MÓJ TEATR TO REPERTUAR

Rozmowa z Izabellą Cywińską, dyrektorką Teatru Ateneum w Warszawie.
Izabella Cywińska
Przejęcie teatru z tak wielką tradycją stanowi jakieś obciążenie?
Oczywiście !!! Ale proszę mi wierzyć, że tu nie o tradycję chodzi. I nie o te 80 lat Ateneum, Kalisz, założony przez samego Bogusławskiego był, kiedy go obejmowałam, 150cio letnim staruszkiem z niezwykłą historią… i w dodatku był moim pierwszym teatrem. To była moja szkoła, moje uniwersytety (1970 – 1973) i największe wyzwanie w moim teatralnym życiu. Z teatru w powiatowym mieście udało  nam się w ciągu trzech lat zrobić teatr znany w całej Polsce wygrywający festiwale, zbierający nagrody w TV…
Lata kaliskie były dla niej wyjątkowe; tutaj wzięło początek dzieło Izabelli Cywińskiej. To, co wyróżniało ją spośród ówczesnych, to silny głos twórcy, broniącego swojej scenicznej wolności. Teatr Cywińskiej był teatrem niezależnym, nieugiętym, ale jednocześnie był to teatr poszukujący – napisali radni w podjętej uchwale o przyznaniu Pani tytułu Honorowego Obywatela Kalisza…
Tak, Kalisz jest dla mnie miejscem szczególnym. I teatr był teatrem szczególnym.
Kierownikiem literackim był jeden z najznakomitszych filozofów i poetów teatru Andrzej Falkiewicz, a karierę kompozytora teatralnego rozpoczynał tam Jerzy Satanowski…
Był też Maciej Prus, Henryk Baranowski, Helmut Kajzar, Zofia Wierchowicz, Andrzej Sadowski, Kazimierz Wiśniak, Halina Łabonarska, Wiesław Komasa Henryk Talar… Znalazłam wspaniałych sprzymierzeńców i współpracowników.
Drugi mój teatr to Teatr Nowy w Poznaniu – ca ły czas odpowiadam na Pani pierwsze pytanie. To trwało tyle lat… Było to bardzo interesujące, ale nie stanowiło już takiego wyzwania, jak teatr kaliski. Obydwa teatry tworzyłam od zera. W Kaliszu– wszystkich zwolniłam, kiedy przyszłam, i tworzyłam zespół od początku. W Poznaniu zaczęłam od budowy gmachu teatru więc też jakby od zera. Także tam stworzyłam swój zespół i swój repertuar.
A teatr Ateneum jest wyzwaniem nie dlatego,  że wielkim dyrektorem Janusz Warmiński był i przez wiele lat robił swój teatr, bardzo własny, bardzo autorski, że po nim był Gustaw Holoubek – wielki człowiek teatru. Nie! Ten teatr jest dla mnie wyzwaniem szczególnym, bo kiedy zdecydowałam się objąć dyrekcję artystyczną (w marcu 2008!!!), to zastałam ukształtowany przez poprzednika zespół aktorski z wielką ilością gwiazd, bez młodzieży aktorskiej.
Wielu aktorów pracowało tu od początku, niektórzy związani z tą sceną od 50 lat. W takiej sytuacji dojście do własnego zespołu, z którym można by robić swój teatr, musi trwać.
Podkreśla Pani zawsze, że robi swój teatr, własny teatr. Co decyduje o jego charakterze?
Nie jestem tu wyjątkiem. Każdy dyrektor artystyczny robi własny teatr, realizuje w miarę możliwości swoje o nim marzenia. Własny teatr to oprócz zespołu także sprawa repertuaru i stylu. To musi trwać. Nie da się niczego zrobić już, natychmiast.
Dogrywamy sztuki, które niezmiennie maj ą powodzenie wśród widzów i wprowadzamy nowe. Z poprzedniego repertuaru na pewno długo jeszcze będzie grana „Kolacja dla głupca” Francisa Webera (dotychczas 500 spektakli). Jest to farsa tak świetnie zagrana przez Piotra Fronczewskiego i Krzysztofa Tyńca, że widzowie przychodzą na nią po kilka razy, żeby się bawić, ale głównie cieszyć ich aktorstwem. Ze starego repertuaru chciałabym zostawić „Edypa” Holoubka, ale nie jest to proste….
W tym sezonie wyszło pięć nowych premier. Niestety nie wszystkie przyjęte przez publiczność za swoje. Niektórzy widzowie narzekają, twierdząc, że ich tonacja jest za poważna, że chcieliby się więcej bawić… Zobaczymy, podejmiemy z widownią dyskusję.
Jaki więc będzie ten repertuar?
Istnieje co ś takiego, jak odpowiedzialność dyrektora teatru utrzymywanego z publicznych pieniędzy za sposób ich wydawania. Jest ważne, na co te środki idą. Działają już w Warszawie sceny komercyjne, tysiące estrad, klubów itd., które łatwą, lekką i przyjemną rozrywkę dają ludziom zgodnie ze swoim powołaniem. Pieniądze społeczne, które my dostajemy od państwa na teatr, powinny być wydawane w sposób niezwykle rozważny. Społecznie użyteczny. Nie znaczy, że za te pieniądze nie mamy się także śmiać (vide „Kolacja dla Głupca”). Wolę, żeby repertuar prowokował widza do myślenia, do refleksji, uczył wrażliwości. Tak sobie wyobrażam wspomnianą odpowiedzialność za oblicze teatru, a tym samym za wydawanie społecznych pieniędzy.
Pierwsze trzy premiery „Odejścia” Vaclava Havla, „Trash story” Magdy Fertacz i „Szarańcza” Biljany Srbijanovic dotyczyły losów społeczeństw w Europie środkowo – wschodniej. Jednym słowem próba odpowiedzi na pytanie: Co się stało z nami po upadku komunizmu?  W „Szarańczy” opowiadamy o atomizacji społeczeństwa, u Havla w „Odejściach” o władzy i wreszcie namawiamy na chwilę refleksji historycznej w„Trash story” – I nagroda dramaturgiczna w r. 2008.
Drugi rzut to „Miasto” Jewgenija Griszkowca i „Namiętności” Isaaca Singera. Te sztuki dotyczą zupełnie innej sfery. Też niezwykle ważnej. Próbują mówić ironicznie, z dystansem o człowieku, zajrzeć „mu do  głębi”, jak mówi w swoim songu w „Namiętnościach” Andrzej Poniedzielski… „Miasto” opowiada o mężczyźnie w wieku średnim, który przeżywając metafizyczny niepokój, próbuje na gwałt zmienić swoje życie.
„Namiętności” Singera to historia trzech kobiet, szukających ratunku i pomocy w odnalezieniu zagubionego sensu życia. Szukają go u autora, specjalisty od ludzkich namiętności.
A trzeci rzut, nad którym aktualnie pracujemy (premiery po wakacjach), to „Moja córeczka” Tadeusza Ró żewicza w reżyserii Marka Fiedora, w jego adaptacji, i „Skiz” Gabrieli Zapolskiej, proponowany przez młodą reżyserkę, Marię Spis, z Krakowa, która ma już za sobą kilka udanych spektakli. Dotychczas młodzi jeszcze do Zapolskiej się nie dobrali. Zobaczymy…
Nie boi się Pani, że publiczność na pewne sztuki nie przyjdzie?
Mam nadzieję, że ta publiczność, która przychodziła do „Ateneum”, nie tylko przecież na rozrywkę, ale także na wielkie przedstawienie np. na „Edypa” Gustawa Holoubka, przyjmie też nasz repertuar. Liczę też na nową, młodą publiczność, która szuka miejsca dla swoich przemyśleń, refleksji, wrażliwości, dla swoich emocji. Warszawa to prawie dwumilionowe miasto, więc wierzę, że znajdzie się dostateczna ilość ludzi, którzy zechcą rozmawiać o sprawach trochę poważniejszych niż serialowe troski. Patrząc na to, co proponuje Teatr Narodowy i Współczesny mam nadzieję, że i nasze propozycje znajdą swoich odbiorców. U Englerta na „Procesie” jest pełno, mimo że to trudna sztuka i trwa trzy i pół godziny…
Jak dotychczas z widowni ą nie mamy problemów. Jedynie na „Szarańczy”, która jest zrobiona przez młodą, utalentowaną Natalię Sołtysik w sposób niezwykle współczesny, chłodny, sformalizowany mamy pewien kłopot z publicznością. Nasza do takiego teatru nie była przyzwyczajona. Wyciągam z tego wnioski. Mieliśmy dwie premiery studenckie „Szarańczy”, po których była żywa dyskusja. Czekamy z ulgowymi biletami na młodzież.
Kiedyś takie rozmowy po premierze były, teraz właściwie ich nie ma…
Powolutku je wprowadzam. Mamy ró żne projekty, jeśli chodzi o pracę z młodzieżą…Czekamy na wsparcie ich przez Ministerstwo.
W tej sferze ma Pani duże i bardzo interesujące doświadczenia z Teatru Nowego w Poznaniu…
Tak. W Poznaniu stale były dyskusje po spektaklach, Mam nadzieję, że i tu uda się stworzyć forum dyskusyjne i stałe miejsce, w którym widzowie będą wyrażać swoje opinie o przedstawieniach, dzielić się wrażeniami i myślami.
W Ateneum jest Pani tylko dyrektorem artystycznym. To wygodniejsza pozycja niż dyrektor naczelny?
Zdecydowanie tak. Za ca łość odpowiada p. Sława Łozińska, którą większość widzów zna jako aktorkę Teatru Narodowego bądź bohaterkę seriali. Teraz w Ateneum daje się poznać  jako menadżer. Aktualnie toczymy batalię o uzyskanie środków w związku z konieczną  przebudową teatru. Chcemy zostawić to, co piękne, a więc kształt budynku, jego secesyjny styl, ale chcemy też, by był to teatr nowoczesny z odpowiednią widownią, sceną, foyer itd.
