DZIERGANIA FALKIE

Andrzej Falkiewicz udziergał nową książkę. Udziergał czy uszył, a może wydziergał z dawnej materii nową skarpetę? Przepraszam za te „babsko robótkowe” określenia, ale sam tytuł książki mnie do tego prowokuje i obliguje: „Takim ściegiem”.

I dalej jakby dopowiedzenie, nieco przewrotne, nieco ironiczne: „Zapiski z lat 1974 – 1976; przepisane w 1986, przeczytane w 2008”. Wydane w 2009. Stale więc aktualne? Owszem, to też. Ale przede wszystkim nieustannie wpisywane w nowe obszary, w nową rzeczywistość. A co zaskakujące: żywe mimo upływu lat. Na okładce na czarnym tle szara „Skarpeta” Eugeniusza Geta – Stankiewicza (lata 90. XX wieku). Symboliczna, wieloznaczna, ironiczna. Z tej czerni wyłania się tylko szarość? I biel czcionki, jaką jest wydrukowane nazwisko autora. Te białe czcionki po mnie zostaną? Niewinnością na jakichś kartach zapisane? Bielą zabieleją w czerni i szarości codzienności?

Skarpeta… Wszyscyśmy z jednej skarpety? Czy w jednej skarpecie? Podziurawionej głupotą i małościami ludzkimi, zszywanej nowym ściegiem, by się nie rozleciała kompletnie… Wtłoczeni w skarpetę, jak w gombrowiczowską formę z przyprawioną „gębą”? U Falkiewicza nic nie jest przypadkowe, nic nie jest pozbawione swego miejsca, czasu i sensu. Każdy szczegół jest ważny. Każdy domaga się interpretacji albo prowokuje do dyskusji. Bądź wywołuje i buduje w czytelniku całe piętra refleksji i emocji.

Andrzej Falkiewicz, Eugeniusz Get – Stankiewicz, Krystyna Miłobędzka, Witold Gombrowicz – bliskie sobie światy, dziergane ze słów, skojarzeń, symboli, przybliżeń, zapisanych i rozproszonych myśli, lingwistycznych zabaw. I myśli wydziergiwanej z wielkich filozofów. W czym bliski mi jest Gombro? Ano w tym, że będąc z natury nieskłonny do metafizycznych uczuć, doskonale rozumiał konstrukcję świata, w którym uczucia takie są możliwe i mogą prosperować. Wystarczy przecież znaleźć dla otaczającego chaosu taki punkt odniesienia, jakim jest powieszony wróbel w „Kosmosie”, aby tym aktem świat uporządkować. I kiedy Gombro wie, że Bóg religia wartości były są będą zapośredniczane w czymś widocznym i twardym, to tez ma całkowitą rację. Tylko że właśnie – są tam zapośredniczane dopóty, dopóki tego zapośredniczenia nie zobaczy się jako ich jedynego warunku, jak to on zobaczył w powieszonym wróblu i tej ręce kelnera z Cafe Querandi.

Jest to jak gdyby „zbyt wielka przysługa oddana zagubionemu światu – prawidłowa odpowiedź na pytanie, którego jedynym brakiem jest to, że ono nie może zostać postawione.

Czym więc są owe dziergania Falkie? Odbiciem i uchwyceniem refleksji w słowa? Zapiskami tylko? Pewnym obrazem odchodzącego świata polskiej inteligencji? Próbą wpisania się myśliciela i przedstawiciela tejże inteligencji w świat obecny i jego nowomowę? Wszystkim tym razem. Pewną konstrukcją, strukturą i pewnym poszukiwaniem. W ów świat skrótów wpisuje się Falkie w sposób zabawny i ironiczny. Odcina, jak dzisiejsza młodzież, kawałek słowa i jest Falkie miast Falkiewicz, Gombro zamiast Gobrowicz, Ka – Kafka, Zaga – Zagajewski… Przywołuje też popularne w różnych latach takie nieco fraterniterskie nazywanie pisarzy w środowisku literackim. Zabawa ze skrótami nie dotyczy tylko i wyłącznie nazwisk. Najbardziej podoba mi się huma – humanistyka i Wspó oznaczający Teatr Współczesny we Wrocławiu, w którym Falkie był kierownikiem literackim (m.in. za dyrekcji Kazimierza Brauna). Od pierwszego wejścia do teatralnego bufetu ustalił swoją niepodważalną pozycję w zespole: guru.

Zabaw słownych, trochę rodem z dadaistów, jest u Falkie mnóstwo. Cała książka się od nich roi i nimi żyje. Słowa, którym można się przyglądać ustawiając je w różnych konfiguracjach znaczeń, współbrzmień i kontekstów. Falkie ma tu poczucie humoru i dziecięcy wręcz entuzjazm. Z niezwykłą elokwencją i swobodą żongluje słowami, niekiedy tylko się nimi bawiąc. Oczywiście, najczęściej te „zabawy” to tylko kamuflaż dla spraw głębszych, ważniejszych, głębokich i przepastnych jak wszechświat. Falkiewicz pokazuje też, jak łatwo można – przy odrobinie sprytu – podrobić czyjś „naskórek” (te słowa turlające się, lejące się po wierzchu niczym wodospad Niagara i kryjące pustkę tylko), jak łatwiutko można pleplać i bleblać i nazwać to „literaturą”. Wystarczy dobry marketing i z czyjegoś bla bla bla robi się gwiazdę polskiej literatury pięknej. Teatru, filmu…

Swoje nadzieje wiążę z językiem widocznym i przestrzennym. Który zacznie określać na nowo, i przesądzi nieco inaczej, nasze myślenie. Och, nie aż do Indian Hopi, którzy – jak twierdzi Whorf – „nie potrafią umiejscowić myśli inaczej jak tylko w przestrzeni, ani też nie potrafią oddzielić przestrzeni oddzielić przestrzeni od wyników myślenia”. Aż tak nie, taka wielka nowa łuna chyba nam się nie zdarzy…

Falkie jest twórczy. Jest obrazoburczy. Jest perwersyjny. Jego dziergane zapiski to także pewnego rodzaju ekshibicjonizm, odsłanianie swego temperamentu, sposobu myślenia, konstruowania myśli i źródeł tych myśli. W jego żonglerce słów i zabawach lingwistyczno – refleksyjnych zawsze jest ileś warstw. Każdy się przebija przez tyle, ile da radę, ile zniesie jego intelekt, wiedza, percepcja. Świat ludzki powinien być otwarty – ale zarazem powinien być zamknięty. Każdy powinien być wolny – ale wolność jego należy ograniczyć. Sztuka ma prawo do nieładu – ale ten nieład musi wyrażać sens. Myśl ludzka musi mieć perspektywę ciągłego rozwoju – ale powinien istnieć Bóg, bo tylko wtedy nie żal byłoby z tej perspektywy korzystać. Ta sama niezbywalna sprzeczność na każdym poziomie. I dlatego czy warto? Czy warto bulwersować jednych, żeby nie móc się zgodzić z drugimi? Panta rhei. Nic nie jest pewne, stabilne, dookreślone do końca na tym nie najlepszym i nie najdoskonalszym ze światów. Wszystko płynie; wszystko na świecie jest zmienne i nietrwałe. A jednak… Coś pozostaje: myśli. I dzieła sztuki. W migotliwości życia i świata jakoś zatrzymane, zakotwiczone choćby w tęsknocie za myślą i pięknem.

Być na tyle filozofem, żeby przekupka przeszukała cały kosz winogron i sprzedała ci najlepszą kiść. Napisał Nietsche i miał rację: sprawdzian filozofii. Zabawne, że Ni staje się dziś patronem badaczy gramatyki. I zaraz pełne autoironii stwierdzenie: Przeczytałem „Esej na Zaduszki” i znowu mnie wzięło. Żadne teksty tak mi się nie podobają jak moje własne. Może jeszcze niektóre teksty Ni. I o zapożyczeniach: Myśli są niczyje i największa satysfakcja, jaka może cię spotkać polega na tym, że spotykasz swoją myśl niczyją. Wtedy jest „przechadzka Boga”; nie czekasz na zbawienie, sam się zbawiłeś. Nie chodzi o to, żeby śpiewali kantyczki o tobie i przyjmowali jak komunię – tylko żeby cię pili jak wodę. I o krytyce: ZX mierzi mnie swoim ciumkaniem. Duży pisarz, ale ciumka. Chce, żeby go zbawiać krytyckim spojrzeniem. Czeka na dobre albo złe słowo. Tylko bezinteresownie można dobrze pisać…

I ostrość oraz wnikliwość spojrzenia: Kultura niepewna polskiej racji. Ci tym wytykają zaściankowość, ci tamtym – małpowanie świata. Między chłopomanią inteligentów z „Wesela” i „Kameliami Ofeliami” Wincentego Korab – Brzozowskiego. Kiedy czytam psalmy Tadeusza Nowaka – widzę bronowicką siermięgę. Kiedy ślęczę nad Genetem czy Artaudem – czuję się importerem zagranicznych Kamelii i Lenor.

