestem przeciwko profanowaniu tego, co święte. Oczywiście tu zaczyna się gra pojęciowa: co to znaczy profanować i co to znaczy świętość? Mam poczucie jednak, że w tym spektaklu zawarłem wiele gestów profanacyjnych, w Agambenowskim rozumieniu tego słowa.

To znaczy?

Próbowałem odnowić dyskusję nad pewnymi symbolami, pojęciami, zakwestionować schematy myślowe, które zostały przyjęte jako oczywiste, wyalienowane ze sfery „użyteczności” czy też poddane działaniu praw „społeczeństwa spektaklu”. Jeżeli świętość ma oznaczać rodzaj ustabilizowanej struktury, to profanacja będzie oznaczać przemyślenie na nowo takich sfer, jak polityka, życie wspólnotowe, ekonomia, etyka, jak i wiążących się z nimi symboli i pojęć. Tak rozumiana profanacja nie musi unieważniać doświadczenia religijnego. Stąd gestu profanacji Matki Boskiej nie należy w mojej sztuce odczytywać wprost. To byłoby bardzo proste, zrobić spektakl o tym, że żyjemy w Polsce, gdzie Matka Boska pełni funkcję żeńskiego bóstwa opiekuńczego, wokół którego trwają przeróżne rytuały, a które tak naprawdę przestało znaczyć coś więcej. Mnie interesuje przede wszystkim to, jaka jest relacja pomiędzy symbolem a wspólnotą, dla której on jest lub nie jest ważny.

W świecie bohaterów sztuki nie ma już chyba czego profanować. Ksiądz Helena nie powołuje się na Boga. Wierzy w Ducha Świętego i Wspólnotę. Biskup wierzy z kolei w instytucjonalny kościół. Boga przywołuje jedynie jako gwaranta trwałości instytucji. Swoją władzę będzie w istocie opierał nie na nadaniu boskim, ale na nagiej sile, co doskonale widać w scenie wyrzucenia Księdza Heleny ze wspólnoty wiernych. Ich świat jest zdesakralizowany.

Z jednej strony, mamy tu do czynienia ze światem mocno zdesakralizowanym, z drugiej, ze światem postsekularnym. Tu rzeczywiście nie ma czego profanować, w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, a mimo to sfera teologiczna gra bardzo ważną rolę. Dlatego bardzo istotne dla mnie było przywołanie tematyki religijnej w kontekście tematyki wspólnotowej.

Jeżeli mówimy o wspólnocie, to pewnego rodzaju założenia teologiczne prędzej czy później się pojawiają. Wspólnota jest połączeniem dwóch sfer: sfery politycznej i sfery religijnej. Mimo, że wszystko już zostało sprofanowane, to spór pomiędzy postawami bohaterów ma bardzo realne konsekwencje. Problematyka sacrum i profanum, ich rozdziału bądź pojednania, wciąż determinuje zachowania członków wspólnoty. Na przykład Mężczyzna, gwałciciel, wciąż przywołuje kontekst teologiczny, próbując uzasadniać swoje wybory. Z drugiej strony, postacie dewotek po wyrzuceniu z kościoła Księdza Heleny całkowicie wychodzą ze swoich ról. Ich role były tylko i wyłącznie rolami przyjętymi w scenariuszu kozła ofiarnego, którym staje się Ksiądz Helena. W ich postawach mamy do czynienia z manifestacją rozumu cynicznego.

Ksiądz Helena jest Matką Boską, feministką i leninistką w jednej osobie. Po co jej jednak kościół? Po śmierci Boga chyba na próżno szukać doskonałej wspólnoty w kościele.

Wydaje mi się, że Bóg zarazem umarł i nie umarł. Jest niewidoczny, bezsilny, ukryty, a jednak jest czymś, co niejako pod powierzchnią determinuje wybory, kierunek myślenia. W tym sensie myślę, że postawa ewangeliczna, wczesnochrześcijańska jest zbieżna z projektem lewicowym. To też jest bardzo ciekawy problem spektaklu. W świecie Księdza Heleny mamy do czynienia z wieloma grupami interesu. Nie ma natomiast niczego, co byłoby projektem spajającym, uniwersalistycznym, o jakim mówił Badiou.

Tylko jak to zrobić? Ksiądz Helena rzeczywiście próbuje zbudować pewną uniwersalną wspólnotę. Zbudować lud. Jednak czy takiej płaszczyzny nie proponuje nam również neoliberalizm ze swoim ludem bez ludu, całkowitym zrównaniem różnicy w obrębie kapitału?

Czy takie zrównanie jest propozycją Księdza Heleny? Wydaje mi się, że nie. I czy tak naprawdę neoliberalizm jest projektem uniwersalistycznym?

