Świat w kawałkach albo Bubień po węgiersku

Andrzej Bubień krąży po Europie środkowo-wschodniej. Na dłużej osiadł w Petersburgu, gdzie artystycznie kieruje Teatrem na Wasiljewskiej i kolekcjonuje nagrody oraz nominacje do rosyjskich Złotych Masek. Czasem gościnnie zapuści się do Polski, ale ostatnio na Węgry, do Debreczyna, gdzie dał porywającą premierę „Obłom-offa” Michaiła Ugarowa wedle nieśmiertelnej powieści Aleksadra Gonczarowa.
Image
Sztuka Ogarowa w jędrnym przekładzie Bubienia grana była w Polsce, w stołecznym Teatrze Dramatycznym, ale nie w reżyserii Bubienia, co najwyraźniej odbiło się na wyniku – spektakl zszedł z afisza bez większej szkody.
Tym razem, choć po węgiersku, Bubień wydobywa z inteligentnego tekstu Ogarowa jego walory, a co więcej, okrasza je swoim charakterystycznym stylem – nie poprzestaje na narracji „pierwszego rzędu”, czyli postępowaniem tropem autora, ale dopełnia i wzbogaca jej sens narracją „drugiego rzędu”, całą sekwencją scen sugestywnych wizualnie, które ujmują opowieść o Obłomowie w swoisty cudzysłów, każąc traktować ją jako przypowieść o niezgodzie na świat, jaki jest, i o nieuchronnej klęsce wpisanej w figurę bohatera, który na taki świat nie przystaje.
Obłomow, z wigorem zagrany przez Zsoltya Trillę, uchodzącego za jednego z najbardziej utalentowanych aktorów węgierskich swego pokolenia, nie jest gnijącym w łóżku nierobem, któremu żyć się nie chce. Przeciwnie, on kipi energią, tryska witalnością, ale zderzając się z indywiduami kiepskiego kroju, ucieka do swojego „domku”. Cóż, że „domek” znajduje się pod wielkim wzniesionym niby królewskie łoże posłaniem, niczym namiot dzieciaka, które lubi bawić się w zakamarkach. Tak naprawdę ten „domek” to świat sztuki i literatura.
 Łoże Obłomowa wręcz zarastają książki. Obłomow książki pożera, przestaje z nimi, ucieka w nie przed światem, który go rani, niepokoi, nie zadowala. Kiedy podejmie próbę wyjścia z samoizolacji – w imię kiełkującego uczucia – okaże się niezdolny do działania i dopiero przedsiębiorcza Pszenicyna, drobnomieszczanka idealna, weźmie go w obroty, poskromi i, mówiąc po Gombrowiczowsku, upupi (brawurowa rola Anny Gyöorgyi). Wymowna jest scena dokarmiania Obłowowa – Pszenicyna dosłownie garściami wpycha mu pierogi w usta, tuczy niczym gęś na ubój, upodrzędnia, siłą przebiera w pocerowany szlafrok, izoluje od świata. Po jego śmierci najbliżsi próbują złożyć na cmentarzu pomnik Obłomowa – ale i to okazuje się niemożliwe. Z rozmaitych odłamków cmentarnych rzeźb można tylko zbudować jakieś dziwadło z niepasujących do siebie części. Oto prosta i jakże czytelna alegoria: Bubień snuje opowieść o świecie, którego nie sposób poskładać, który składa się ze sprzecznych elementów, który skazany jest na rozpad. Do tej puenty zmierza spektakl – grupa urzędników (?), gości (?), czyścicieli (?), bo rzecz zaczyna się od generalnego sprzątania, od początku przygotowuje katastrofę, z której cało uchodzi tylko doktor psychiatrii. To jemu, z pozoru nieudacznikowi, udaje się stworzyć teorię człowieka pełnego – Totus nie przystaje do świata, ale jego odkrywca robi karierę. Cóż za jadowita ironia.
W scenicznej wizji Bubienia równoprawne miejsce przypada zabudowie sceny (Anita Bojarska) i muzyce (Piotr Salaber): wspomniany domek, ale także wielkie przeszklone ściany, które usiłują na początku wymyć tajemniczy przybysze (może jednak zmory Obłomowa?), wreszcie pokraczny pomnik antybohatera. Muzyka podkreśla rytmy poszczególnych scen, buduje ruch w scenach zbiorowych. Obszerny cytat z „Normy” Vinzenzio Belliniego (dwie aktorki grają w tej scenie tę samą rolę Olgi), arii „Casta Diva”, którą kiedyś śpiewała matka Obłomowa, co bohater wspomina z nostalgią, nadaje scenie przyjęcia operowy sztafaż, a zarazem wyrafinowanie metaforyczny wymiar. Aria wybrzmiewa silnie, także dzięki uskromnieniu instrumentacji, dostosowanej do wykonania kameralnego.
Może któremuś teatrowi w Polsce udałoby się namówić Bubienia na reżyserię „Obłom-offa” nad Wisłą?
Tomasz Miłkowski
Michaił Ugarow, „Obłom-off”, reżyseria Andrzej Bubień, scenografia Anita Bojarska, muzyka Piotr Salaber, Csokonai Shinhaz, Debreczyn, premiera 27 marca 2009

Tekst publikowany w Przeglądzie

Dodaj komentarz