Zła wiara kultury niepewnej swego. Przepołowienie, dystans wobec własnej pracy. Jedyna autentyczna droga takiej kultury polega na walce z okupantem. Trzeba zostać bojowcem – i nie wydać towarzyszy na przesłuchaniu. Gorzkie żale Falkie? Może trochę. Jednak optuję za ostrością i wnikliwością spojrzenia w głąb istoty „polskości”, która składa się z całych pokładów wybrukowanych „złą wiarą kultury niepewnej swego”. Czy tylko kultury? Chyba także historii. I refleksji.

A Falkie dzisiaj? Wśród tych porozrzucanych światów wyścigu szczurów, public relation, marketingu i masowej niby-kultury? Bardzo męczę się ze sobą, żadnej misji do spełnienia nie mam, z żadnymi wydarzeniami się nie rymuję, tylko niewielką częścią siebie uczestniczę w tym, co dzieje się wokół… (…) Piszę takim ściegiem, innym – i te dukty poprzez siebie, dukty – siebie przepatruję, oceniam. Nie, nie jestem z nich zadowolony. Tylko z nielicznych mógłbym być zadowolony i dumny. Typowe pisanie krytyka – więc kogoś świadomego „miary”, świadomego granic kultury. Owszem, on miary bez skrupułu łamie, granice przekracza. Ale wie o tym! A skoro wie, to już właściwie nie ma sprawy. Mówi przy okazji rzeczy może ciekawe – ale na placu boju zostaje miara, negatyw „miary”. Tylko to bierze dla siebie czytelnik? Chciałbym się mylić.

„”Takim ściegiem” jest, poza wszystkim innym, także próbą zapisu całego człowieka. Jednego człowieka. Jednego Falkie. I jego życia. Jego przemyśleń i działań. Wsłuchany w głos swego ciała – zapisujesz społeczne języki, chwast tego czasu. Wszystkie poprzednie myśli, poprzednie książki, poprzednie działania Falkie były – i są – etapami. Etapami na drodze życia, etapami poszukiwań na drodze życia. I zarazem poszukiwaniem drogi, na której dałoby się poszukiwać.

Można by – a i warto by – cytować wiele z zapisków Falkie. Jest w nich jądro cennych myśli, jest spojrzenie osobliwego i wyjątkowego inteligenta. Jest wiele prowokacji do dyskusji (ale któż dzisiaj w naszym kraju dyskutuje? Każdy głosi swoje jako prawdę jedyną słuszną). Na zakończenie jeszcze jeden cytat dotyczący krytyka. Krytyk… Kiedy pisarz jest najbardziej szczery? Wtedy, kiedy łowi na gorąco sekundowe drgnienia własnej psychiki (lub według własnej cudze drgnienia psy) i umie je przekonująco wyrazić. Mówi się wtedy, że „potrafi płakać prawdziwymi łzami”. A kiedy „najbardziej szczery” – resp. najpełniej zasługujący na wiarę – jest krytyk? Wtedy właśnie, kiedy umie z takich sekundowych drgnień rezygnować; kiedy sobie jasno wytyczy drogę przez cudze dzieło i w spokoju nią podąża. Jeżeli roni łzy, to szklane.

Wszystko, co w literaturze jest warte uwagi, zostało opłakane łzami ze szkła. Wszystko, co w literaturze opłakano łzami ze szkła, warte jest uwagi. Należy jednak wierzyć, że krytyk tez potrafi płakać prawdziwymi łzami…

Wiele w tym dzierganiu jest refleksji i migawkowych acz sugestywnych omówień teatralnych przedstawień, spraw dotyczących teatru jako takiego, literatury, poszczególnych pisarzy, dzieł. I te są szczególnie cenne – np. dotyczące twórczości Tymoteusza Karpowicza, Krystyny Miłobędzkiej (prywatnie żony Falkie) czy Helmuta Kajzara. I, Gombrowicza, naturalnie, który jest już jakby literacko – światopoglądowym sztandarem Falkie. Z nim ściera się i godzi nieustannie. Migotliwe są sądy i osądy Falkie, bo migotliwe jest życie, migotliwa jego osobowość w sekundowych drgnieniach jego psychiki…

Trzeba umieć sobie wierzyć i trzeba umieć sobie nie wierzyć, umieć zobaczyć siebie jako jednostkę jedyną, unikalną i ujrzeć siebie w szeregu. Takie jest w naszych czasach wszystko, co myślimy, piszemy. Narracja pęknięta. Prawda przepołowiona…

Justyna Hofman – Wiśniewska

Andrzej Falkiewicz „Takim ściegiem”, Biuro Literackie, Wrocław 2009.

 

Dodaj komentarz