Madame Modjeska, czyli Niewolnica Szekspira

Zagrała prawie 300 ról w 300 miastach, dając 6000 tysięcy przedstawień, w tym 750 w Warszawie, 520 w Nowym Jorku, 390 w Krakowie, 320 w Londynie i 300 w San Francisco.
Image
Nielichy dorobek. A przy tym świadectwo katorżniczej pracy. Kiedy przemierzała Amerykę wynajętym wagonem podczas swoich wielkich tournée, bywało, że w jedynym tygodniu grała w czterech miastach, niekiedy po dwa przedstawienia dziennie. Grała nawet osłabiona, niemal nigdy nie odwołała spektaklu z powodu niedyspozycji. Wygląda na to, że pogoń za sukcesem ją pochłonęła. A może poczucie misji? Niektórzy nazywali ją zdrajczynią, bo rzuciła posadę w Warszawskich Teatrach Rządowych i ruszyła na tułaczkę po Ameryce. Inni widzieli w niej misjonarkę, która krzewiła wiedzę o Polsce, kraju podbitym a dumnym, nazywali ją nawet polską Joanną d'Arc.
    „W Krakowie, będąc jeszcze cała zanurzona w błocie – mogła zwierzać się u  schyłku życia Helena Modrzejewska. – niańcząc nieślubne dziecko, grałam dziewicę i mniszkę. Gdy poślubiłam arystokratę Chłapowskiego, z „tych” Chłapowskich, zaczęłam grać arystokratkę i wierną żonę. Potem grałam w londyńskich salonach damę. W czasie wizyt w kraju – światową gwiazdę. Dla amerykańskiej Polonii – patriotkę i ofiarę prześladowań carskich”. Tak mogłaby mówić czy pisać o sobie samej (a była obdarzona nie byle jakim talentem literackim, co poświadczał sam Cyprian Norwid) i tak właśnie wyobraził sobie rachunek sumienia artystki Kazimierz Braun, autor monodramu o Modrzejewskiej, „Królowa Emigrantka”. Sztuka była kilka razy wystawiana, nawet w odległym Toronto. Ukazuje artystkę w momencie dramatycznym, kiedy zmuszona opresjami finansowymi musi opuścić swoją posiadłość w Kalifornii, ukochane Arden, nazwane tak na chwałę szekspirowskiego Lasu Ardeńskiego z komedii „Jak wam się podoba”.
    Miejsce to wybrał Henryk Sienkiewicz. Zachwycił się doliną: „z jednej strony ciągnie się – pisał – ogromnym półkolem wydłużone wzgórze ucięte równo jak mur; drugi zaś i bardzo spadzisty brzeg przeciwległy utworzony jest przez potok”. Okolica zdała się pisarzowi przypominać „pyszną dekorację teatralną”, która wywarła równie silne wrażenie na państwa Chłapowskich. I tu postanowili zamieszkać. Z czasem jednak koszty reprezentacyjne posiadłości stały się nie do zniesienia (16 osób personelu!), zwłaszcza po zakończeniu kariery gwiazdorskiej. I oto – ten moment ukazuje Braun – artystka rozstaje się ze swoim miejscem na ziemi, być może najważniejszym powodem, dla którego zatrzymała się na stałe w Ameryce. Stąd te odwijające się taśmy pamięci i dramatyczne pytania:
Kim więc byłam?
Kim jestem?

Cień młodości
   
    W jednym z polskich miast – wspominała aktorka – w którym grałam, kilka kobiet powiedziało we własnym gronie, że mam sztuczny biust z gumy indyjskiej, który noszę zawieszony na taśmie u szyi, malowany na kolor skóry i który ubieram przez głowę, wkładając ją w otwór zrobiony po to, by się szyja zmieściła. Zwierzenie jak z dzisiejszego tabloidu pomieścił The Dramatic Mirror w maju 1895. Mme Modjeska była już wówczas stateczną damą amerykańskiego teatru, od 1883 roku obywatelką Stanów Zjednoczonych, powszechnie poważaną i podziwianą. Mogła już demonstrować dystans wobec siebie i pewien rodzaj figlarnego dowcipu. Powiedziała więc coś jeszcze: Pewna znajoma dama postawiła w zakład 1000 marek, które będą przekazane biednym, że ta teoria jest całkowicie zmyślona, i powiedziała mi o tym, błagając mnie, bym się zgodziła, by przeciwniczki mogły to sprawdzić. Śmiałam się i potraktowałam sprawę jako kompletny nonsens, ale widząc, że moja przyjaciółka mówi poważnie, i, że bardzo chciała podarować biednym, powiedziałam, żeby przyprowadziła te kobiety do mojej garderoby po seansie. Tam odbyło się badanie wśród krzyków i śmiechów.
    Niby to nazbyt swobodne, ale przecież w imię szczytnych celów, żeby pomóc biednym. Helena Modrzejewska posiadła umiejętność komunikowania się z ówczesną prasą. Dobrze wiedziała, co, komu i jak powiedzieć. Na tę kontrolowaną swobodę mogła jednak sobie pozwolić dopiero wtedy, gdy osiągnęła status niekwestionowanej międzynarodowej gwiazdy. Wcześniej długie lata ciągnęła się za nią opinia awanturnicy.
    Nie szczędziło jej życie goryczy. Dzieciństwo i młode lata znaczyły rozczarowania, upokorzenia, bieda. Nawet nie wiedziała, czyim jest dzieckiem. Pewne było, że matka powiła ją już jako wdowa. Potem krążyły rozmaite legendy na temat jej naturalnego ojca. Nazwisko nosiła Misel, czyli rodowe nazwisko matki Józefy z Miselów Bendowej. Rwała się do teatru, ale przeegzaminowała ją Józefa Hubertowa, aktorka wedle oceny Karola Estreichera „śmiała, rezolutna, swobodnych usposobień i nadobna”, i orzekła, że co jak co, ale Helena do teatru się nie nadaje. Pracowała więc jakiś czas, pomagając matce w prowadzeniu kawiarni, aby wyjechać ze swym nauczycielem Gustawem Zimerajem, który wkrótce został ojcem dwojga jej dzieci, a następnie impresariem. Pod jego opieką zadebiutowała w roku 1861 w amatorskim przedstawieniu dobroczynnym w Bochni, wcześniej pobierając lekcje u niemieckiego aktora.   
    Zimajer myślał o jej karierze w teatrach niemieckich, ale Modrzejewska – wkrótce bowiem oboje z Gustawem przybrali ten sceniczny pseudonim, – wybrała polską scenę. Długo z Zimajerem nie wytrzymała, uciekła z synem do Krakowa. Prawo do opieki nad nim wykupił później od Zimajera Karol Chłapowski. Dla zachowania pozorów moralnych Modrzejewska wszędzie mówiła o Zimajerze jako mężu, a w Ameryce upowszechniała wiadomość, z jej pierwszy mąż umarł. Więcej tam zresztą było upiększania życiorysu, a to wykształceniu i zatrudnieniach jej rodzeństwa, a to o hrabiowskim tytule.
    Pierwsze dwadzieścia parę lat życia nie zapowiadało późniejszej bujnej kariery. Dopiero przystanek w Krakowie, wejście na poważniejsze sceny, mobilizacja do pracy i konkurencji zrobiły swoje. To wtedy, podczas występów gościnnych z trupą krakowską w Poznaniu poznała Karola Chłapowskiego. Wkrótce została jego żoną.
W salonie i kuchni
    Z zadziwiającą łatwością zmieniła się w stateczną damę, prowadzącą salon, wpływową i z niebywałymi koneksjami. Umiała wybierać. Związek z Chłapowskim okazał się związkiem na życie i otworzył przed nią wiele drzwi. W arystokratycznych kręgach, z których wywodził się mąż, kwaśno patrzono na jego wybór matrymonialny, ale, cóż, stało się, a przy tym Modrzejewska posiadała nie tylko talent sceniczny, ale i talent zjednywania ludzi. Zawsze było wokół niej rojno, a wielu tych, którzy widywali ją na scenie, dostrzegło, że o jej powodzeniu decydował nie tylko talent czy umiejętności warsztatowe, ale także osobowość, pewien czar, który wokół siebie roztaczała.
    Z prowincjonalnej aktorki amatorki wyrosła na pierwszą damę Warszawskich Teatrów Rządowych z bajecznym kontraktem (2 tysiące rubli rocznie, nie licząc honorariów za spektakle, benefisu i wpływu na repertuar). To oczywiście wywoływało zawiść, intrygi, ale zawsze mogła liczyć na poparcie Marii Kalergis i jej męża, zawiadującego teatrami generała Muchanowa. Odnosiła w Warszawie sukces za sukcesem, a mimo to, jak ocenia Kazimierz Braun „życie w kraju stało się dla niej nieznośne. Otoczona zawiścią, była przedmiotem szeptanych i drukowanych potwarzy”. Toteż przygotowywała się do ucieczki do Ameryki. Marzyła o karierze międzynarodowej gwiazdy, a jednocześnie chciała wyzwolić się z dusznej warszawskiej atmosfery.
    W kręgu najbliższych przyjaciół snuto fantastyczne plany o założeniu w Ameryce wzorowej farmy – dochody miały zapewnić środki w okresie przejściowym, nim osiągnie sukces w teatrze. W jej salonie, a sławne stały się w Warszawie jej wtorki artystyczne, wśród pretorian zgromadziła Henryka Sienkiewicza, grono malarzy z Aleksandrem Gierymskim, Adamem Chmielowskim i doświadczonych amerykańskich bywalców. Do wyjazdu przygotowywano się staranne i potajemnie, toteż wiadomość o zerwaniu kontraktu z Teatrami Rządowymi wstrząsnęła Warszawą. Żegnano ja owacjami, hołdami i łzami. Oficjalnie wyjeżdżała za granicę dla poratowania zdrowia.
    Szybko okazało się, że wymarzona Ameryka stawia opór, a idealistyczny pomysł na farmę – przy antytalencie biznesowym Karola Chłapowskiego – musiał skończyć się katastrofą. Mimo to na początku Modrzejewska zakasała rękawy i z pierwszej gwiazdy warszawskiej stała się kucharką, gospodynią domową. Sienkiewicz, zawsze pod jej urokiem, platonicznie zakochany, zachwycał się farmerskim żywotem: „dziwnie się wprawdzie wydaje widzieć np. panią Helenę, którą przywykło się widzieć królującą w królestwie sztuki – natchnioną i okrytą idealnym nimbem – gotującą obecnie biwsztyki lub piorącą bieliznę, ale”…  Modrzejewska nie była zachwycona. Wyruszyła na podbój San Francisco ze skromną sumą, która pozwalała utrzymać się przez trzy miesiące. Musiała zwyciężyć – tu już szło o egzystencję.
    Dyrektor teatru nawet nie chciał z nią rozmawiać – podejrzewał, że jakaś zwariowana polska hrabina udaje aktorkę. Doszło jednak do próby i otworzył przed nią teatr. Na początek poszła Adrianna Lecouvrere – jej popisowa rola, towarzysząca aktorce przez całe życie. Rola z popularnego melodramatu Augustina Scribe'a i Ernesta Legovoué'a, opowieści o słynnej aktorce, żyjącej na przełomie XVII i XVIII wieku, kochance marszałka Maurycego Saskiego, której odmówiono pochówku w poświęconej ziemi. Adriannę z upodobaniem grały największe aktorki epoki od Sarah Bernhardt po damy sceny warszawskiej. Modrzejewskiej dano tę rolę w Warszawie, bo miała się wyłożyć, a tymczasem powaliła wszystkich. Tą samą rolą debiutowała w San Francisco, choć tym razem dyrektor liczył na sukces – mimo jej obcego akcentu, mimo braku nazwiska i mimo wieku – debiutowała w Ameryce od zera, mając 37 lat, w tamtych czasach dla aktorki to był poważny wiek.
    Jej debiutowi amerykańskiemu towarzyszył wierny przyjaciel Henryk Sienkiewicz. Triumf opisał z właściwym sobie talentem i nieskrywanym zachwytem:„Gdy przyszła kolej na bajkę La Fontaine'a, publiczność zatrzymała oddech w piersiach. Jakieś niewypowiedziane przeczucie kazało oczekiwać wszystkim czegoś niezwykłego. Głos artystki rozlegał się jak zaziemska muzyka po wszystkich zakątkach teatru. W oczach rodaków zabłysły łzy… O! Już było zwycięstwo!” Rzeczywiście Modrzejewska po spektaklu nadała do męża lakoniczny telegram „Zwycięstwo”, raczej z oszczędności niż powściągliwości. Słowom za to folgował Sienkiewicz, opisując burzę oklasków: „Ogarnęło wszystkich prawdziwe szaleństwo. Sądziłem, że słyszę stada jaguarów, wilków i bawołów, dających razem piekielny koncert. Niesłychanym wypadkiem w Ameryce nikt po skończonym spektaklu nie opuścił swego miejsca. Wywoływano przeciw zwyczajowi jedenaście razy artystkę. Gdy się ukazywała, mężczyźni wstawali i odkrywali głowy. Mówiono mi potem, że w czasie tej burzy przechodnie na ulicy stawali i pytali, co się stało? Słowem, piszę wam wprost i otwarcie, że podobnego sukcesu nie tylko nigdy nie widziałem, ale i nie czytałem o takim nigdy, Było to po prostu wzięcie szturmem Ameryki”. Rodacy w Polsce nie do końca wierzyli Sienkiewiczowi, wietrząc, że to relacja zakochanego, a może nawet kochanka. Modrzejewska też nie upajała się sukcesem. Po spektaklu bankietu nie było, musiała jeszcze wiele uczynić, aby naprawdę zdobyć Amerykę. Znalazła się u szczytu, kiedy w sezonie 1889/90 odbyła wielkie tournée wspólnie z amerykańskim aktorem Edwinem Boothem, najsłynniejszym gwiazdorem Szekspirowskim. Przemierzyli pociągiem całą Amerykę. To było już po jej sukcesach w Londynie, gdzie jako jedyna aktorka spoza Albionu zyskała chwałę artystki szekspirowskiej.

Uciekający sukces
    Jej niebywała kariera w Ameryce może przyprawić o zawrót głowy. Sama jednak Modrzejewska ciągle była nienasycona i niezadowolona. Chwalona, rozpieszczana, witana owacyjnie, przywykła do hołdów, ciągle dążyła do ideału. „Sukces, sukces – pisała w artykule opublikowanym w The Sunday Inter, bodaj w roku 1898 – kto potrafi zdefiniować to pojęcie? Nie mogę nawet przyznać, że to wiem, choć przez wiele lat modliłam się w świątyni sztuki, dopóki nie byłam z siebie zadowolona… Nigdy nie zaznam sukcesu, ze względu na to, że nie byłam nigdy zadowolona ze swojej pracy. Zawsze jestem niezadowolona z siebie. Ciągle nie mogę zbliżyć się do swego ideału”. I jeszcze następne, zdumiewające zdanie: „Świat jest przepełniony kobietami, którym się nie udało”. A jednak to poza. Kto jak kto, ale Modrzejewska nie mogła nie wiedzieć, jak bardzo jej się udało. Kokietowała niewiedzą, skromnością, poczuciem niespełnienia., choć z drugiej strony poszukiwała ciągłe, zmieniała swój styl.
    Jaką byłą aktorką? Zapewne wspaniałą, ale gdy chcemy zbliżyć się do jej sposobu gry, natrafiamy na kłopoty. „Recenzje z epoki triumfów warszawskich są w większości enigmatyczne – ocenia prof. Andrzej Żurowski – ogólnikowe; jedno jest pewne – jak na owe czasy Modrzejewska powściągała ekspresję, nie nadużywała siły głosu, dzięki czemu rzadkie kwestie wypowiedziane głosem podniesionym sprawiały wrażenie silniejsze. A stylistycznie nawiązywała do tradycji romantycznej”.
    Co by jednak się stało, gdyby jakimś sposobem można było zobaczyć dzisiaj Modrzejewską na scenie? Profesor Żurowski, mimo że zafascynowany artystką (wkrótce ukaże się jego książka „MODrzeJEwSKA ShakespearianStar”), wolałby uniknąć takiego spotkania, bo nieuchronnie byłby rozczarowany: „Była aktorką wielką – wyjaśnia – i właśnie dlatego jej artyzm odpowiadał wrażliwości jej odbiorców, tych sprzed stu lat i więcej. Tym także była wielka, że szła przed nimi o krok czy dwa, ale tylko o krok czy dwa; gdyby nadmiernie wyprzedziła swój czas, jej sztuka rozminęłaby się z oczekiwaniami widzów – nie trafiałaby w ich skalę wrażliwości, ich sposób myślenia i przeżywania.”
    A jednak kusi, aby zbliżyć się do warsztatu wielkiej gwiazdy Szekspira – z 4300 przedstawień zagranych po angielsku więcej niż połowa przypadła na role Szekspirowskie. Miała ich w repertuarze aż 18, grała je z sukcesem Polsce, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Anglii, swoją Ofelią czarowała, kiedy była już babcią, a monolog Lady Makbet przeszedł do historii jako jedno z najbardziej przejmujących wyznań, jakie kiedykolwiek poczyniono na scenie. Jej role obrosły legendami, jak choćby to, że Ofelię grywała w Stanach częściowo albo w całości po polsku, a tymczasem zdarzyło się to tylko dwa razy i w dodatku tylko w scenie obłędu, co więcej, publiczność amerykańska przyjęła ten fragment niechętnie, przekonana, że aktorka zapomniała angielskiego tekstu. Modrzejewska zrezygnowała więc z łączenia występów w dwu językach w jednym spektaklu.
    Pewnie nie dowiemy się nigdy, jak grała. We wspomnianym już artykule z The Sunday Inter podawała nieskomplikowany przepis: najpierw musi się nauczyć tekstu, a potem „wtopić osobowość Heleny Modjeskiej w postać, która w sposób spontaniczny i naturalny, w okolicznościach wskazanych w sztuce, wypowie ten tekst”. Bagatela. Niby proste, ale przecież z Lady Makbet zmagała się artystka przez wiele lat, zanim znalazła ten jeden jedyny ton. Publiczność wpadała w zachwyt i osłupienie. „Tym, co ją widzieli – zanotował jeden z widzów – brakło nieraz tchu, jak jej samej”. A wnikliwy krytyk Adam Grzymała-Siedlecki wspominał tę wielką rolę jeszcze w pół wieku po obejrzeniu artystki w Krakowie w roku 1903: „ponad grozą i ponad litością unosiła się wielkość – wielkość czego? U Szekspira wielka jest zbrodniczość tej infernalnej kobiety – u Modrzejewskiej wielkim było w obłęd przetworzone sumienie”.
    W 1905 pożegnała się ze sceną w Metropolitan Opera. Tych pożegnań było jeszcze kilka – po raz ostatni wystąpiła na imprezie dobroczynnej w styczniu 1909 roku z monologiem Lady Makbet, na parę miesięcy przed śmiercią. 23 sierpnia 1906 roku pożegnała się ze swoją ukochaną posiadłością w Kalifornii, w Arden. To o tym pożegnaniu napisał sztukę Kazimierz Braun. „Całe życie – komentuje autor – uciekała przed wstydliwymi tajemnicami dzieciństwa i przed kompromitującymi postępkami młodości, potem przed widmem utraty pozycji scenicznej i towarzyskiej, przed perspektywą ruiny finansowej”. Rozstanie z Arden musiało być szczególnie bolesne. Ale w jakiś sposób do Arden wróciła. Dzisiaj Arden nosi nazwę Modjeska i wszystko wokół nazywa się Modjeska: sklepik, centrum osiedlowe, stacja straży pożarnej i kanion, oczywiście Modjeska Canyon przy Modjeska Drive. Ameryka o niewolnicy Szekspira pamięta.
Tomasz Miłkowski
Tekst opublikowany w majowym numerze miesięcznika "Bluszcz"

Dodaj komentarz