Jak to między nami jest?

Sztuka Doroty Masłowskiej, „Między nami dobrze jest”, wystawiona przez Grzegorza Jarzynę w TR Rozmaitości, wywołała bodaj więcej emocji po jej publikacji książkowej niż po premierze. Spodziewano się protestów, gorącej atmosfery polemik, a skończyło się na kilku delikatnych przytykach. Reżyser i autorka zebrali przede wszystkim pochwały. Czyżby ironiczny tytuł sztuki sprawił, że między nami dobrze jeszcze, to znaczy, że nawet nie umiemy się porządnie pospierać? A jest o co.

Wygląda na to, że Dorota Masłowska, cudowne dziecko polskiej literatury, której teraz zekranizowana debiutancka powieść „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” (2002) podzieliła czytelników i krytyków, na dobre zadomowiła się w teatrze. Po „sprowokowanym” debiucie, sztuce napisanej na zamówienie TR Rozmaitości, „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku” (2006), napisała kolejny zjadliwy dramat, „Między nami dobrze jest”. Utwór powstał na zamówienie berlińskiej Schaubühne i tam najpierw został przedstawiony publiczności, ale jeszcze przed niemiecką prapremierą zyskał sławę jednocześnie antypolskiego pamfletu i patriotycznego manifestu spod znaku Radia Maryja. Jak można wytropić te dwa wykluczające się punkty widzenia, czytając ten sam utwór, pozostanie tajemnicą interpretatorów. Po części sama Masłowska sprowadziła dyskusję na manowce, w jednym z wywiadów przyznając, że to jej „afirmacja polskości totalnie dziś wyszydzanej”.
    Lektura dramatu i jego wersja sceniczna nie potwierdzają tego wyznania autorki: to raczej utrzymane w tonie tragifarsy wezwanie do namysłu nad podstawowym pytaniem, sfalsyfikowanym w tytule sztuki: Jak to między nami jest? I czy tak być musi? Oczywiście, nie jest dobrze między nami, autorka ukazuje bowiem z kilku perspektyw polski węzeł gordyjski, w który splatają się losy współczesnych Polaków. Czy ten węzeł można przeciąć?
    Z jednej strony, maluje portrety ludzi wykluczonych: Halinę (mama), widłową z Tesco, i jej grubą sąsiadkę Bożenę, rozdającą ulotki, żyjące poniżej minimum egzystencji, wykarmione na papce drugorzędnych pism kolorowych i przeterminowanych produktów. Z drugiej strony, ukazuje starsze pokolenie (Osowiała Staruszka, babcia), dla którego doświadczenie drugiej wojny światowej pozostaje nieustanną traumą i swoistą pułapką, i najmłodszą generację (Mała Metalowa Dziewczynka, wnuczka), zorientowaną na ucieczkę ze świata urządzonego przez starszych, gotowe zrezygnować z nierozpoznanej tożsamości, ale równie mocno usidlonego przez wytarte stereotypy niż pokolenie matek i babć. Z trzeciej wreszcie, szyderczo portretuje żerujących na ich krzywdzie, zagubieniu i niedostosowaniu, stręczycieli idei. Tych ostatnich reprezentują w farsie Masłowskiej reżyser (Mężczyzna) mającego powstać wiekopomnego filmu „Koń, który jeździł konno”, wytresowany do udziału w życiu medialnym Aktor i pozbawiona cech indywidualnych, idealnie bezmyślna Prezenterka, przeprowadzająca z nim infantylny wywiad. Jest jeszcze Radio (w domyśle Maryja), z którego płyną jeremiady, pełne tęsknoty za czasami, „gdy wszyscy ludzie na świecie były Polakami”.
