Europejska Nagroda Teatralna: Europa patrzy przez/na Lupę

Ponad 20 lat od ustanowienia Nagrody Teatralnej przez Komisję Europejską po raz pierwszy przypadła ona polskiemu twórcy, Krystianowi Lupie. Laureat jej XIII edycji od kilku co najmniej lat był żelaznym kandydatem i wreszcie dokonało się.
Rok wcześniej inny polski „pewniak”, Krzysztof Warlikowski, doczekał się zwycięstwa w kategorii nadziei europejskiego teatru, czyli Europejskiej Nagrody Nowych Rzeczywistości Teatralnych.  W ten sposób jurorzy dopełnili swego rodzaju aktu sprawiedliwości – polski teatr, ceniony i wychwalany w latach 70. i 80. ubiegłego wieku, znowu znalazł się w centrum uwagi europejski opinii teatralnej.
     Warto przypomnieć, że pierwszymi laureatkami tej prestiżowej nagrody były legendarna inscenizatorka Ariane Mnouchkine i wybitna grecka aktorka Melina Mercouri. Wśród laureatów nagród następnych edycji znaleźli się m.in. Peter Brook, Heiner Mü, Robert Wilson, Luca Ronconi, Pina Bausch, Lew Dodin, Harold Pinter. Już tylko przywołanie tych nazwisk świadczy, że Lupa znalazł się w niezłym towarzystwie, ale zarazem też widać, że do grona oficjalnie uznanych Europejskich Mistrzów wszedł ktoś zupełnie inny od swych poprzedników, idący pod prąd głównych kierunków zmian w europejskim teatrze.
    Europa ucieka od słów, sławi teatr postdramatyczny i w coraz większej pogardzie ma psychologizm, przynajmniej na festiwalowy pokaz, bo codzienność na scenach europejskich przedstawia się zgoła odmiennie. Wyróżnienie dla Lupy to sygnał, że koneserzy teatru nasycili się eksperymentami, oddalającymi teatr od literatury. „Teatr Lupy – napisali w uzasadnieniu jurorzy – nosi swoiste piętno tradycji kulturalnej Europy środkowej, do której się odwołuje i którą wywyższa, budując z niej wizję świata (…) Lupa powraca do powieści, szanując ich skłonność do rozlewności, przekonany o konieczności przejścia nieskończonych ścieżek słów, aby wyjaśnić czyny; przekonany, że trzeba im ufać, im i postaciom, wydanym na pastwę najcięższych klęsk, w ich wysiłku zbliżenia się do jądra bytu”.
    A jednak Lupa nie dał się zamknąć w definicji i jurorzy, zapewne ze zdumieniem, odkryli, że nagrodzili artystę duchem młodego, wciąż poszukującego i podważającego już wydeptane przez siebie ścieżki. Wybór spektakli, które zaprezentował reżyser publiczności podczas przygotowań do ceremonii wręczenia nagrody we Wrocławiu, nie potwierdził tych – skądinąd trafnych – sądów jurorskich. Lupa bowiem tymczasem odszedł – może tylko na chwilę? – od wielkiej literatury, zaintrygowany poszukiwaniem prawdy w aktorze, odkrywaniem tajonych, podskórnych kręgów biografii artysty. Sztandarowym tego dowodem było niemal ośmiogodzinne widowisko „Factory 2” z Andym Warholem jako postacią centralną, swoiste laboratorium duszy artysty/ów, z rozlicznymi zakamarkami, odgałęzieniami i zaskakującymi odnogami – jedną z nich był brawurowy, nieodparcie śmieszny 20-minutowy monolog Iwony Bielskiej o sprzątaniu, przeniesiona w świat czynności banalnych erotyczna i psychologiczna gra z upływającym bezpowrotnie czasem.
    O subtelnych związkach Krystiana Lupy z literaturą miała świadczyć jego inscenizacja „Prezydentek” Wernera Schwaba. Jednak ten spektakl sprzed bez mała 10 lat rozczarował, nie należy bowiem do sztandarowych osiągnięć reżysera, rozsławionego za sprawą przedstawień opartych na tekstach Dostojewskiego, Musila i Bernharda. Kto uległ kiedyś hipnotycznej sile „Kalkwerka” wg Thomasa Bernharda, musiał poczuć niedosyt. W tym pamiętnym przedstawieniu Starego Teatru jego bohater, Konrad (Andrzej Hudziak), prowadził nużące eksperymenty, gromadząc materiał do swego wielkiego studium o słuchu. W jego zmaganiach towarzyszyła mu coraz bardziej udręczona, kaleka żona, a całość poszukiwań podszyta była niepewnością obranej drogi. Pytania o granice między geniuszem a błazeństwem, między prawdą absolutną a obsesją, przybierającą charakter groźnej, destrukcyjnej dewiacji, paraliżowały wolę działania Konrada. Wytyczony cel okazał się znikającym punktem, stale oddalał się moment, aby eksperyment uporządkować, chaos wymykał się syntezie.
    Tę daremność dążeń, w tonach wzniosłych, groteskowych, tragicznych, nie bez udziału specyficznego humoru, ukazywał Krystian Lupa, kapryśnie zmieniając linię emocjonalną spotkania z widzem. Jeśli więc spojrzeć na głębinowy sens pytań Lupy, okaże się, że jego „zdrada” literatury nie jest wcale zdradą najbardziej intrygującego go tematu: tajemnicy sztuki, tajemnicy artysty, zderzającego się z prawdziwym życiem. To przecież tak naprawdę temat „Factory 2” i temat najnowszego projektu, „Persony”, tryptyku, którego jedną z części, poświęconą Marilyn Monroe – jako work in progres– pokazał artysta we Wrocławiu.
    To rzeczywiście przedstawienie jeszcze w produkcji, nieukończone, nieoszlifowane, ale w swoich chropowatościach niezmiernie interesujące. Europa patrzy jednak na „nowego” Lupę nieco zaskoczona. Miał być artystą z Europą centralną w herbie, a tymczasem podpisuje widowiska z Warholem (Piotr Skiba) i Monroe (Sandra Korzeniak) w rolach głównych. Miała być literatura, wędrówka przez piaski wielkich narracji powieściowych, a tu niemal teksty w rodzaju „pisanych na scenie”. Miało być onirycznie… No, onirycznie jest. I co do jednego nie zawiedli się przybysze ze świata: zobaczyli nieśpieszną pracę aktora nad postacią, która wyłania się z półtonów, subtelnych sygnałów, zaniechań, zawahań, muśnięć niemal, aby nagle wybuchnąć w gwałtownym przyśpieszeniu. Niesie ze sobą Lupa tajemnicę, którą daremnie próbuje rozwikłać. Czasem wdziera się na scenę, aby okazać radość z pracy swoich aktorów, szukających pod skórą prawdy o człowieku.
Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz