Teatr w okładkach: Tyrania (?) słowa

Słowo i teatr boczą się na siebie jak Paweł i Gaweł z bajki Fredry: na wieki wieków zawsze w sporze.

Grecy rozumieli potęgę słowa mówionego i w trosce o zdrowie widzów wprowadzali ograniczenia w szafowaniu emocjami. Słowa potrafiły nawet zabijać. Rzymianie woleli widowiska od słów. Klasycyzujący Francuzi wyżej cenili słowo pisane od mówionego, teatr zaliczając do rozrywek pośledniego gatunku. Dopiero u progu nowoczesności teatr się wyemancypował i wyzwolił spod władzy słowa. – Poezjo, precz!!! Jesteś tyranem!!- wołał Konrad w „Wyzwoleniu” (nomen-omen) Stanisława Wyspiańskiego.
    Od tego czasu trwa wojna pozycyjna. Teatr, choć wyzwolony, wyzwala się nadal. Autorzy okopują na dawnych stanowiskach. Ukuli specjalny termin – „dramat książkowy”, aby w ten sposób wyróżnić taki dramat, który nie ma żadnych aspiracji, aby pojawiać się na scenie. Spór jest zadawniony, skoro już wieszcz Mickiewicz nie widział możliwości wystawiania na scenie dzieł romantycznych poetów.
    Wyzwolony teatr słowo książkowe poskromił i podporządkował swoim celom. Autorzy jednak nie dają za wygraną. Sławomir Mrożek opatrzył swoją „Miłość na Krymie” specjalną instrukcją, w której zastrzegał, że nie zezwala na żadne ingerencje reżyserskich nożyczek. Efekt? Po kilku premierach w roku 1994, w tym najgłośniejszej w warszawskim Teatrze Współczesnym, dramat przez lata zalegał na półce. Przelotnie mignął w Szczecinie i Lublinie, zanim dwa lata temu sięgnął po utwór Mrożka Jerzy Jarocki w Teatrze Narodowym, który regulaminu nie uszanował i nie tyle sztukę pociął, ile uzupełnił. Czyli zmienił. Cóż, autorzy muszą zapomnieć o przywództwie w teatrze. Wyjątek stanowią autorzy-reżyserzy, wchodzący w komitywę z własnymi tekstami.
    Nieskrywana niechęć do słowa powoduje czasem, że dramat znowu musi  chronić się w książce. Dotyczy to zwłaszcza dramatu konwersacyjnego, który żadnym sposobem nie może się obyć bez słów. Taki los, na przykład, stał się udziałem „Kopenhagi” (1998) Michaela Frayna, trzymającego w napięciu dramatu o spotkaniu dwóch wybitnych fizyków, laureatów Nagrody Nobla – Duńczyka Nielsa Bohra i Niemca Wernera Heisenberga. Spotkanie miało miejsce w okupowanej podczas II wojny światowej Kopenhadze, we wrześniu 1941 roku. Nie zachowały się żadne wiarygodne świadectwa, o czym dawny mistrz i uczeń rozmawiali, i to właśnie wykorzystał dramaturg, tworząc emocjonujący dialog o odpowiedzialności uczonego – nazwiska bohaterów dramatu wiąże się z budową bomby atomowej. W Polsce zagrano dramat Frayna, świetnie przetłumaczony przez Małgorzatę Semil, tylko raz, w Teatrze Wybrzeże, jeśli nie liczyć warsztatu szkoły aktorskiej Haliny i Jana Machulskich. Inne teatry nie zainteresowały się tekstem, bo za dużo w nim… słów.
    „Kopenhaga” przez kilka sezonów była przebojem na West Endzie i  Broadwayu, autora wyróżniono prestiżową nagrodą Tony Award za najlepszy dramat roku, szła kilka lat w Londynie, w całej Europie zbierała entuzjastyczne recenzje, w internecie można znaleźć nawet specjalną stronę poświęconą recenzjom z jej wystawień. Sztuka doczekała się także udanej wersji telewizyjnej. Dyrektorzy teatrów w Polsce powiadają, że widz nie ma cierpliwości do takich „gadanych” spektakli. W Nowym Jorku ma cierpliwość, w Madrycie ma, w Londynie ma. Ale nie w Polsce.
Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz