Czekając na Petipę i Iwanowa

"Jezioro łabędzie" w Teatrze Wielkim w Łodzi.
Image
Historia lubi się powtarzać… Kiedy pierwszy raz wystawiono balet Piotra Czajkowskiego „Jezioro łabędzie”,  skończyło się to klapą, gdyż choreograf  W.J. Reisinger  nie poradził sobie z inscenizacją tego dzieła, nie docenił też siły i roli tej muzyki. Wydaje się, że podobny błąd jak Reisinger w 1877 roku popełnił choreograf i inscenizator łódzkiej wersji tego baletu – Giorgio Madia, lekceważąc uznaną i cenioną wersję  klasyczną, zwłaszcza tzw. akty białe, autorstwa Lwa Iwanowa, z 1894 r., rzadko zmieniane.  Nie jestem za dogmatycznym trzymaniem się „wzorca z Sèvres” – w przypadku „Jeziora łabędziego” nie raz przecież go łamano (vide  obrazoburcza wersja Matsa Eka), niemniej jeśli już go łamać, to bez niszczenia  kompozycji i istoty dzieła. Tak się jednak nie stało w łódzkiej inscenizacji, w której nie tylko zabito istotę tego baletu, ale i muzykę Czajkowskiego.
Reżyser i autor choreografii pisze w programie, iż jest dla niego ważne, aby pokazać publiczności, w szczególności tym, którzy nigdy nie widzieli „Jeziora łabędziego”, jego nowoczesną wersję. Rzecz w tym, że ta wersja nie  tylko pozbawiona jest walorów „nienowoczesności”, ale jej „nowoczesność” jest nudna, bez wyrazu i w dodatku nieprawdziwa. Gdyby popatrzeć, co choreograf i inscenizator zmienił w klasycznej wersji „Jeziora”, to po pierwsze – zmniejszył liczbę aktów, z czterech do dwóch, z czym można się jeszcze zgodzić. Wprowadzenie jednak tańca na  półpalcach zamiast puent już dobrym pomysłem nie jest, gdyż puenty akurat w tym utworze w połączeniu z tą muzyką, zwłaszcza w aktach białych, są nierozerwalną całością. Taniec  na puentach wyraża  lekkość ptaków, unoszenia się, uwznioślenie, do czego przyczynia się także muzyka, dość ignorowana w tej inscenizacji. Skutek tego taki, że tancerkom – łabędziom brakuje lekkości, co szczególnie widać w spowolnionych pas, bądź kiedy zmieniają pozycję na siedzącą.  W ogóle rezygnacja z puent sprowadza tę realizację do parteru, zamiast w przestworza.
Wprowadzenie czarnej zasłony podczas wykonywania  przez orkiestrę najsłynniejszego motywu „Jeziora” – niszczy i muzykę, i dramaturgię libretta. I świadczy chyba o braku pomysłu na połączenie libretta z muzyką w tej „nowoczesnej” wersji. A pomysł (inscenizatora? scenografa?)  „wpływającego” na scenę rekwizytu w formie łabędzia – prawie lotniskowca, jest nazbyt prosty, żeby nie powiedzieć – prostacki.
Konsekwencje takiego rozdzielnego traktowania muzyki i libretta widać także w dramaturgii tego spektaklu, tzn. jej braku. Zaangażowani tancerze zza granicy (do roli Odetty/Odylii – Emy Kawaguchi z Augsburga oraz Giovanniego di Palmy do roli księcia Zygfryda – z Lipska), nie stworzyli  przekonujących postaci – dramat Odetty i Zygfryda pokazany jest banalnie, brakuje tu prawdy, przeżycia. Nie wiadomo też, dlaczego Królowa jest niepełnosprawna i usadowiona na wózku inwalidzkim. Złośliwie na to patrząc, wyjaśnień może być kilka: albo PFRON  dokładał się do spektaklu (ale  według programu – nie dokładał się), albo choreografowi nie chciało się stworzyć choreografii dla tej postaci (Królowa posługuje się bardzo sprawnie głównie trzecim biegiem w wózku), albo uznał, iż taka postać będzie ukłonem w stronę niepełnosprawnych (?), albo ma takie życiowe doświadczenie, że kobieta ok. 40-50 roku życia nie powinna chodzić…
Do zaskakujących rozwiązań należy też diverissement, zwłaszcza taniec hiszpański, tańczony przez czterech tancerzy z wachlarzami, co niektórym kojarzyło się z grupą MoCarta, innym – z przedwojennym chórem Czejanda, a generalnie było rewią w stylu amerykańskim. Tyle, że nie stepowali… Baletu w tej inscenizacji było zresztą jak na lekarstwo – podobnie jak we wcześniejszej realizacji tego choreografa na łódzkiej scenie –  „Dziadku do orzechów”. I nie wiadomo, czy wynika to z poetyki tego twórcy, jego poglądów estetycznych, czy ze słabości łódzkiego zespołu baletowego. Niestety, od wielu lat łódzki teatr nie może się podźwignąć w tym względzie. Widać, że zespół baletowy jest tylko z nazwy – każdy tańczy sobie, w dodatku z klasyką jest marnie. A przecież to podstawa. I w „Jeziorze łabędzim”  ta prawda wychodzi jak w żadnym innym balecie – trzeba było mieć nie lada odwagę, żeby porwać się na takie dzieło – nawet w wersji „nowoczesnej”, nie mając ani dobrych tancerzy, ani dobrze wyszkolonego zespołu!  Przydałaby się tu i mocna ręka pedagogów  i jeszcze jeden choreograf, bardziej nastawiony na klasykę, bez której  nie uda się stworzyć zespołu i repertuaru. Bo na razie balet ŁTW tańczy niewiele ( w repertuarze bieżącym pięć pozycji) i głównie choreografie Giorgia Madii, czyli utwory  jednorodne stylistycznie. 
W „Jeziorze” zatem zamiast rzetelnego  tańca stosowane są różne sztuczki – a to akrobatyczne, a to prestidigitatorskie, są nawet odniesienia do komedii dell’ arte, Choreograf wprowadził na scenę też dzieci –  to zabieg  zawsze gwarantujący uznanie  publiczności. Zaproszono więc  uczennice szkoły baletowej  do zatańczenia słynnego  pas de quatre, co z jednej strony może i dobrze (kiedyś muszą zdobywać szlify na dużej, prawdziwej scenie), ale z drugiej – obniża to loty artystyczne tego przedstawienia. I skłania do podejrzeń, że realizatorzy działają pod publiczkę.
I jeszcze scenografia i kostiumy: wszystko skromne, oszczędne. Błękity wody i nieba, czerń i biel jako dobro i zło, mocno wyrazista postać Rothbarta przypominająca malarstwo Williama Blake’a, białe paczki i piórka na dłoniach (to ładne!) baletnic. Rzeźba w stylu lat 60. nad jeziorem i ten koszmarny łabędź pojawiający się dwa razy w trakcie spektaklu. W sumie nic zaskakującego, nic odkrywczego – rzeczywiście współcześnie, gdy popatrzeć na kulturę globalną. Teraz trzeba tylko poczekać na drugiego Petipę i Iwanowa…
Anna Leszkowska

Premiera „Jeziora łabędziego” w łódzkim Teatrze Wielkim – 9.maja 2009
 Muzyka  – Piotr Czajkowski, kierownictwo muzyczne – Tadeusz Kozłowski
Inscenizacja, adaptacja libretta i choreografia – Giorgio Madia
Scenografia – Bruno Schwengl
Fot. Chwalisław Zieliński

Dodaj komentarz