Hamlet z Pontedery w wykonaniu Campagnia Laboratorio

Hamlet umarł, jednak przedstawienie toczy się dalej – przed oczami publiczności (wiec może jest to pewnego rodzaju proces, sąd, w którym publiczność ma za zadanie dać rozgrzeszenie artystom?). Sceny z dramatu wracają w postaci majaków, koszmarów sennych. Mimo zachowanej chronologii sprawiają wrażenie celowo niespójnych, ułożonych chaotycznie, aby w pełni nawiązać do tematyki snu, albo raczej sennego koszmaru. Także zmagań ze sobą.

Jedynie Hamlet jest przypisany swojej roli od początku do końca – pozostali aktorzy grają, często wymiennie, różne postacie. W chwilach natomiast, gdy nie wcielają się w nikogo są szermierzami o zakrytych twarzach, walczącymi z Hamletem, albo pomiędzy sobą . Te momenty walki, szermierki powracają niby leitmotiv. Stanowią właściwie zapowiedź każdej sceny, swoiste intermedium. Być może na wpół umarłe duchy sceniczne próbują jeszcze raz na chwilę wywalczyć sobie zaistnienie („chcą się stworzyć, chcą się wcielić”), jakieś złudzenie życia, strzęp tożsamości. Przy tym wszystkim są przecież majakami prześladującymi Hamleta, wracają na chwilę do życia, by jego prześladować, zmusić do walki – o co? Czasem zastanawia, czy to wszystko na scenie dzieje się naprawdę, czy tylko w udręczonej głowie Hamleta?
   Tytułowy bohater spektaklu może kojarzyć się w jakimś sensie z Konradem z Wyzwolenia Wyspiańskiego, mierzącym się z maskami. Czasem bierze czynny udział w pojedynku, innym razem pozostaje milczącym świadkiem, chociaż wedle dramatu powinien w danej scenie uczestniczyć. Ubrany jest na czarno , chodzi po scenie z miną nieco znużoną, wydaje się być obojętnie zdziwiony, uprzejmie zaciekawiony odgrywanymi na nowo przed nim scenami, urwanymi fragmentami jego przecież historii. Po raz który rozgrywa się ona przed nim? Co oznaczają wobec ciągłości, nieskończoności zamykające spektakl słowa „ reszta jest milczeniem”?.
   Nic przecież nie wskazuje na to, że mary opuszczą Hamleta, spektakl rozegra się prawdopodobnie jeszcze wielokrotnie, więc nieraz jeszcze będzie można usłyszeć, zobaczyć te sceny-majaki. Może w tym wypadku końcowe słowa mają podkreślić, że dużo więcej, albo co innego można by powiedzieć, wyciągnąć z szekspirowskiego dramatu, jednak ten zespół teatralny decyduje się na taką właśnie wersję, taką adaptację? Może słowa są rodzajem zaklęcia, które nigdy nie działa, aby uwolnić się od nie do końca ożywionych i nie do końca uśmierconych mar szekspirowskich? Ale czy to zaklęcie tak naprawdę usiłuje być skuteczne?  
    Pozostali aktorzy ubrani są w takie same stroje szermiercze – białe kaftany, długie, powiewne spódnice. Ich twarze zasłonięte są maskami, które nadają wrażenie bezosobowości, anonimowości, raczej kojarzą się z brakiem twarzy. Wcielając się w jakaś postać, zdejmują z twarzy maski, biorą atrybuty poszczególnego bohatera – na przykład koronę, czy inne nakrycie głowy . Co ciekawe wszystkie twarze ukazujące się bez  masek są pomalowane, ubielone, co pozwala skojarzyć scenicznych partnerów Hamleta trochę  z typami komedii dell’ arte, trochę z błaznami  cyrkowymi, a trochę z jakimiś upiorami, wampirami.