Podstawą dobrego teatru są dobrzy aktorzy…
I takich zastałam w Ateneum. Doangażowałam jeszcze paru nowych.  Między innymi: p. Jadwigę Jankowską – Cieślak, Katarzynę Herman, Izę Kunę, Przemka Bluszcza, Wojtka Brzezińskiego, Barbarę Prokopowicz i paru bardzo młodych ludzi tuż po szkole. Z paroma osobami ze starego zespołu pożegnaliśmy się. W zespole dużo się zmieniło i będzie się jeszcze zmieniać. Będę dążyła do tego, żeby ten teatr był teatrem naprawdę zespołowym.
Czy myśli Pani o wykorzystywaniu całego zespołu?
Niestety nie ma na to pieniędzy. Kryzys dotknął boleśnie także teatry.  Nie wszyscy mogą grać….
To jest ten ból związany z byciem dyrektorem?

Tak, ale te ż taki jest los aktora. W przyszłym roku prawdopodobnie będzie już obowiązkowe podpisywanie umów na sezon, więc dyrektorowi będzie nieco łatwiej kształtować zespół zgodnie z potrzebami.
Czym dla Pani jest teatr?
Z jednej strony ważna jest jego funkcja społeczna, edukacyjna, z drugiej własne oblicze, własny styl wyróżniający go spośród innych. O tym decyduje dyrektor artystyczny,  angażowani przez niego aktorzy, zapraszani reżyserzy i repertuar. Repertuar decyduje o pytaniach, które stawia przed  swoimi widzami teatr. To jest najistotniejszy jego wyróżnik i  to jest ta odpowiedzialność, o której mówiłam na początku naszej rozmowy. Jest jeszcze forma, która decyduje z kolei o sposobie porozumiewania się z widzem.
Długo by o tym mówić…
Jakie pytania stawia teatr?
Ciągle te same. Od zawsze te same. Bo te same dręczą ludzkość, odkąd istnieje coś takiego jak samoświadomość.
Jest Pani niezwykle wymagającym reżyserem…
Tak mówią? Niech się boją! To żart.  Nie utrzymuję dyscypliny strachem. Wydaje mi się, że potrafię rozbudzić zainteresowanie robotą.
Stara się pani jako reżyser narzucać własną wizję?
Do pewnego stopnia…. Należę do reżyserów, którzy wiedzą, o czym robią przedstawienie, ale zdają sobie sprawę z tego, że różne są drogi dojścia do celu. Korzystam z inspiracji aktorów. Proponuję wspólne budowanie spektaklu.
To rzadka umiejętność…
W samotności może realizuje swoje dzieło kompozytor, malarz, rzeźbiarz, poeta… Przedstawienie to dzieło wspólne. Reżyser musi umieć korzystać z talentów i umiejętności wszystkich współtwórców. A jeżeli to się czasami uda zsumować, to bywa, że jest sukces. Moim zdaniem każdy powinien mieć prawo szukać własnej drogi do wspólnie wytyczonego celu.
Tego typu myślenie o teatrze jest dzisiaj dosyć rzadkie, zwłaszcza wśród młodych reżyserów…
To taka nowa epidemia, która zapanowa ła wśród młodych reżyserów: realizowania siebie w teatrze, siebie w gotowym tekście – stąd, bolesna ingerencja w cudze teksty, bo chce się przede wszystkim pokazać siebie, swoje odczucia, przeczucia, obserwacje jednym słowem  siebie od wewnątrz i od zewnątrz, zamiast obserwowania poprzez siebie świata i próby zrozumienia go.
Jak się jest Grzegorzewskim, to proszę bardzo…
Oczywiście. Grzegorzewski od zawsze miał swój fascynujący niepowtarzalny świat, którego wszyscy już w Szkole Teatralnej byliśmy ciekawi. U niego to wystarczało.
W teatrze przeżywamy bardzo trudny okres. Nie potrafimy się jakoś dogadać, porozumieć. Podzielono nas bez sensu na teatr młodych i teatr starych. Przeciwstawiono nas sobie i  zapomniano, że wartością teatru zawsze była jego rozmaitość. Krystian Lupa w jednym ze swoich wywiadów, opisując stan dzisiejszego teatru, użył skrótu OOWA. Czyli Obecnie Obowiązujący Wyznacznik Awangardy. Tak, jest taka miara, którą posługują się niektórzy krytycy…. Ale dajmy temu spokój. Trzeba wierzyć, że inny Wyznacznik też kiedyś będzie jeszcze obowiązywać.
Krytyk jest sam dla siebie?
Coś takiego jest. Krytyka powinna służyć widzowi teatralnemu, a już w żadnym wypadku nie powinna zniechęcać widzów do uczestniczenia w życiu teatralnym.  Niestety, często tak się zdarza.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz