Ifigenia i alchemia

O "Ifigenii" Antoniny Grzegorzewskiej w Teatrze Narodowym.

„Mity to uniwersalne opowieści, które odzwierciedlają i kształtują nasze życie-ujawniają pragnienia, lęki, tęsknoty, uzmysławiają sens pełni człowieczeństwa” możemy przeczytać na okładkach książek z serii MITY Wydawnictwa Znak. Wielu wybitnych pisarzy opowiedziało swój ulubiony mit na nowo, w twórczy, subiektywny sposób, często jako historię sobie bliską, niekiedy wręcz osobistą. Spektakl Antoniny Grzegorzewskiej wydaje mi się jakoś przynależeć do tej serii, choć zamiast literatury mamy tu do czynienia z teatrem. Nie wiemy na ile osobista jest jej Ifigenia , czujemy jednak, iż ten mit, opowiedziany przez nią na nowo, inaczej, z nieco innej perspektywy jest jej bardzo bliski. Co więcej-podobnie jak wspomniane utwory literackie pokazuje historię Ifigenii  jako współczesną i bardzo uniwersalną. Historię, która może jakoś dotyczyć nie tylko twórczyni przedstawienia, ale także każdego z widzów. To niesamowite, że możemy przejrzeć się w opowieści o rodowodzie starożytnym, oglądać ją nie jako szacowny zabytek, lecz coś  odnoszącego się także do naszej rzeczywistości. Inna sprawa, iż twórcza, subiektywna interpretacja mitów była już w starożytności udziałem twórców teatralnych. Grzegorzewska swoim spektaklem wpisuje się wiec zarówno w tradycję antyczną, jak i w tę nam współczesną, pozwalającą nam szukać sensu w ponownym opowiedzeniu tego, co stanowiło sens dla naszych przodków. Co reżyserka próbuje nam powiedzieć swoją Ifigenią? Czy w dzisiejszym świecie taka historia w ogóle jest możliwa? Odruchowo zaprzeczamy, dopóki nie widzimy na scenie chóru złożonego z islamskich samobójczyń. Być może to są współczesne nam Ifigenie? Poza tym uświadamiamy sobie, iż ciągle rzeczy mniej i bardziej nieistotne mają dla wielu ludzi dużo większą wartość niż życie człowieka.
   Obok wspomnianej stylistyki opowiedzenia mitu na nowo, mającego miejsce głównie w literaturze wspomnieć należy inne podobieństwo, na które zresztą (głównie jako inspirację) wskazuje reżyserka. Chodzi o teatralne eksperymenty Műllera, jego mierzenie się z tekstem, próby ujrzenia go początkowo w formie poematu, następnie rozbicie, wprowadzenie elementów profanum, a potem, przy pozostawieniu całego liryzmu, wprowadzeniu elementów brutalizmu.
   Reżyserka nie oszczędza widza, nie pozwala mu na obojętność. Świetnie żongluje nastrojami od szeptu do krzyku, korzysta z kontrastów. Przy tym wszystkim ciągle myli tropy, nie daje się zaszufladkować, zdefiniować.
     Jak zawsze ma to miejsce w przypadku debiutu, pokazuje nam teren, w którym ma zamiar działać, jednak w jakimś sensie pozostaje tajemnicza. Wiemy, że tworzy (nie tylko zapowiada) swój własny, autorski teatr, ale jednocześnie nie odcina się od tradycji, raczej mądrze z niej czerpie. Mówiąc o tradycji, mam na myśli także poetykę jej ojca. Jerzy Grzegorzewski wyznaczył bardzo wysoki poziom, młoda debiutantka dzielnie podejmuje wyzwanie i poziom ów świetnie utrzymuje. Świetnie przy tym zdaje sobie sprawę, że spektakl jej nie uniknie konfrontacji, porównań z teatrem ojca. Nie zamierza być jednak epigonką, jedynie kontynuatorką, chce tworzyć coś własnego, autorskiego. Ale nie odcina się na siłę od stylistyki Grzegorzewskiego. Twórczo nawiązuje do niej, gdyż, jakby nie było, także ten teatr w dużej mierze ją ukształtował, nie boi się przyznać do tego, przy okazji trochę naigrywając się z widza, który szuka tylko podobieństw. Wykorzystuje je, cytuje (w sposób twórczy, nie wtórny) z całą świadomością człowieka wolnego, o wysokiej samoocenie, który nie musi się bać uproszczonej, niesprawiedliwej interpretacji. Podobnie nadaje Ifigenii swoje cechy, nie czyniąc jej jednak autoportretem. Ma przecież do powiedzenia coś innego, niż własną historię, choć jednocześnie ze wszystkiego umie zrobić materiał sceniczny. Osobisty, a jednocześnie pełen dystansu.
    Spektakl jest spiętrzeniem metafor. Zauważenie i rozpoznanie ich wszystkich nie jest chyba jednak zadaniem widza. Ma on pewien wybór, co najmniej kilka ścieżek interpretacyjnych, którymi może podążyć, tworząc spójny obraz.
   Wydaje mi się, iż autorka zachęca do bardzo osobistego, zaangażowanego odbioru, czego dowodem jest prowokacyjny prolog Ifigenii, wytykający nam widzom obojętność. Potem oglądamy coś, co obojętnymi nie pozwala nam pozostać. Ja wybrałam więc odbiór bardzo osobisty. Czymś niezmiernie dla mnie ważnym było pewnego rodzaju uczłowieczenie głównej bohaterki w spektaklu, gdyż dotychczas postrzegałam ją przede wszystkim jako ofiarę, w najlepszym razie wyidealizowaną, a właściwie wysterylizowaną  aż do bezbarwności postać. Właściwie w micie została uprzedmiotowiona, traktowana jako przedmiot, rzecz, właśnie ofiara, nie osoba. W spektaklu została jej zwrócona godność ludzka, możliwość stanowienia o sobie. Nie jest tu jednak szlachetną dziewicą poświęcającą się w imię wyższych wartości. Jest zwyczajną nastolatką, kochającą życie, marzącą o prawdziwej miłości, szczęściu. Jednocześnie osóbką bardzo zadziorną, zbuntowaną i w jakiś sposób bezbronną w swym młodzieńczym buncie. Więcej, mam wrażenie, iż Ifigenia jest młodą kobietą poszukującą swej tożsamości, badającą, co też świat może jej ofiarować. Tymczasem mieszka w nędznym , tanim pokoju, gdzie wszystko przytłacza swą bylejakością. W oddali majaczą święte psy, jednakże Ifigenia nie ma do nich większego szacunku. Drzwi służą do trzaskania, nie do zamykania się we własnym pokoju, własnej przestrzeni. Ifigenia wie, że z całą tandetnością swego obecnego życia  w jakiś sposób (niezależnie od tego, co właśnie robi, jak bardzo jest to banalne, zwyczajne) wystawiona jest na widok publiczny jako córka wodza. Stąd może jej teatralny, widowiskowy bunt. Brak prywatności symbolizują choćby fotele teatralne, znajdujące się tuż przy jej kanapie. Najczęściej są one puste, ale przypominają, że jej rodzina jest na widoku.
   W mieszkaniu, które zajmuje razem z matką,  jednym z najbardziej rzucających się w oczy sprzętów jest mała, stara lodówka, która tak naprawdę okazuje się śmietnikiem. Czy jest to miejsce do przechowywania wartości, ideałów tego świata? I cóż robi się z tymi wartościami i ideałami? Chowa na lepsze, niewojenne czasy-zamraża, konserwuje, czy raczej wyrzuca, wkłada do jednego worka, aby potem jak najszybciej o nich zapomnieć? A może w świecie zbuntowanej Ifigenii oba zachowania są w gruncie rzeczy tym samym, charakterystycznym dla młodej, zagubionej dziewczyny, usiłującej odnaleźć swą jedyną, niepowtarzalną drogę? Może najpierw musi wszystko odrzucić, wszystkiego się pozbyć, aby potem zbudować coś własnego, również z tych odrzuconych, jakoś przetworzonych wartości. Możliwe też , że to odwołanie do naszej rzeczywistości, w której tyle rzeczy okazuje się czym innym, niż się wydaje . Za fasadą starej, śmiesznej, lecz mimo wszystko porządnie wyglądającej lodówki nie kryje się nic, absolutnie nic. Warto przy tym zauważyć, że lodówko- śmietnik Ifigenii ozdobiony jest fotografią matki. Czy to symbol buntu? Czy może ów sprzęt należy do Klitajmestry i ją, jej światopogląd symbolizuje (przynajmniej w odczuciu zbuntowanej córki), zadaniem Ifigenii natomiast jest przeciwstawienie się temu wszystkiemu, co owa lodówka reprezentuje.