    W sztuce właściwie nic się nie dzieje. Wszyscy tu bowiem tkwią w swoich klatkach, zatrzaśnięci w swych wyobrażeniach o świecie, uwięzieni w zwietrzałych marzeniach, oderwani od przyszłości, bez szansy wzajemnego porozumienia. Widłowa i gruba marzą o tym, czego i tak nie osiągną, o swoim nie urlopie w ciepłych krajach, o życiu nie osiągalnym, wiedząc o swoim „braku przyszłości”. Reżyser i spółka krążą wokół projektu kretyńskiego filmu, który nigdy nie powstanie, ujawniają jałowy bieg tzw. wysokiej kultury, która nie wyczuwa tętna życia – wyznaje to wprost Mężczyzna w monologu-logorei, deklarując, że chce robić film o problemach, które go nie dotyczą. Nie lepiej z najstarszym i najmłodszym pokoleniem. Babcia żyje z głowa do tytułu, wciąż rozpamiętuje wybuch wojny, swoją sukienkę, spacer nad Wisłą, czas utracony, a Wnuczka pozostaje na te przeszłość głucha, naszpikowana obrazkami z internetu i niezłą porcją nienawiści, choćby do nietolerancji („Nienawidzę nietolerancji”, deklaruje). To Wnuczka próbuje się wyzwolić z ciążącej jej polskości: „Wiele zawdzięczam nieistnieniu i niebyciu: z jednej strony nie jestem nikim, z drugiej na przykład nie jestem Polką”
    Na koniec Masłowska wszystko podaje w wątpliwość: okazuje się, że babcia zginęła w pierwszym dniu wojny, a skoro tak, to jej córka Halina, a tym bardziej jej wnuczka Mała Metalowa Dziewczynka w ogóle nie istniały i rzeczywiście w finałowej scenie blakną, znikają jak widma, zły sen – Masłowska sugeruje, że Dziewczynka mogłaby w scenie finałowej biegać i, wykonując dramatyczne gesty, deklamować fragmenty „Pieśni o Rolandzie”. Surrealizm. Absurd? Zapewne, ale nie ma nic bardziej realistycznego od absurdu.
    Masłowska z werwą przedrzeźnia język mediów, reklam, uproszczeń propagandowych, wywołując ironiczno-groteskowy efekt. Podkreśla to dobitnie konfrontacja medialnej papki z przestarzałym językiem wspominającej dawne czasy Osowiałej Staruszki, dla której czas i sposób mówienia zatrzymały się w dniu pierwszego bombardowania Warszawy. Nic dziwnego, że trudno tutaj o porozumienie, brak językowej wspólnoty decyduje o postępującym rozpadzie.
    Autorka jest późną uczennicą Tadeusza Różewicza, przypomina Wnuczkę z „Kartoteki rozrzuconej”. Uzupełnia szyderczy opis rzeczywistości polskiej, jaki stworzył poeta, o nowe elementy układanki. Jest to jednak Różewicz przyprawiony Gombrowiczem. Dlatego u Masłowskiej problemem jest polskość, przed którą broni się główna bohaterka dramatu, Mała Metalowa Dziewczynka: „Ja to już od dawna zdecydowałam, że nie jestem żadną Polka, tylko Europejką, a polskiego nauczyłam się z płyt i kaset, które zostały nam po polskiej sprzątaczce (…). Nie jesteśmy żadnymi Polakami, tylko normalnymi ludźmi!”.
    Najłatwiej powiedzieć, że Masłowska, po swojemu, jak i w poprzednich utworach z prestidigitatorską łatwością żongluje kliszami wykoślawionej mowy mediów, blogów, czatów, czujnym uchem notuje zamieszanie we współczesnej wieży Babel – gdzie w przeciwieństwie do tej biblijnej pomieszanie języków nastąpiło w jednej wspólnocie językowej. Wspólnocie, która się rozpada, rozjeżdża i potwornieje pod naciskiem jazgotu mediów, reklam, polityki. A tak czyniąc, opisuje Polskę, której nie ma, Polskę zmyśloną. Ułatwia takie podejście zastosowany w farsie schemat myślowy – mowa tu o przebywaniu w braku pokoju (tam zwykle udaje się strofowana Mała Metalowa Dziewczynka), o nie wyjazdach na wakacje, o nie kupowaniu, słowem o negatywnej kliszy postępowania, regulowanego przez usłużny system komunikacji reklamowej i manipulacji politycznej. Toteż takie właśnie konkluzje, że w sztuce jawi się fantom Polski, że Polska to kraina Nigdzie pojawiały się w kilku recenzjach po premierze. Ale „Między nami dobrze jest” to nie „Ubu Król”, a Masłowska to nie Jarry. Wbrew spsiałemu językowi, którym posługują się wszyscy (nawet Babcia uwięziona we wspomnieniu pierwszego dnia drugiej wojny światowej, pielęgnująca sentymentalną staromowę), sztuka Masłowska mówi o Polsce, która jest. I to jest w niej najbardziej przejmujące. Przy czym nie chodzi tutaj o portret typu realistycznego, ale o diagnozę stanu świadomości, dokonaną drogą deformacji i kondensacji. W sztuce Masłowskiej bowiem zderzają się ze sobą rozmaite negatywizmy, których przezwyciężenie mogłoby owocować odnalezieniem swego miejsca i odrzuceniem uproszczeń spod znaku zwycięskiego neokapitalizmu.
    Nie pierwsza to rzecz Masłowskiej na scenie (poza jej poprzednią sztuką, kilkakrotnie realizowano „Pawia królowej”), ale pierwsza tak idealnie na scenę przeniesiona. Spektakl Grzegorza Jarzyny nie tylko pozwala wybrzmieć jej naśladowczej mowie, ale wzmacnia jej sens. Przestrzeń sceniczna podkreśla umowność, ale i metaforyczny sens ukazywanego świata; dialogi toczą się w przestrzeni ograniczonej z trzech stron białymi płaszczyznami, na których animowane projekcje wideo z celnym dowcipem dookreślają sytuacje: zamiast naturalistycznej dekoracji, przedstawiającej obskurne, ciasne mieszkanie w mrówkowcu i ileś równie klaustrofobicznych wnętrz, Jarzyna posługuje się malowanym na płótnach skrótem, czasem światłem, jego zmieniającą się barwą i natężeniem dobudowując aurę. Na koniec posłuży się projekcją niszczonej przez hitlerowców Warszawy po powstaniu warszawskim, w którą wtapiają się fragmenty naszej współczesności. To czasów i przestrzeni pomieszanie, wzmaga przesłanie całości: oto świat, w którym umarło porozumienie, na próżno wołający o nasze zrozumienie.
    W tym zamkniętym prostokącie toczy się gra między skarykaturowanymi postaciami, nieledwie marionetkami, o ograniczonym zasobie cech i sposobów reakcji, naznaczonymi piętnem przerysowania. Tę specyficzną charakterystyczność, podszytą poetyką absurdu, doskonale ucieleśniają aktorzy – świetne są role widłowej z zatrzaśniętą twarzą (Magdalena Kuta) i grubej Bożenki, pogodzonej ze swoją degradacją (Maria Maj), reżysera-półgłówka (Adam Woronowicz), tępego Aktora (Rafał Maćkowiak) i modelowanej na vip-tv-gwiazdę Prezenterki, żywcem wyjętej z jury Tańca z Gwiazdami (Agnieszka Podsiadlik). Na innych falach, trudnego do zdefiniowania liryzmu, walczącego ze starczym otępieniem, buduje swoją kolejną wielką rolę Danuta Szaflarska (Osowiała Staruszka), której partneruje zagubiona w tej przestrzeni, pozornie pusta do szpiku kości, a na dnie pełna rozpaczy Mała Metalowa Dziewczynka (Aleksandra Popławska).
    Świetne przedstawienie. Gorzkie, choć zabawne. Prawdziwe, choć ujęte w cudzysłów Nibylandii. Nikt z tego świata nie uchodzi zwycięsko. Chociaż oskarżona jest przede wszystkim inteligencja, zajęta własną kariera, nieczuła na los tysięcy, którym nowy piękny świat nie zaoferował niczego więcej oprócz kolorowych, przeterminowanych pisemek, wyciąganych ze śmietnika.
Tomasz Miłkowski
Dorota Masłowska, „Między nami dobrze jest”, reżyseria Grzegorz Jarzyna, scenografia Magdalena Maciejewska, kostiumy Magdalena Musiał, reżyseria Jacqueline Sobiszewski, opr. muzyczne Piotr Domiński, Grzegorz Jarzyna, wideo Cókierek&Pani K., prapremiera 26 marca, Schaubühne am Lehninnrer Platz, Berlin, premiera polska 5 kwietnia 2009, TR Warszawa

Dodaj komentarz