Może problem polega na tym, że lud nie jest ani prawicowy, ani lewicowy. Tożsamość, jaką lud przyjmie, zależy wyłącznie od tego, jaką nazwę przyjmie, bądź jaką mu się nada.

Według mnie to raczej kwestia realnego antagonizmu. Czy nie jest tak, że zauważalne w przestrzeni publicznej antagonizmy, to antagonizmy fikcyjne, medialnie wykreowane? Nie mają one nic wspólnego z autentycznymi antagonizmami klasowymi, które powstają na podłożu ekonomicznym. Ten konflikt jest dość silnie zarysowany w sztuce w momencie, w którym deweloper chce zlikwidować kapliczkę, ponieważ jest położona na terenie, gdzie metr kwadratowy kosztuje 100 tysięcy.

Tu kapitał jest elementem desakralizującym.

W jakimś sensie tak. Z drugiej strony jest elementem, który wprowadza własny porządek sacrum. Społeczeństwo konsumpcyjne jest właśnie społeczeństwem paradoksalnie zsakralizowanym. W tym sensie ten spektakl profanuje coś, co jest zsakralizowane przez kapitał.

To może należy obrać drogę Biskupa, innymi słowy podążyć za partią, czyli kościołem?

Czy kościół Biskupa rzeczywiście jest partią? Jest raczej instytucją dość korporacyjną. Nie ma do zaproponowania żadnego uniwersalistycznego projektu. Owszem, Biskup odwołuje się do czegoś, co jego zdaniem jest godne obrony: przedsoborowej tradycji tajemnicy. Szczególnie mocno akcentuje to Pankowski: widzi wartość w misterium. Religia może przetrwać tylko i wyłącznie, gdy zostaje zachowany moment tajemnicy. W tym sensie Pankowski jest absolutnie konserwatywnym pisarzem chrześcijańskim.

Sam również jesteś „lewicowym chrześcijaninem”.

Dla mnie projekt „lewicowo-chrześcijański” jest jak najbardziej pożądany. Jestem w stanie się pod nim podpisać. Oczywiście jest to projekt utopijny, gdyż wciąż pozostaje pytanie o instytucję, która mogłaby go zrealizować. Ale utopia jest też czymś, co powinno zostać zrehabilitowane.

Chrześcijaństwo ma zresztą olbrzymi potencjał profanacyjny. Teksty ewangeliczne były tekstami profanacyjnymi. Silnie podważały przyjęte religijne, instytucjonalne, polityczne status quo. Podobnie Ksiądz Helena, która próbuje odrzucić myślenie w kategoriach winy. Moralność opiera na odpowiedzialności indywidualnej. W tym sensie jest to też projekt uniwersalistyczny, ale na pewno nie totalitarny. Nie unieważnia jednostkowości. Postawa Księdza Heleny jest postawą demokratyczną, akcentującą podmiotowość, równość. Nie bez przyczyny książka Tadeusza Bartosia nosi tytuł Wolność, równość, katolicyzm. Są to te same hasła, które przywołuje Biskup, komentując projekt Księdza Heleny. Jednocześnie tytułowa bohaterka nie powiela postmodernistycznych klisz mówiących o skupianiu się na mniejszościach i wsłuchiwaniu się w innego. Nie podąża również drogą Biskupa, który twierdzi, że poza kościołem instytucjonalnym nie ma zbawienia. Ksiądz Helena nie walczy o „prawa mniejszości”, gdyż oznaczają one w rzeczywistości jedynie walką o partykularne interesy. Nie jest to też postawa tradycyjnie katolicka. U Pankowskiego postawa walcząca o partykularne interesy i postawa tradycjonalistycznego kościoła są ze sobą w przedziwny sposób zbieżne. Podobnie w doktrynie neoliberalnej: z jednej strony potrafi jej służyć państwo narodowe, z drugiej strony swoista afirmacja różnicy. Tu nie ma sprzeczności pomiędzy jednym a drugim, tak jak nie ma sprzeczności pomiędzy PiS-em a PO. To są całkowicie komplementarne postawy.

Co zatem proponuje nam Ksiądz Helena?

Ksiądz Helena próbuje wprowadzić coś całkowicie spoza tego pola i wyrwać nas z fałszywej opozycji narodowej homogeniczności i afirmacji różnicy. Stworzyć coś trzeciego: z jednej strony coś absolutnie otwartego na jednostkowość, niepowtarzalność, a zarazem budującego uniwersalistyczny projekt polityczny i wspólnotowy. Dziś potrzeba nam nowego uniwersalistycznego projektu i odwagi do radykalnej zmiany społecznej.

tekst ukazał się pierwotnie na witrynie www.krytykapolityczna.pl

Dodaj komentarz