    Dla mnie Ifigenia Grzegorzewskiej, to także dzieło o odrzuceniu, o rozpadzie. Rozwój nastolatki ma w pewnym sensie wymiar alchemiczny, przypominający transformacje osobowości w alchemii. Pierwszy etap czarny to właśnie owo odrzucenie, rozpad. I nie chodzi tu tylko o świat, symbolizowany przez lodówko-śmietnik, gdzie ścierają się wszelkiego rodzaju przeciwieństwa, w czymś, co samo w sobie jest przeciwieństwem, skoro jednocześnie odrzuca i przechowuje. Sceny odrzucania to także kłótnie z matką „ty tak, ja inaczej”, gdzie bohaterka nic właściwie nie proponuje w miejsce tego wszystkiego, przeciw czemu się buntuje. Ów bunt jeszcze zupełnie nieopierzony, ma za zadanie oczyścić teren,a nie stworzyć coś własnego. Symboliczny rozpad, odrzucenie widać także w scenie zdejmowania  i rzucania w stronę koleżanek kolejnych warstw odzieży w rytm muzyki Jenis Joplin. Ifigenia marząc o nowym etapie życia, wyrzeka się dawnej siebie. Następnie przyobleka białą ślubną szatę. Magiczne, rytualne obmycie dokonało się, teraz może zacząć nawy etap – ten polegający na budowaniu, stawaniu się od początku. Aby stać się, zbudować nowe życie, bohaterka rusza w drogę. Widzimy w niej przemianę. To już nie smarkata, zbuntowana nastolatka, ale młoda kobieta, marząca o miłości. Wyrusza w nieznane, jednakże bardzo ufa ojcu i pewna jest swojego przyszłego szczęścia. Właściwie bunt się ustatecznił. I tu córka Agamemnona przeżywa przeogromne rozczarowanie. Świat, który miał leżeć u jej stóp, odrzuca ją, by następnie uczynić z niej ofiarę. Czy ta dziewczyna, pełna życia godzi się na to z poczucia obowiązku, świadomie poświęca się w imię czegoś, co uważa za znaczenie istotniejsze od jej szczęścia, czy raczej jej zgoda wynika z niewiary w cokolwiek?  Czymś nieuzasadnionym wydaje się bowiem jej nagła apatia, pełna rezygnacji zgoda na wszystko- jej- wcześniej tak żywotnej, pełnej pasji i temperamentu, tak rozpaczliwie czepiającej się życia, jakby dzięki przyspieszonym kursom chciała je prędko poznać w całej okazałości i bujności. Może chce umrzeć, gdy uświadamia sobie , że została sama? Takie banalne odczucie, mogące jednak być odkrywczym w przypadku młodej dziewczyny. No bo matkę i jej system wartości odrzuciła już dawno, a teraz natomiast zdradził ją i rozczarował jej ukochany ojciec, autorytet, ktoś wprowadzający w jej życie ład i porządek, ktoś, komu bezgranicznie ufała. Odrzucił ją także mężczyzna, któremu chciała zaufać, którego pragnęła pokochać. Ktoś, kogo, jak pojęła poniewczasie, wcale nie znała i bardzo idealizowała. Okazało się, że Achilles ugania się za nadobnym Patroklesem i to jego darzy silnym uczuciem. Dla Ifigenii nie ma żadnych przyjaznych uczuć, współczucia. Nie próbuje w żaden sposób jej pomóc, jej los jest mu całkowicie obojętny. Także dawne przyjaciółki nagle stały się matkami, skupiającymi całą uwagę na swoich pociechach, nawet już niechętnie, raczej ironicznie komentującymi wydarzenia. Wobec tego Ifigenia nie widzi swojego miejsca w życiu, zbyt szybko uznając je za marność nad marnościami. Może to nie tyle autoagresja, co bierna agresja skierowana przeciw światu.
