KLUB MORDERCÓW LITER

Fragment powieści Zygmunta Krzyżanowskiego. Przekład: Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska.

Zygmunt Krzyżanowski
Przekład: Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska

KLUB MORDERCÓW LITER
(fragment powieści)

– Mój zamysł ma cztery akty. Tytuł: „Actus morbi*”.
Przewodniczący wyraźnie się zaniepokoił:
– Tak myślałem. Pan zawsze, jakby rozmyślnie, narusza tradycje Klubu. Uscenicznianie oznacza – wulgaryzowanie. Jeżeli projektuje się zamysł na teatr to znaczy, że jest on ubogi, niewystarczająco… zapłodniony. Pan zawsze zdradza chęć wślizgnięcia się przez dziurkę od klucza – na zewnątrz; od węgli kominka ku światłom rampy. Niech się pan wystrzega ramp! Poza tym, słuchamy pana.
Twarz mężczyzny, który rozpoczął opowieść, nie wyrażała zaniepokojenia. Przystopowany, spokojnie wysłuchał tyrady i kontynuował:
– Znana całemu światu szekspirowska postać podnosi problem, czy równie łatwo grać na duszy jak na flecie, po czym odrzuca flet, ale pozostawia duszę. Mnie. Jest tu, mimo wszystko, pewna zbieżność: aby wydobyć z fletu odpowiednio głęboki ton – należy zatkać wszystkie jego otwory, wszystkie jego okna na świat; żeby z duszy wydobyć jej głębię, również trzeba pozamykać jedno po drugim jej okna, wszystkie wyjścia na świat. Tego właśnie próbuje dokonać moja sztuka i śladem terminologii obranej przez Hamleta, należałoby rzec, że moja „Actus morbi” jest nie w iluś tam aktach, lecz w iluś tam „sytuacjach”.
– Teraz o tworzeniu postaci. W tymże „Hamlecie” jest jedna, interesująca mnie już od dawna, postać podwójna, przypominająca komórkę organiczną podzieloną na dwie, niezupełnie rozłączne, jak to określają biolodzy – komórki siostrzane. Mówię o Guildersternie i Rosenkrantzu, postaciach nie przeciwstawnych, oddzielnych lecz będących – w rzeczywistości – jedną rolą rozpisaną na dwie… To tyle. Rozpoczęty trzysta lat temu proces dzielenia spróbuję posunąć dalej. Naśladując prowincjonalnego tragika, łamiącego dla efektu flet Hamleta na pół, biorę, powiedzmy, Guildensterna i tę pół istotę łamię raz jeszcze na pół: Guilden i Stern – to już dwie postaci. Imię Ofelia i zawarty w nim sens stosuję: w planie tragicznym – Felia, a w planie komediowym – Fela. Panowie rozumieją, że wplatając w warkocz wianek z gorzkiej ruty albo papierowe papiloty, także i to można rozdwoić.
– I tak, na początek zabawy, w pierwszej sytuacji w sztuce mamy już cztery fiszki: poruszając nimi po urojonej scenie, spoglądając na planszę jak szachista, otrzymuję następujące…
Rar na chwilę przerwał wypowiedź. Jego długie i białe, niemal przeźroczyste, palce ugniatały coś w powietrzu, jakby próbując modelować materię.
– Mówi się: „scena przedstawia”… Jednym słowem: młody aktor, Stern, zamknął się ze swoją rolą na osobności. Rolę można odgadnąć nawet bez monologów: na oparciu fotela – czarny płaszcz; na biurku – wśród grzbietów książek i portretów elsynorskiego księcia – czarny beret ze złamanym piórem. Tamże – marynarka i szelki. Stern, nieogolony, ze śladami bezsenności na twarzy, ostrzem szpady porusza zasłonę okna:
– Mysz.
Pukanie do drzwi. Nadal niespokojną szpadą dręcząc zasłonę, lewą ręką odsuwa haczyk u drzwi. W progu – Fela.
Panowie ją widzą: miła twarzyczka ze skaczącymi po policzkach dołeczkami – stworzenie, które zawsze w dramatach kocha się we dwóch i od którego psychologii wymaga się wyboru z dwóch  jednego. Ale Stern nie widzi przybyłej i dalej swoje:
– Mysz!
Fela ze strachu unosi spódniczkę.
Dialog:
Stern: (nie odwraca się na okrzyk Feli):
    Rąk już nie załamuj*,
    Spokój, siądź, daj mi twoje serce łamać.
Odsuwa zasłonę. Na parapecie, zamiast Poloniusza, prymus i kilka pustych butelek.
    Król szmat i gałganów –
    Był rozpaplanym, głupkowatym błaznem.
    Pójdź, panie, chcę cię dociągnąć do kresu.
W drzwiach zderza się z Felą.
Fela: Dokąd to? Bez marynarki na ulicę? Ocknij się!
Stern: Ty? O, Fela, ja… gdybyś ty wiedziała…
Fela: Moją rolę znam na blachę. A ty – zabawnie gmatwasz. Porzuć te jamby – nie jesteśmy przecież na scenie.
Stern: Jesteś pewna?
Fela: Tylko, proszę, nie próbuj mi perswadować. Gdyby tu byli widzowie, zrobiłabym tak oto (wspina się na palce, całuje go).No jak, obudziło cię?
Stern: Kochana.
Fela: Nareszcie: pierwsze słowo nie z roli.

– Teraz przestaję kręcić miłosną katarynką: dla panów ważne jest wiedzieć, że obecnie Feli bliżej do Sterna, niż do Guildena; że pragnie jego zwycięstwa w walce o rolę. Tak czy inaczej, śledząc dialog, zaświadczam: rozwijając się, zbliża on fiszkę ku fiszce – Sterna ku Feli. Odtąd, uwaga: nawias, pocałunek, zamknięcie nawiasu, kropka. Tym razem także dla Sterna – nie poprzez rolę, ale w pełni na jawie. Spójrzcie. A teraz przenieście wzrok nieco w lewo. Drzwi, pozostawione na wpół uchylone, otwierają się; w progu – Guilden:
Guilden: (uśmiechając się, trochę złoście) Widzowie tu zbędni. Oddalam się.
Jednak zakochani, oczywiście, zatrzymują Guildena. Chwila zakłopotanego milczenia.
Guilden: (przegląda wszędzie porozrzucane książki). Rola, jak widzę, nie tak podatna, jak… (spojrzenie w stronę Feli). „Szekspirh. „O Szekspirzeh. Hm, znów: Szekspir. Zresztą, właśnie w tramwaju jakiś prostak, widząc wystającą z mojej kieszeni rolę i chcąc sprawić mi przyjemność, spytał: „Powiadają, że nie było żadnego Szekspira, a pomyśleć ile po nim sztuk: a tu jednak Szekspir istnieje, tak powinno być i samych tych sztuk…h I patrzy na mnie z idiotyczną ciekawością.
Fela chichoce. Stern pozostaje poważny.
Stern: Prostak, jak prostak, ale… Cóż mu odpowiedziałeś?
Guilden: Nic. Tramwaj stanął. Musiałem wysiąść.
Stern: Widzisz Guilden, jeszcze niedawno twój żart wydałby mi się jedynie śmieszny. Ale po tym, jak trzeci tydzień walczę o to, by zaistnieć w nieistniejącym, jakby tu rzec: by wejść w rolę, o której mówicie, że nie ma własnego życia, ostrożnie się obchodzę z wszystkimi tymi „byćh i „nie byćh. Przecież pomiędzy nimi jest tylko samo albo. I inni już wybrali: jedni – walkę o istnienie; inni – walkę o nieistnienie; przecież linia rampy jest jak linia graniczna: żeby ją przekroczyć, otrzymać prawo znalezienia się tam, po tamtej stronie świateł, należy zapłacić jakieś cło.
Guilden: Nie rozumiem.
Stern: Przy tym, zrozumieć to jeszcze nie wszystko. Trzeba się też zdecydować.
Fela:  A więc ty?…
Stern: Tak. Ja się zdecydowałem.
Guilden: Dziwak. Opowiedzieć to tylko Taymerowi, dopiero by się uśmiał. Chociaż na razie nasz patron nie przejawia szczególnej wesołości. Wczoraj, gdy znów opuściłeś próbę, wywołał prawdziwą burzę. Dlatego właśnie przyszedłem do ciebie, żeby uprzedzić, że jeśli i dziś będziesz na próbie „nieobecnyh, Taymer zagroził…
Stern: Wiem. A niech tam. Ja nie mam z czym, rozumiesz, nie mam z czym; dokładniej – nie mam z kim iść na tę waszą próbę. Dopóki nie przyjdzie do mnie rola, póki jej nie zobaczę – o tu, jak teraz widzę ciebie, nie mam co robić na waszych zgromadzeniach.
Fela patrzy błagalnie, jednak Stern, jakby się zapadł w sobie, nie widzi i nie słyszy.
    Guilden: No, ale przecież sprawdzenie powinno być z zewnątrz, najpierw okiem reżysera, potem widza…
    Stern: Głupota. Widzowiec nawet gdyby ich futra, zawieszane według numerków, zdjąć z wieszaków i posadzić w fotelach, a widzów porozwieszać na wieszakach w szatni – sztuka by na tym nie ucierpiała. Reżyser, oko reżysera – jak powiedziałeś; ja bym je wyłupił – z teatru! W diabły! Aktorowi potrzeba oczu jego postaci. Wyłącznie. Ot, gdyby teraz przyszedł tu sam Hamlet i patrząc oko w oko powiedział mi… Wiecie co, przyjaciele, nie gniewajcie się, ale muszę pracować. Wcześniej, czy później do tego dojdę i wtedy… Odejdźcie.
    Guilden: Jednak on, Fela, rzeczywiście rozmawia z nami tonem księcia. Pozostaje tylko – odejść. Tym bardziej, że za kwadrans się zaczyna.
    Fela: Stern, kochanie, chodź z nami.
    Stern: Zostawcie mnie. Proszę was. U mnie też… zaraz się zacznie.
– Stern zostaje sam. Przez pewien czas siedzi bez ruchu, jak ja teraz. Następnie  – nagłym ruchem Rar wyciągnął rękę ku zacienionej pustce półek na książki: tamże zwróciły się oczy słuchaczy. – Następnie… bierze książkę – pierwszą lepszą. Rzucam konspekt monologu:
Stern: A więc, próbujemy. Akt drugi, scena druga: „ówię do raz jeszcze.h Do mnie: „Co czytasz, panie mój?h Słowa, słowa, słowa. O, gdyby wiedzieć, jakie słowa były w tej książce. Gdyby – w tym właśnie cały problem. „A co tam się dzieje?h – „Między kim a kim?h
 – W tej chwili – widzicie ją? Tam, w progu, wyłaniając się bezdźwięcznie w zmierzchającym mroku pokoju, zjawia się Rola: dokładnie, ale jak odbicie przez mgłę w tanim lustrze, przedstawia sobą aktora. Siedzący plecami do drzwi Stern Roli nie zauważa dopóki ta, podchodząc do niego od tyłu, nie dotyka dłonią jego ramienia.
Rola: Przepraszam, chciał pan poznać słowa z książki, którą już trzysta dwudziesty rok z rzędu mam zwyczaj kartkować w drugiej scenie drugiego aktu? No cóż, słowa te by można było panu powierzyć – oczywiście, nie za darmo.
Czarny fantom zdążył już bezszelestnie wsunąć się w pusty fotel naprzeciwko Sterna:
przez chwilę aktor i rola przypatrują się sobie badawczo.
     Stern: Nie. To nie to. Ja swego Hamleta wyobrażam inaczej. Pan, proszę wybaczyć, przywiędły i spłowiały. A ja tak nie chcę.
Rola: (flegmatycznie) Tym nie mniej, zagra mnie pan właśnie tak.
Stern: (przyglądając się ze zmęczeniem swemu sobowtórowi) Ależ ja nie chcę, pojmuje pan, nie chcę być taki jak pan.
Rola: Być może i ja nie chcę być jak pan. Ostatecznie, jestem tylko grzeczny: wzywają – przychodzę. Po przyjściu pytam: po co?

Palce Rara przeszukiwały powietrze, jakby krążyła w nim niewidzialna replika; wglądało, że już ją złapały i nagle się rozwarły: Rar uważnie patrzył w ślad za słowem, które wyfrunęło.
– I tu właśnie, zamysłodawcy, spróbuję zamknąć pierwszą klapkę fletu. W owo po co Stern musi uderzyć. On, aktor, to znaczy istota zawodowo wypowiadająca cudze słowa, niestety nie znajdzie własnych, by odbiciu wyjaśnić siebie – odbicie.
Według mnie, wszystko tu stosunkowo proste: każda trójwymiarowa istota podwaja siebie podwójnie, odbijając się zewnętrznie i wewnętrznie. Oba odbicia są niedokładne: zimne i płaskie podobieństwo, oddawane nam zazwyczaj przez szklane lustro, niedokładne choćby dlatego, że jest mniej niż trójwymiarowe, spłaszczone: inne odbicie twarzy odrzucane jest przez wnętrze, wsiąka w mózg przez nerwy dośrodkowe; skład złożonego kompleksu samoświadomości jest też niedokładny, dlatego że – więcej niż trójwymiarowy.
I oto – biedak Stern chciał zobiektywizować, wynieść z dna duszy na peryferie, wywabić grą, zawezwać do roli to podobne wewnętrznie do siebie; na zew przybyło odbicie inne – szklane, martwe, ukryte pod powierzchnią, odbite wewnątrz. On go nie chce, odpycha natrętny fantom, czym tworzy mu obiektywność bytu wewnątrz siebie. To, o czym mówię, istnieje też wewnątrz sztuk, zdarzało się i będzie się zdarzać. Na przykład, choćby Ernesto Rossi* w swoich „Wspomnieniachh opowiada o zwiedzeniu ruin Elsynoru. Idzie mniej więcej tak: w pewnej odległości od zamku Rossi zatrzymuje ekwipaż i – piechotą do ruin. W gęstniejącym zmierzchu zbliża się równym krokiem do zamku. Nieśmiertelna historia duńskiego księcia owładnęła nim. Idąc na spotkanie czarnego konturu mostu – początkowo do siebie, potem coraz głośniej, przypominając pierwszy akt „Hamletah, zaczyna deklamować słowa do Ducha Ojca. I gdy, wchodząc stopniowo w rolę, dotarł do repliki Ducha, z nawyku uniósł głowę – ujrzał go: Duch, wychodząc z bramy, zbliżał się bezszelestnie, szedł ku przerzuconemu przez rów mostowi: replika należała do niego. Dalej Rossi donosi jedynie, że odwracając się plecami do partnera, rzucił się biegiem z powrotem, odszukał woźnicę i kazał popędzać konie, jak tylko się dało. Tak więc aktor uciekł – w danym przypadku od roli, która przyszła do niego. Ale równie dobrze mógł przecież pozostać tam, przy moście: ze świata w świat. I Sternowi przyjdzie pozostać – do tego nie trzeba talentu: wystarczy wola. Ale włączmy sztukę. Nasza postać od dawna na nas czeka: wydłużyłem zbytnio jej pauzę. A więc:
Stern: To znaczy, że takim mnie zobaczą? Jak ty oto?
Rola: Tak.
Stern: (w zadumie) Tak. Jeszcze pytanie: skąd jesteś? I jeszcze: skąd byś nie był, będziesz musiał odejść. Odmawiam roli.
Rola: (podnosząc się) Jak wolisz.
Stern: (w ślad za nią) Stój. Boję się: mogą cię zobaczyć. Nie chciałbym, żeby ktokolwiek oprócz mnie… Rozumiesz.
Rola: Niech pan się nie śpieszy z włączaniem mnie w przestrzeń. Rzecz w tym, że dostrzec mnie… Powiedzmy, nie ma obowiązku. My istniejemy, ale warunkowo. Kto zechce – zobaczy, a kto nie zechce?.. W ogóle to gwałt i kiepski gust: być przymusowo realnym. Jeśli u was, na ziemi, jeszcze do tego nie doszli, to…
Stern: Czekaj, czekaj. Przecież ja chciałem widzieć innego…
Rola: Nie wiem. Być może pomylili po drodze. Przy przechodzeniu ze świata w świat to się zdarza. Mamy teraz ogromne zapotrzebowanie na Hamletów. Hamletburg niemal opustoszał.
Stern: Nie rozumiem.
Rola: To całkiem proste. Pan zapotrzebował z archiwum, a przysłano panu z poczekalni.
Stern: Ale jak to… naprawić?
Rola: Również – proste. Przeprowadzę pana do Hamletburga, a tam proszę szukać, kogo panu trzeba.
Stern: (poruszony) Ale gdzie to? I – jak tam przejść?
Rola: Gdzie? W Krainie Ról. Jest także taka. Za to jak – nie wolno mi powiedzieć, ani pokazać. Myślę, że widzowie wybaczą, jeśli my… za zasłoniętą kurtyną.

Rar spokojnie przyjrzał się obecnym:
– W istocie, rola ma rację. Za pozwoleniem panów, daję kurtynę. Teraz dalej, sytuacja druga: postarajcie się zobaczyć perspektywę uciekającą sprzed oczu, ograniczoną ze wszystkich stron ściśniętymi wąsko ścianami i zaostrzoną od góry ostrym szkieletem gotyckich łuków.Powierzchnie tego fantastycznego tunelu, od góry do dołu w prostokątach kolorowych plam papieru, a na nich, różnymi czcionkami w różnych językach, jedno i to samo słowo: Hamlet – Hamlet – Hamlet. Wewnątrz, pod biegnącymi w głąb literami różnojęzycznych afiszy, ginące w oddali dwa rzędy foteli. W fotelach, owinięci w czarne płaszcze, długim szeregiem – Hamleci. Każdy ma w ręce książkę. Wszyscy pochyleni nad otwartymi stronicami, ich blade twarze są skupione, nie odrywają wzroku od linijek. To tu, to tam szeleści przewracana strona i daje się słyszeć ciche, lecz niemilknące:
– Słowa, słowa, słowa.
– Słowa – słowa.
– Słowa.
– Raz jeszcze zapraszam was, zamys³odawcy, do wejrzenia w t³um fantomów. Pod czarnymi biretami smutnych ksi¹¿¹t odnajdziecie tych, którzy wprowadzili was w problem Hamleta: w ten d³ugi i w¹ski – ci¹gn¹cy siê przez ca³y œwiat – g³uchy korytarz. Na przyk³ad teraz mogê wyraŸnie dojrzeæ – trzeci fotel z lewej – ostry profil Hamleta Salviniego*, ściągającego brwi nad jemu tylko wiadomym tekstem. Bardziej na prawo i dalej, pod fałdami ciężkiej czarnej tkaniny, delikatny kontur podobny do Sary Bernard: ciężki foliał z otwartymi zapinkami z brązu ciąży jej wąskim, słabym palcom, ale wzrok, który mocno przywarł do znaków i sensów, tonie w książce. Bliżej, pod czerwoną plamą afisza, nabrzmiała w niespokojne fałdy twarz z Rosji, zwiotczały policzek oparł na dłoni, łokieć na rzeźbionej poręczy fotela: napięte mięśnie w zgięciu kolan, a żyła na skroni pulsuje. I dalej, w głębi perspektywy, widzę delikatne kobiece rysy twarzy Kemblefa*, ostre koœci policzkowe i zaciœniête usta Kean’a*i tam, na samej krawędzi zasięgu wzroku, odrzuconą do tyłu, z półprzymkniętymi oczami, pojawiającą się to znów znikającą w drganiach blasków i cieni, ironiczną maskę Richarda Burbagefa*. Trudno mi stąd dojrzeć – to daleko – ale wydaje się, że zamknął książkę: przeczytana od początku do końca, stulając kartki spoczywa nieruchomo na jego kolanach. Przesuwam wzrok z powrotem: twarze teraz zacienione, inne odwrócone ode mnie. Tak, powracam zresztą do rzeczywistości.
Drzwi w głębi, skrzydło unosząc do góry jak kurtyna, wyrzucają ostre światło i dwie postacie: przodem, niczym cicerone, kroczy Rola. W ślad za nią, rozglądając się nieśmiało, Stern. Nogi w czarnych trykotach: rozwiązane sznurowadła pantofli ciągną się za nim; krótka marynarka narzucona naprędce na ramiona. Wolno – krok za krokiem – przechodzą między rzędami pogrążonych w czytaniu Hamletów.

Rola: Udało się. Znaleźliśmy się akurat w scenie panu potrzebnej. Proszę wybierać: od Szekspira do naszych dni.
Stern: (wskazuje na kilka pustych foteli) A te – czemu nie zajęte?
Rola: To, wie pan, dla przyszłych Hamletów. Zagrałby pan mnie, to i dla mnie znalazłoby się miejsce – no, może nie tutaj, gdzieś z boku, na stołeczku, w kąciku. A tak kawał drogi odwaliliśmy – ze świata w świat – i stój sobie. Wiesz pan, przejdźmy lepiej ze strony realizacji na stronę zamysłów: miejsca tam ile chcesz.
Stern: Nie. Trzeba szukać tutaj. Co to? (ponad łukami sklepień – na wysokościach – unoszą się odgłosy oklasków; cichną.)
Rola: To stado oklasków. Niekiedy zalatują i tutaj: przelotne ptactwo – ze świata w świat. Ale mnie tutaj dłużej nie wolno: mnie brakuje w zamysłach. Poszedłby pan ze mną. Na prawo.
Stern: (kręci głową odmownie; jego przewodnik odchodzi. Sam – wśród słów, w słowach. Chciwie, jak nędzarz przez szybę witryny, wpatruje się w rzędy ról. Krok, drugi. Waha się. Jego oczy, stopniowo przenikając półmrok, zaczynają rozróżniać zastygłą w głębi wspaniałą postać Richarda Burbage.) Ten.
Ale wtedy jeden z Hamletów, który odłożył książkę i od dawna już przypatrywał się przybyszowi, unosząc się z fotela, nieoczekiwanie zastępuje mu drogę. Zaskoczony Stern usuwa się, ale Rola sama jest zawstydzona i niemal przestraszona: wchodząc z półmroku w światło, obnaża dziury i łaty w swoim niedobrze skrojonym – przerobionym z cudzego – płaszczu; na źle ogolonej twarzy przypochlebny uśmiech.
Rola: Pan stamtąd? (Twierdzące skinienie Sterna.) To widać. Czy mógłbym się dowiedzieć, dlaczego mnie już nie grywają? Nie słyszał pan? Wszystkim, oczywiście, wiadomo, że tragik Zamtutyrski to skończony pijak i kanalia. Ale tak przecież nie można. Przede wszystkim – on się mnie nie nauczył. Wyobraża pan sobie, jak to przyjemnie nie być nauczonym: ni to – być, ni to – nie być. W samym tym bycie-niebycie, w trzecim akcie, wie pan, tak żeśmy się zaplątali, że gdyby nie sufler… I potem – ani razu przy rampie. Ani jednego wezwania – w bycie. Proszę powiedzieć, na miłość boską, co z Zamtutyrskim: zapił się, czy też zmienił emploi; jeśli pan powróci, proszę pana, proszę mu zwrócić uwagę. Tak nie wolno: urodziłeś mnie, to mnie graj. A to… (Stern, obchodząc natręta, próbuje iść dalej, ale ten nie ustępuje.) Z mojej strony – gdybym mógł w czymś być pomocny…
Stern: Szukam książki z trzeciego aktu. Jej sensu.
Rola: Trzeba tak było od razu. Proszę. Tylko niech pan jej nie zniszczy. Zamtutyrski, jak pan, budował na tej książce całą grę; do mnie ani słowa, a chodzi po scenie i co chwila – w książkę. „Skoro – powiada – Hamlet może do książki patrzeć w trzecim akcie, dlaczego nie wolno mu w drugim, lub na przykład w piątym; dlatego też – powiada – nie mści się, bo nie ma kiedy: mól książkowy, erudyta, człowiek zajęty, inteligent: czyta – czyta, nie może się oderwać i nie ma kiedy zabićh. No więc, jeśli pan chce, proszę: przekład Polewogo, wydanie Pawlenkowa.
Stern, omijając nacierającą na niego rolę Zamtutyrskiego, zmierza w głąb przestrzeni, ku dumnej sylwetce Burbage. Stoi, nie śmiejąc się odezwać. Burbage początkowo go nie zauważa, potem jego powieki zwolna się unoszą.
Burbage: Po cóż tu ta istota, cień roztrącająca?
Stern: Abyś przyjął ją do siebie w cieniu.
Burbage: Cóż rzec chcesz, przybyszu?
Stern: To, że jestem człowiekiem zazdroszczącym własnemu cieniowi: on potrafi się zmniejszać i rosnąć, a ja jestem zawsze równy, jeden i ten sam, w jednakowych i tych samych – calach, dniach, myślach. Od dawna niepotrzebne mi już światło słońc, odszedłem ku światłom rampy; i całe życie szukam Krainy Ról; jednak nie chce mnie ona przyjąć; ja przecież jestem tylko twórcą zamysłu i nie umiem zakończyć: litery skryte za klamrami twej książki, o wielki wizerunku, dla mnie na zawsze pozostaną nieodczytane.
Burbage: Cóż mogę wiedzieć. Od trzystu lat przebywam tu, z dala od wygaszonych ramp. Czas to wystarczający, aby domyśleć wszelkie myśli. I wiesz, lepiej być statystą tam, na ziemi, niż pierwszoplanowym tu, w świecie odegranych ról. Lepiej być tępą i zardzewiałą klingą, niż drogocenną lecz pustą pochwą; i w ogóle, lepiej byle jak być, niż wspaniale nie być: teraz nie zastanawiałbym się nad tym dylematem. I jeśli chcesz nadal…
Stern: Tak, chcę!
Burbage: Więc zamieńmy się miejscami: czemuż to rola nie miałaby odegrać aktora grającego rolę.
Zamieniają się płaszczami. Hamleci, pogrążeni w czytaniu, nie zauważają, że Burbage, przybierając momentalnie chód i ruchy Sterna, kryjąc twarz pod nasuniętym beretem, kieruje się ku wyjściu.
Stern: Będę na pana czekał. (Odwraca się do pustego fotela Burbage, na którym połyskuje metalowymi klamrami książka.) Zapomniał książki. Za późno: odszedł. (Przysiada na skraju fotela i z zadowoleniem ogląda zapięte klamry książki. Ze wszystkich stron – znów szelest kartek i ciche: „Słowa –słowa -słowah.) Zaczekam.
Teraz sytuacja trzecia: kulisy. Przy wejściu, przykucnąwszy na niskiej ławeczce, Felia. Na jej kolanach zeszycik. Osłaniając uszy i kiwając się miarowo, uczy się roli:
Felia: Panie mój, kiedy szyłam w mej komnacie,
    Wszedł książę…
Wbiega Guilden.
Guilden: Sterna nie ma?
Felia: Nie.
Guilden: Uprzedź go: jeżeli dziś też opuści próbę, rola przechodzi na mnie.
Burbage: (pojawia się w progu, za plecami rozmawiających; do siebie:).To prawda, rola przeszła: ale nie od niego i nie na ciebie.
Guilden wychodzi bocznymi drzwiami. Feliaznów pochyla się nad zeszycikiem.
    Panie mój, kiedy szyłam w mej komnacie,
    Wszedł książę Hamlet w rozpiętym kaftanie,
    Bez kapelusza, z głową obnażoną,
    W brudnych pończochach, które mu spadały
    Do kostek prawie, gdyż brakło podwiązek.
    Blady jak płótno, a kolana drżały
    Tak, że na nogach trzymał się niepewnie.
    W oczach miał wyraz żałości niezwykłej,
    Jakby go z piekła właśnie wypuszczono,
    By opowiadał o sprawach straszliwych.
    Takim…
Burbage: „Takim się jawih. Czyż nie tak? „Kolana drżały…h a jakże – po przebyciu takiej odległości. Ale długo by opowiadać.
Felia: (wpatrując się w przybysza ze zdumieniem) Jak dobrze wszedłeś w rolę, miły.
Burbage: Pani miły wszedł w co innego.
Felia: Chcieli ci ją odebrać: wczoraj wysłałam list. Doszedł?!
Burbage: Obawiam się, że tam listy nie dochodzą. A poza tym: jak aktorowi w odstawce odebrać rolę?
Felia: Słowa mówisz dziwne.
Burbage: „A więc je przyjmij jako nieznajomeh.
Wejście Taymera, Guildena i kilku aktorów przerywa dialog.
– Reżyser Taymer, nie będziemy mu wymyślać powierzchowności, niech będzie podobny… No, chociażby do mnie i kto chce, niech patrzy – uśmiechnął się Rar, spoglądając po obecnych.
Poza mną, nikt zdaje się nie oddał mu uśmiechu: zamysłodawcy, tworząc milczący krąg, niczym i w żaden sposób nie objawiali swego stosunku do opowieści.
– Taymer wygląda na eksperymentatora, wytrawnego kontystę, trzymającego się metody podstawiania: ludzie, podstawiani przez niego w jego reżyserskie schematy, są mu potrzebni tak, jak matematykowi potrzebne są cyfry; gdy przychodzi kolej na tę czy inną cyfrę, wpisuje ją; gdy kolejka cyfry mija, odhacza ją specjalnym znaczkiem. Teraz, widząc tego, którego bierze za Sterna, Taymer nie jest zdziwiony, a nawet i nierozsierdzony:
Taymer: Aha. Przyszedł pan. Ale rola odeszła. Za późno: Hamleta gra Guilden.
Burbage: Pan się myli – odszedł aktor, ale nie rola: do pańskich usług.
Taymer: Nie poznaję pana, Stern: pan zawsze, zdaje się, gry unikał – także w słowach. No cóż. Dwóch aktorów do jednej roli? Niech będzie. Uwaga: biorę rolę i rozrywam na dwoje. To nietrudne – trzeba tylko odnaleźć linię przedarcia. Przecież w rzeczywistości Hamlet, to starcie tak i nie: to będzie dla nas wyznacznikiem rozdzierającym klatkę na dwie nowe klatki. A więc, spróbujmy: proszę podać dwa płaszcze – czarny i biały. (Sprawnie rozdziela zeszyciki z rolami: jeden, wraz z białym płaszczem, podaje Bubrbadgefmu; drugi, z płaszczem czarnym – Guildenfowi.) Akt trzeci, scena pierwsza. Proszę się przygotować. Raz, dwa, trzy: kurtyna.
Hamlet I: (biały płaszcz) Być?
    Hamlet II: (czarny płaszcz) Albo nie być?
               Oto jest pytanie.
Hamlet I: Co lepsze?
Hamlet II: Co szlachetniejsze?
Hamlet I: Znosić świadomie losu wściekłego
                  Pociski i strzały. O nie.
Hamlet II: Czy za broń porwać
                  Przeciw morzu zgryzot,
           Aby odparte znikły!
Hamlet I: Umrzeć.
Hamlet II: Nie, usnąć lepiej.
Hamlet I: Nic więcej?
Hamlet II: Tak, i wiedzieć, że sen ten
                 Zakończy wszystko. I niezliczone…
Hamlet I: Lecz ulecieć ku żywym…
Hamlet II: Któż by niósł ów ciężar.
Hamlet I: Umrzeć?
Hamlet II: Usnąć.
Hamlet I: A jeśli sen zjawy nawiedzą?
                Jakież marzenia na sen wieczny spadną,
         Gdy otrząśniemy ziemskie marności?
Hamlet II: Tak, to zagraża dalszej drodze
                 Czyniąc cierpienie wiecznym.
           Któż zniósłby bicze i szyderstwa czasu,
                  Krzywdy ciemięzców i zniewagi pysznych
                  Boleść okrutną wzgardzonej miłości…
Hamlet I:  Zasługa cicha od niegodnych łotrów…
Hamlet II: Tak, gdyby uwolnić się mógł sam od tego
                  Nagim sztyletem.
                  I gdyby mu trwoga przed czymś po śmierci –
                  Przed tą nie odkrytą Krainą, z której nie powraca
                  Żaden Wędrowiec –
Hamlet I: Nieprawda, ja powróciłem!
Wszyscy zdziwieni przyglądają się Burbage, który przerywa monolog zaczynający właśnie przeradzać się w dialog.
Taymer: To nie z roli.
Burbage: Tak – to z Królestwa Ról. (Przyjmuje poprzednią pozę: nad białym jak całun płaszczem kredowo-biała maska wyniośle odchylona do tyłu; oczy zamknięte; na ustach uśmiech błazna.) To było trzysta lat temu. Willy grał Ducha, a ja – księcia. Od rana padał deszcz i cały parter stał w kałużach. Ale ludzi i tak było dużo. Pod koniec sceny, gdy deklamowałem o „czasie zwichniętymh, wśród publiczności złapano złodziejaszka wyciągającego komuś z kieszeni pensy. Kończyłem akt przy wtórze chlupotu nóg po kałużach i głuchego: złodziej – złodziej –złodziej. Biedaka natychmiast, jak to było u nas przyjęte, wciągnięto na pomost sceny i przywiązano do słupa. W drugim akcie złodziejaszek był spłoszony i odwracał twarz od wyciągających się ku niemu rąk. Ale scena po scenie – złodziej się oswoił i czując się niemal włączony do gry, coraz częściej zaczął się krzywić, podrzucać uwagi i rady, póki nie odwiązaliśmy go od słupa i nie wyrzuciliśmy ze sceny przecz. (Nagle zwrócił się do Taymera.) Nie wiem co czy kto przywiązał ciebie do gry. Ale jeśli myślisz, że twe kradzione myślątka – w cenie po pens za sztukę – mogą bogatszym uczynić mnie, dla którego strofy te napisano – bierz swe miedziaki i wynoś się z gry.
Rzuca Taymerowi rolę w twarz. Popłoch.
Felia: Opamiętaj się, Stern!
Burbage: Nazywam się Richard Burbage. I zwalniam cię, złodziejaszku. Przecz z Królestwa Ról!
Taymer: (blady, ale spokojny) Dziękuję: posłużę się uwolnionymi rękami, żeby… Ależ zwiążcie go: patrzcie – on oszalał.
Burbage: Tak, zniżyłem się do was, ludzie, z tym, co przewyższa umysły was wszystkich – a wy nie przyjęliście…

– Rzucają się na Burbagefa, próbując go związać. Wówczas on, w ferworze walki, krzyczy, pojmujecie, wykrzykuje im wszystkim… O tu, ja zaraz…
Opowiadający, mrucząc jakieś niezrozumiałe słowa, szybko sięgnął ręką do kieszeni: coś zaszeleściło pod czarną połą surduta. Natychmiast powstrzymał słowa, wodząc po słuchaczach rozszerzonymi źrenicami. Szyje wyciągnęły się niespokojnie. Zaszurały fotele. Przewodniczący, zrywając się z miejsca, uciszył hałas władczym gestem:
– Rar – przemówił. – Pan wniósł tu litery? W sekrecie przed nami? Proszę oddać rękopis. Natychmiast.
Wyglądało, że Rar się waha. Następnie, wśród powszechnego milczenia, jego dłoń wychynęła spod poły surduta: w palcach, nieco drżąc, bielał złożony we czworo kajet. Przewodniczący, chwytając rękopis, chwilę wodził po znakach wzrokiem, z obrzydzeniem niemal trzymając go za koniuszek, jakby się obawiał pobrudzenia dotknięciem linijek atramentu. Potem Zez odwrócił się do kominka, który prawie zgasł i tylko kilka węgielków, z wolna liliowiejąc, pozwalało goreć resztkom na górze.
– Zgodnie z punktem piątym uchwały skazuje się rękopis na śmierć, bez przelewu atramentu. Jakieś sprzeciwy?
Nikt się nie poruszył.
Przewodniczący zdecydowanym ruchem rzucił zeszyt na węgle. Jak żywy, gnąc w mękach białe kartki, cicho cienko zasyczał; błękitnęła spirala dymu: nagle od dołu błysnął płomień i – trzy minuty później przewodniczący Zez, krótkimi uderzeniami szczypców rozgarnąwszy to, co jeszcze tak niedawno było sztuką, szczypce odłożył, odwrócił się do opowiadającego i wycedził:
– Dalej.
Na oblicze Rara nie od razu powrócił poprzedni wyraz; widać było, że trudno mu nad sobą zapanować – jednak mimo wszystko odezwał się w te słowa:
– Postąpił pan ze mną, jak moja postać z Burbagefm. No cóż – słusznie wobec niego i wobec mnie. Kontynuuję, to znaczy: ponieważ słów, które chciałem przeczytać, już przeczytać się nie da – rzucił szybkie spojrzenie na kratę kominka: ostatnie węgle, jeszcze iskrząc, już tlały – opuszczam zakończenie sceny. Jak wszystkim wiadomo, wystraszona zajściami ona sztuki, Felia, przechodzi wraz z rolą do Guildena. Czwarta i ostatnia sytuacja każe nam powrócić do Sterna.
Pozostając w Królestwie Ról, oczekuje on na powrót Burbage. Z minuty na minutę zniecierpliwienie rośnie. Tam, na ziemi, być może trwa już spektakl, w którym zamiast niego genialna rola gra samą siebie. Nad wysmukłymi łukami przelatuje szumne stado oklasków:
– Dla mnie?
Przejęty Stern próbuje zwrócić się do otaczających go, zagłębionych w swych książkach, Hamletów. Nurtują go pytania – pochylając się pyta sąsiada:
– Pan powinien mnie rozumieć. Przecież pan wie, czym jest sława…
W odpowiedzi:
– Słowa– słowa– słowa…
Zapytany, zamyka książkę, oddala się. Stern do drugiego:
– Jestem tu obcy. Ale pan mnie nauczy być jak wszyscy…
Także drugi Hamlet, spojrzawszy surowo, zamyka książkę:
– Słowa – słowa…
Do trzeciego:
– Tam, na ziemi, zostawiłem dziewczynę, która mnie kocha. Mówiła mi…
– Słowa.
I z każdym pytaniem, jakby w odpowiedzi, Hamleci podnoszą się i zamykając swoje książki, jeden za drugim – odchodzą.
– A jeśli Burbage… A nuż nie zechce wrócić. Jak wówczas odnaleźć drogę tam, z powrotem? A wy, czemu mnie porzucacie? Wszyscy zapomnieli, może ona też, jak wszyscy. Ale przecież przysięgała…
I znów:
– Słowa – słowa.
– Nie, nie słowa – słowa spalono; po nich – ja to widziałem – uderzano szczypcami do węgli, słyszycie?
Rar przesunął dłonią po czole:
– Wybaczcie, jedno splątane z drugim. Czasem tak się zdarza. Proszę mi wybaczyć skrócenie tekstu.
– A więc, wataha Hamletów opuściła Sterna; ich śladem pełzną również barwne plamy afiszy i nawet ich litery, wyskakując z linijek, gdzieś znikają. Fantastyczna perspektywa Królestwa Ról z każdą chwilą zmienia swój wygląd. Ale w dłoniach Sterna pozostała zapomniana przez Burbage książka. Teraz już nie ma co zwlekać: nadszedł czas siłą brać sens, odkryć tajemnicę. Ale książkę spinają mocne, metalowe klamry. Stern próbuje rozgiąć oprawę. Książka sprzeciwia się, zwierając ciasno kartki. W przypływie gniewu Stern, raniąc palce, mimo wszystko włamuje się do skrytki ze słowami. Na otwartych stronach:
– Actus morbi. Historia choroby. Numer choroby. Tak. Schizofrenia. Rozwój normalny. Przypadek. Temperatura. Nawrót. Treść majaczenia: jakiś tam „Burbageh. Stolec normalny. Proces przybiera formę przewlekłą. Nieulecz…
Stern unosi wzrok – sklepiony, długi korytarz szpitalny. Wzdłuż rzędu ponumerowanych drzwi po prawej i lewej, fotele dla dyżurnych oddziałowych i odwiedzających. W głębi korytarza, pogrążony w książce, zawinięty w biały kitel sanitariusz. Nie zauważa, że drzwi w głębi otwierają się i pośpiesznie wchodzi para: mężczyzna i kobieta. Mężczyzna zwraca się do towarzyszki:
– Jak zły by nie był, powinni mi chociaż pozwolić rozcharakteryzować się i zrzucić kostium.
Zdumienie sanitariusza oglądającego się za głosami: na przybyłych, pod narzuconym wierzchnim okryciem, kostiumy teatralne Hamleta i Ofelii.
– No i widzisz? Tak, jak myślałem: będą się na nas gapić. Po co ten pośpiech?
– Miły, a gdybyśmy nie zdążyli. Przecież skoro on mi nie wybaczy…
– Dziwactwa.
Sanitariusz zbity z tropu. Ale Stern, z rozjaśnioną twarzą, podnosi się na spotkanie przybyłych:
– Burbage, nareszcie. I ty, jedyna! Och, jak czekałem na ciebie i – na ciebie. I śmiałem podejrzewać! Burbage, myślałem, że ukradłeś mi ją i rolę, chciałem ci zabrać twoje słowa: zemściły się, nazywając mnie „szalonymh. Ale przecież to tylko słowa, słowa roli – skoro trzeba grać szaleńca – dobrze, co tam, będę grał. Tylko, dlaczego nagle zmienili dekoracje: są z jakiejś innej sztuki. Ale to nic: pójdziemy z roli w rolę, całą kompanią sztuk, coraz dalej i dalej, w głąb bezmiaru Królestwa Ról. Jednak czemu nie masz wianka, Ofelio? Przecież do sceny szaleństwa potrzebne ci majeranek i ruta. Gdzież one?
– Zdjęłam, Stern.
– Tak? A może ty utonęłaś i nie wiesz, że ciebie już nie ma i teraz wianek twój pływa niepewnie pomiędzy trzcinami i liliami, i nikt nie słyszy, jak…
Na tym, niestety, skończę. Bez zbędnych ozdobników.
Rar podniósł się.
– Lecz za pozwoleniem – Diaż okrągłe okulary wycelował w kończącego wypowiedź – w końcu jak: on umiera czy nie? I poza tym, nie jest dla mnie jasne…
– Dla pana nie będzie jasne wiele. Zamknąłem wszystkie otwory we flecie. Flecista nie pyta co dalej: sam powinien wiedzieć. A w ogóle, po wszystkim, co podstawowe, pozostaje jakaś reszta. W tym punkcie nie rozmijam się z Hamletem: „Reszta jest milczeniemh. Kurtyna.

Dodaj komentarz