    Bardzo mnie zadziwił podział ról. Ofelię chociażby zawsze, w każdej scenie grały dwie aktorki. Przy tym jedna, jak mi się zdaje, starała się zagrać, podkreślić ludzki wymiar tej bohaterki. Pokazać ją jako młodą, figlarną dziewczynę, marzącą o miłości księcia Danii, a oprócz tego dobrą, posłuszną córkę. Ot – zwyczajna sobie dziewczyna. Druga aktorka eksponowała natomiast  liryzm i metafizyczność Ofelii. Ta postać była w jej wykonaniu bardzo uduchowiona, poetycka. Świetnie wypadła na przykład scena obłędu w jej interpretacji. Scena ta wydawała się w jakiś sposób także szaleństwem artystki, wreszcie szalona Ofelia stawała się dodatkowo personifikacją śmierci. Nie rozdawała kwiatów, zamiast tego wysypywała z worka piasek, trociny jak gdyby otwierała puszkę Pandory. Potem z rozgrzebanego piasku wyjęła czaszki, ustawiła je kolejno, przyozdabiając  je następnie atrybutami, nakryciami głowy poszczególnych, umarłych bohaterów (poszczególnych Yoricków?) i symbolicznie grzebiąc ich rozsypanym piaskiem. Trudno powiedzieć, czy Ofelia jest tu płaczką, kobietą-grabarzem, czy właśnie śmiercią.
  Właściwie chyba sprawa wygląda  tak z tą postacią grana przez dwie aktorki, że jedna Ofelia jest dziewczyną, druga kobietą, archetypem kobiety z całym dobrodziejstwem inwentarza. Może właśnie to rozróżnienie w pewnym momencie pozwala tej konkretnej Ofelii przemienić się w Gertrudę-matkę. To przecież jeden z najbardziej powszechnych archetypów. Jest kimś, kto rodzi i jednocześnie kimś, kto zadaje śmierć, kto opłakuje. Przemiana w Gertrudę też zresztą jest czysto symboliczna poprzez nałożenie korony.
    Rosencrantz i Guildenstern przypominają, również przez swoje śmieszne nakrycie głowy, błaznów z komedii dell’arte. Tak też trochę się zachowują, grają raczej w tejże, jak również trochę cyrkowej konwencji. Klaudiusz z kolei (grany przez kilku aktorów) ma na głowie koronę i zawsze ma wykrzywioną twarz pod białym mimicznym makijażem.
    Dekoracje są niezwykle skromne. Na nagiej scenie widać tylko drewniany podest, który niekiedy się obraca i też gra, przystosowuje się do akcji, zmieniając się to zamkowe korytarze, to w komnaty, a innym razem na przykład scenę, na której oglądamy Zabójstwo Gonzagi. Aktorzy wykorzystują go na wszelkie sposoby. Rozkładają ruchome drzwi, opuszczają zwodzone mosty. Chodzą po nim, jak i po jego dachu. Świetnie ogrywają przestrzeń podestu i tę go otaczającą, równie ważną.
    Jak widać, nawiązanie do teatru ubogiego jest tu niewielkie – wszystko pozornie jest surowe, rozgrywa się niemal na pustej scenie, jednakże mnóstwo tu subtelnych, wyrafinowanych odniesień, nawiązań do różnych konwencji, tradycji. A może Hamlet – przedstawiciel teatru ubogiego- nieucharakteryzowany i przeżywający wszystko we własnym wnętrzu zmaga się z żyjącymi ciągle przedstawicielami innych form teatru. Oni walczą o swoje w ni miejsce, pragną współistnieć wraz z nim w teatrze?
    Wobec pewnych symbolicznych cięć zastanawiałam się także, czy opowiedziana w przedstawieniu historia Hamleta nie jest mitem – mitem, który wszyscy znają, więc nie tyle trzeba przypominać treść, ile akcentować pewne jego elementy, interpretować po swojemu. Niektóre wydarzenia nie są przedstawione na scenie, a jednak wiemy, że się wydarzyły. Na przykład o śmierci królowej, a także śmierci fałszywych przyjaciół Hamleta dowiadujemy się nie tyle z przebiegu akcji, ile z pogrzebowego ustawiania czaszek, przyozdobionych atrybutami poszczególnych postaci i posypywania ich trocinami i piaskiem przez Ofelię – śmierć. Zresztą, czy Hamlet opowiedziany dzisiaj może funkcjonować inaczej, niż jako mit?
    Teatr w teatrze Zabójstwo Gonzagi pokazane jest z kolei w innej konwencji. Na podeście pojawiają się bohaterowie w maskach zwierzęcych. Coś, jakby osiemnastowieczna bajka, w której każde zwierzę jest alegorią jakiejś cechy. Tutaj widzimy mimiczne spotkanie byka, który staje się ofiarą, zostaje pokonany przez prosiaka, który uwodzi następnie gruchającą gołębicę, wcześniej gruchającą jedynie bykowi. Srebrne maski mówią tutaj znacznie więcej niż słowa.
     Niesamowita jest też scena, w której aktorzy przybywający na dwór w Elsynorze prezentują się Hamletowi. Siadają naprzeciwko niego i jednocześnie zdejmują swoje szermiercze maski, ze śmiechem pokazując swe prawdziwe twarze, a może swoje kolejne maski, pozy – trudno powiedzieć. Czy to odpowiednik rozpoznania w teatrze antycznym? W takim razie, do czego powinien dojść Hamlet? Na co mu potrzebne to rozpoznanie, co mu ułatwia i do jakiego finału prowadzi?  Może chodzi o odnalezienie siebie, wyzucie  ze wszystkich masek swojej prawdziwej natury, gdyż tylko wtedy jest możliwe rzeczywiste spotkanie z drugim człowiekiem? Wcześniej istnieje tylko walka, walka z cieniem, z marą? Hamlet ciągle walczy z pozostałymi postaciami dramatu, każda relacja, każde wejście w jakąkolwiek sytuację poprzedzone jest walką. Bohater zmusza więc do dialogu, ciągle nie będąc pewnym, czy to nie jest przypadkiem dialog pozorny, poszukuje prawdy – także w drugim człowieku i ciągle nie wie czy ją znajduje, czy widzi tylko kolejne maski, coraz bardziej starannie ukrywane. Ten Hamlet z przedstawienia jest zarówno bohaterem dramatu, jak i aktorem grającym tego bohatera, a raczej zmagającym się z tą rolą i jednocześnie ze sobą. Nie wie, czy jego partnerzy sceniczni są wrogami, utrudniającymi mu te zmagania, czy sprzymierzeńcami. I właśnie ta scena obnażenia twarzy jest jak gdyby opowiedzeniem się za tą druga możliwością.
   Spektakl pełen jest interesujących pomysłów, ogląda go się z dużą przyjemnością, jednak chwilami trudno oprzeć się pytaniu, czemu to wszystko ma służyć. Zabrakło  jakiejś większej przemiany w odtwórcy głównej roli, której należało się spodziewać. Wszystko okazało się ciekawe, ale w jakiś sposób jednowymiarowe, zwłaszcza gdy oczekiwało się czegoś więcej, niźli tylko wrażeń estetycznych. Na początku i końcu w przyciemnionej przestrzeni aktorzy szepczą „words, words, words” Wprowadza to nastrój grozy i tajemniczości. W ciągu przedstawienia udowadniają jednak, że to tylko słowa, nie aż słowa. Słysząc to samo, na końcu dochodzimy do wniosku, że oto przeszliśmy jakiś cykl, wróciliśmy do punktu wyjścia, ale nie czujemy się lepsi, bogatsi. A może po prostu zbyt wiele się spodziewaliśmy?

Krystyna Tylkowska    

Dodaj komentarz