   W prologu Ifigenia oznajmia, wyrzuca może widzom, że będą beznamiętnie oglądali jej ofiarę, że pójdzie na śmierć lekko, jak idzie się na sympozjum poświęcone pogaduszkom. Należy zadać pytanie – dlaczego. Otóż wydaje mi się, że bohaterka nie ma tak naprawdę nic do stracenia, wiarę w cokolwiek zgubiła. W obecnej sytuacji każdy jej wybór równałby się śmierci. Czy to niekochana żona Achillesa, matka uwiązana do wózka, czy to żywa pochodnia, czy młodsza kopia matki-wszystkie te dostępne jej wybory tak naprawdę równałyby się w jej pojęciu śmierci. Sądzi więc, iż rzeczywiście wolna może być tylko,  rezygnując z życia, jego pułapek i zniewoleń. Tylko w ten sposób może być tak naprawdę sobą. Nie jest więc bezwolną ofiarą, na co wskazuje jej świadomość w prologu, czy też ostatnia rozmowa z matką, której słucha z dobroduszną ironią.
    Po obmyciu i białym etapie powinien nastąpić etap czerwony, etap mocy. Czy jednak następuje? Na scenie tylko dwie kobiety ubrane są na czerwono i właściwie tylko one  mają moc. Czy Ifigenii jednak na takiej właśnie mocy zależy? Pierwszą z kobiet jest nieprzebłagana Artemida, żądająca krwawych ofiar. Jej siła polega na bezlitosnym bawieniu się życiem innych, robieniu złego użytku z władzy nad ludźmi. Właściwie tak samo wygląda moc drugiej kobiety ubranej na czerwono – goszczącej tu bohaterki innego mitu – Medei. Tyle że inaczej się przejawia ona w przypadku bogini, inaczej w przypadku śmiertelniczki. Krwiożerczość Artemidy ma swoje przełożenie na sex-apeal Medei. Tu i tu jest to moc niszcząca, nie budująca, jak gdyby źle wykorzystana przez swoje właścicielki. Obie one są bardzo wyrachowane, co jest cechą całkowicie niedostępną Ifigenii.
   Jeśli to spektakl o klaustrofobii, zniewoleniu w relacjach między dwojgiem ludzi, to Ifigenia (ciągle samotna, a w końcu sama z wyboru) jest jedyną postacią naprawdę wolną. Od początku próbuje stać się , stworzyć na nowo, być może podczas czegoś przypominającego alchemiczną transformację udaje jej się. Staje się kimś, dla kogo życie ze swoimi bolączkami przestaje mieć znaczenie. Skąd więc prolog? Może teraz nas usiłuje zmienić? Posągowa Artemida na tle kiczowatego otoczenia obnaża małość pozornego bohatera- Agamemnona. Pokazuje, że gotów jest uczynić wszystko dla kariery (nie dla dobra kraju – za bardzo upaja się własną wielkością, efektami w świetnej scenie dowodzenia wojskiem, gdzie posłusznych żołnierzy udają poruszające się osłonki reflektorów). Właśnie ta Artemida wydobywa na światło dzienne najczarniejsze zakamarki jego duszy. Swoim żądaniem ofiary z Ifigenii powoduje rozpad w świecie wartości bohatera. Sprawia, że poznając własną podłość i jednocześnie nie umiejąc się jej przeciwstawić przestanie on być nieskazitelny. Po tym obnażeniu niespójnego szwarccharakteru Agamemnona, Artemida kąpie się. Jej suknia zabarwia się (z białej) na czerwoną. To krew ofiarna Ifigenii. Jednak Ifigenia nie takiej mocy pragnie. Krwawy ślad Artemidy zmywa mopem, pogwizdując Happy birthday. Czyjeż to urodziny? Kto rodzi się na nowo? Do czego się rodzi?
    Postaci wydają się trochę jednowymiarowe, ale trzeba pamiętać, że obserwujemy je oczami Ifigenii, młodej pannicy przed maturą. Ifigenia obnaża świat, po czym opuszcza go. A my? Czy potrafimy sprawić, by stał się ciut lepszy?
Krystyna Tylkowska

Dodaj komentarz