Piątka bez sternika

Wręczeniu Krystianowi Lupie najważniejszego europejskiego wyróżnienia teatralnego towarzyszyło nie mniej istotne dla świata sceny wydarzenie. Pięciu twórcom współczesnego teatru przyznano bowiem nagrodę Nowe Rzeczywistości Teatralne, co nie obyło się bez licznych kontrowersji i… jednego ogólnopolskiego skandalu.

W zasadzie wszystkie nominacje do Europejskiej Nagrody wzbudzały od początku spore zastrzeżenia. Mogłoby się zatem wydawać, iż wrocławskie pokazy spektakli laureatów będą doskonałą okazją do choćby częściowego rozwiania wątpliwości. Nic bardziej mylnego. Dopiero bowiem to, co zaprezentowali (lub, jak w wypadku najmłodszego z nagrodzonych – Węgra Árpáda Schillinga, który jako jedyny nie przywiózł ze sobą żadnego spektaklu – nie zaprezentowali) nagrodzeni, wywołało nie lada emocje.
Słowo emocje ma tu wymiar czysto metaforyczny, gdyż na przykład „Ricercar” Francuza François Tanguy i jego Théâtre du Radeau może znaleźć uznanie jedynie wśród najbardziej wytrwałych amatorów „teatru bez treści”, choć formie plastycznej przedstawienia (Tanguy jest również scenografem) nie można odmówić dużego uroku. Kolejny wśród nagrodzonych reżyserów plastyk, flamandzki twórca Guy Cassiers, zaprezentował natomiast „Sunken Red”, po obejrzeniu którego widzowie zgodnie wyrazili nadzieję, iż wybór ten podyktowany był li tylko względami technicznymi (łatwiej zabrać ze sobą jednego aktora wykonującego monodram niż cały zespół) lub ewentualnie językowymi (aktor Dirk Roofthooft włada na scenie płynną angielszczyzną). Jeżeli bowiem adaptacja powieści Jeroena Brouwersa, opowiadająca historię pisarza, który nie może poradzić sobie z traumą, związaną z pobytem wraz z matką w japońskim obozie jenieckim w czasie II wojny światowej, ma być reprezentatywnym dla twórczości Cassiersa spektaklem, to należałoby uznać Belga za największe nieporozumienie tegorocznych Rzeczywistości.
    Nie można tego z pewnością powiedzieć o argentyńsko-hiszpańskim reżyserze Rodrigu Garcii. Nawet mimo iż jego dwa spektakle, „Zabić by zjeść” (z serii „Wypadki”) oraz „Rozsypcie moje prochy nad Mickey'im”, wywołały nie lada skandal. Pierwsze z przedstawień to w swej formie de facto pokaz sztuki kulinarnej. Aktor wiesza na wysokości około półtora metra nad ziemią żywego homara, do którego grzbietu przyczepia mikrofon w taki sposób, aby wszyscy mogli usłyszeć odgłosy dochodzące z wnętrza zwierzęcia, do złudzenia przypominające bicie serca. Następnie polewa homara winem, by na koniec pokroić zwierzę, usmażyć i skonsumować. Z kolei w „Rozsypcie moje prochy” jednym z ważnych elementów jest scena, gdzie w akwarium pełnym wody podtapianych jest kilka chomików, które na koniec zostają jednak wybawione z opresji za pomocą podbieraka. Te „ekscesy” Garcii znalazły finał nie tylko w kilkukrotnym przerywaniu jego przedstawień przez widzów (z „porwaniem” chomików ze sceny włącznie), ale także w doniesieniu do prokuratury oraz rozdmuchaniu całej sprawy do rangi ogólnokrajowej, medialnej sensacji.
Paradoksalnie można jednak powiedzieć, że dobrze się stało, bo choć formy wykorzystywane przez Garcię mogą odpychać i nie grzeszą artystyczną świeżością, to był Argentyńczyk bez wątpienia jedynym z nagrodzonych, który poruszył i zmusił do myślenia całą publiczność oraz bez mała (obok Włocha Pippa Delbono) jedynym, który miał do przekazania jakąś spójną i ważną treść. Tymczasem wspomniany Delbono zaprezentował dwa skrajne w swym dorobku spektakle – „Czas zabójców”, którym zadebiutował w 1986 r. oraz jeden z ostatnich – „Te dzikie ciemności” z 2006 r. Jego twórczość, rozpięta gdzieś między kabaretem, krzykiem rozpaczy nad kondycją współczesnego świata, a psychoanalizą i rehabilitacją, wywołała duży aplauz, jednak głównie wśród licznie zgromadzonej we Wrocławiu publiczności włoskiej. Wydaje się, iż dramatyczna biografia twórcy (oraz części zespołu – w skład którego, poza zawodowymi aktorami, wchodzą osoby o bardzo skomplikowanych życiowych losach) przesłoniła ziejący ze sceny, całkiem nieartystyczny nieład.
    Europejską Nagrodę Nowe Rzeczywistości Teatralne wręczono w tym roku po raz 11. Jury nie ukrywało specjalnie faktu, iż zarówno duża liczba nagrodzonych, jak i ich dobór, są raczej efektem chęci zrekompensowania twórcom wielu lat bezskutecznych nominacji, niż rezultatem jakiejś spójnej wizji wybierających czy brawurowych dokonań laureatów. Przywołując fragment regulaminu nagrody, mówiący, iż jest ona „szansą spotkania i konfrontacji pomiędzy różnymi środkami wyrazu nowego teatru europejskiego”, jurorzy wyraźnie przyznali się do przypadkowego połączenia zupełnie różnych teatralnych światów. Światów, które często wzbudzają kontrowersje nie tylko swą odmiennością, ale także wątpliwymi rozwiązaniami natury estetycznej, bądź nie do końca czytelnymi (lub aż zanadto jasnymi) intencjami w przekazie. Tak czy inaczej, wrocławskie pokazy dały rodzimym komentatorom powód do niewątpliwej satysfakcji. Chociaż bowiem w teatrze europejskim wciąż wiele się dzieje, widać wyraźnie, iż polskie sceny nie pozostają na uboczu tego ruchu, a w wielu aspektach bezsprzecznie go wyprzedzają.

Grzegorz Konat
Artykuł opublikowane w Przeglądzie

Dodaj komentarz