Krytyk, czyli kronikarz

O książce Krzysztofa Kucharskiego o Tadeuszu Burzyńskim.

Krytyk, czyli kronikarz

Pierwszym krytykiem teatralnym był Bóg. Tak przynajmniej twierdzi Michael Handelzaltz, uwielbiający paradoksy recenzent izraelskiej gazety „Haaretz”. Na dowód przytacza odpowiedni fragment Pisma, w którym Stwórca po dokonanym dziele dokonuje oceny i powiada: „I widział Bóg, że to było dobre” (Genesis w. 11). Jednak w swoim błyskotliwym wywodzie, przedstawionym krytykom i uczonym z całego świata podczas sympozjum teatrologów w Toronto (jesienią 2008), Handelzaltz mimo tak wysokiego patronatu godzi się przyznać recenzentowi zaledwie (?) uprawnienia kronikarza. W końcu, powiada, najważniejsze jest świadectwo, zapis wrażenia, czegoś niezwykle ulotnego.

Gdyby było inaczej, używanie słów do utrwalenia spektaklu mogłoby się okazać zbędne. Choć nie brak zwolenników i takiego poglądu, to jednak często okazuje się, że zapis elektroniczny przedstawienia nie przenosi czegoś, co się naprawdę dzieje między publicznością a sceną. Nawet wtedy, kiedy sceny wcale nie ma w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Co więcej, niektórzy aktorzy jak ognia wystrzegają się elektronicznych zapisów spektaklu. Powiadają, że wycieka z nich dusza. Takie zapisy, oglądane po latach, tracą siłę wyrazu. Nie dlatego, że są technicznie niedoskonałe, ale że zmieniają się estetyczne oczekiwania czy mody. Rzecz inna z kronikarzem, który ma do dyspozycji tylko słowa i może zachować unikatową, ekscentryczną atmosferę spotkania widzów i aktorów.

Nakładem Wrocławskiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru ukazała się właśnie niewielka książeczka Krzysztofa Kucharskiego „Burzyński na tropach teatru jednego aktora”. Autor odtwarza dzieje kronikarskiej roboty wrocławskiego recenzenta, zmarłego 10 lat temu Tadeusza Burzyńskiego, który obok swej miłości do Teatru Laboratorium Jerzego Grotowskiego równie silnym uczuciem pałał do sceny jednoosobowej. Towarzyszył jej od początku narodzin festiwalu jednego aktora w Piwnicy Świdnickiej na wrocławskim rynku w roku 1966. Stał się tego teatru nie tyle piewcą czy taksatorem, ale czułym opisywaczem. Kucharski skrzętnie pozbierał liczne teksty Burzyński i ułożył z nich kolorową mozaikę. Oto jak sugestywnie Burzyński zapisał przyjęcie jednoosobowej wersji Hamleta w wykonaniu artysty teatru lalek, Andrzeja Dziedziula (rok 1967): „Wreszcie ujrzałem na przeglądzie rozentuzjazmowaną publiczność. Stało się to na spektaklu „Wielkiego Księcia” Andrzeja Dziedziula. (…) Zaprezentował „Hamleta” wystawionego przez wzruszająco nieporadnego jarmarcznego kuglarza, bawiącego gawiedź prymitywnym teatrzykiem lalkowym”. Aktor wedle kronikarza sprawił się świetnie: „I jako „lalkarz starodawny”, niepewny przyjęcia jego teatru przez publiczność („Sąd surowy nas przestrasza, kornie więc tragedia nasza o życzliwość was uprasza” – powtarzał co chwila, bawiąc nas tym przynajmniej do połowy spektaklu), i jako animator, w którego rękach ożywają nie tylko niezwykle posłuszne mu lalki, ale i zupełnie człekoniepodobne rekwizyty”.

Michael Handelzaltz ma rację. Teatr zamknięty w książkowych okładkach czuje się bardzo dobrze.

Lektor

Dodaj komentarz