O KABARECIE DAWNIEJ I DZIŚ. Rozmowa z Tomaszem Mościckim

W końcu listopada 2008 r. ukazała się Kochana stara budaTeatr Qui Pro Quo Tomasza Mościckiego. Rzecz napisana jest lekko i z wdziękiem, choć ma wartość wręcz encyklopedyczną. Autor, absolwent Wiedzy o Teatrze w warszawskiej PWST, jest również artystą fotografikiem z kontem pełnym wystaw w Polsce i za granicą. Od 1990 r. współpracuje z Polskim Radiem, w Dwójce prowadzi programy na temat współczesnego teatru, a jego recenzje teatralne pojawiają się w prasie.
Tomasz Mościcki
Czytając Pana książkę, można odnieść wrażenie, że Qui Pro Quo to również dla Pana „kochana stara buda”. Skąd taki sentyment do tego teatru?

Powodów jest kilka, a podstawowy jest taki, że teatr Qui Pro Quo był dawno temu tematem mojej pracy magisterskiej napisanej pod kierunkiem prof. Zbigniewa Raszewskiego.
A on w swoim Raptularzu napisał, że w Polsce arcydzieło musi być pokaźnych rozmiarów i np. w przypadku malarstwa musi być to coś wielkości Bitwy pod Grunwaldem, koncerty Chopina są uznane za wielkie, ale już Walc minutowy… niekoniecznie. Tymczasem każdy aktor przyzna, że o wiele trudniej jest zagrać epizod niż większą rolę. Małe formy są trudniejsze, ponieważ w kilku minutach trzeba zmieścić wszystko – nakreślić postać, wprowadzić odpowiedni nastrój itp. A takimi formami jak piosenka czy skecz posługiwał się często teatr Qui Pro Quo.

I były to artystyczne perełki?

Legenda, którą ten teatr jest owiany, przekazała nam jego obraz jako miejsca niezwykłego. Historyk badający dzieje jakiegokolwiek zjawiska musi brać legendę pod uwagę, ale
musi też konfrontować ją ze źródłami. Badałem Qui Pro Quo zafascynowany legendą, ale też nieodzowny był pewien  dystans. Z dokumentów, relacji ludzi chodzących do tego teatru wynika, że było to zjawisko wyjątkowe. Wprawdzie, szczególnie na początku działalności, czerpał z europejskich wzorów, ale szybko stopiło się to z polskimi pomysłami w ciekawy amalgamat. Dlatego nie twierdzę, że był to teatr lepszy lub gorszy od europejskich, ale na pewno inny. Pisali dla niego wielcy poeci, jak Julian Tuwim, Marian Hemar czy Kazimierz Wierzyński, a występowali często już ukształtowani aktorzy z ugruntowaną popularnością
– Maria Chaveau, Maria Strońska, Karol Hanusz, Józef Urstein czy Romuald Gierasieński, a w początkach  działalności Qui Pro Quo współpracował z nim (choć tylko jako reżyser!) sam Stefan Jaracz. Występujący tam Michał Znicz zrobił potem wielką karierę jako aktor m.in. Teatru Narodowego. Natomiast niewielka scenka Qui Pro Quo była miejscem, w którym rozpoczęły się znakomite kariery kilku pań: Miry Zimińskiej, Zuli Pogorzelskiej, Hanki
Ordonówny, Stefci Górskiej, Zofii Terné, ujawnił się talent Adolfa Dymszy itd. I na tym skupieniu talentów pewnie polegał fenomen tego teatru.

I dlatego postanowił nam Pan o nim przypomnieć?

Napisałem tę książkę z miłości do przeszłości. Ten, kto zna przeszłość, żyje dłużej. Ja żyję, powiedzmy jakieś 500 lat, ale znam ludzi, którzy żyją 5000 lat i serdecznie im tego
zazdroszczę! I wcale nie uważam się za kogoś, kto przez fascynację historią stracił kontakt z teraźniejszością. Uczestniczę w niej, korzystam ze zdobyczy najnowszych
technologii, śledzę i czasem współtworzę życie artystyczne mojego kraju, jestem dzieckiem swojej epoki – choć dzieckiem krnąbrnym, bo wiele rzeczy mi się nie podoba.
Ze smutkiem patrzę na 25-letniego człowieka, który żyje tylko 25 lat. Znajomość i świadomość przeszłości jest trampoliną w przyszłość, szczególnie w dziedzinie kultury.
Mieliśmy w Polsce powojennej STS, Dudka, Kabaret Starszych Panów, Teya, kabaret Olgi Lipińskiej, a teraz nie mamy nic.

Dlaczego?

To chyba nie pustka tylko katastrofa, jeśli chodzi o artystyczna ofertę. Jest kilka przyczyn tego stanu rzeczy. Po II wojnie światowej nastąpiło niewyobrażalne obniżenie poziomu edukacji humanistycznej. Zniknęły pewne erudycyjne konteksty. Widać to dopiero dziś, gdy wymarło już lub odchodzi pokolenie wychowane w duchu przedwojennym. W czasach Qui Pro Quo, jeśli bohater opereteczki Juliana Tuwima Józef i Putyfara, broniąc się przed zalotami Putyfary, mówił jej, że „Ja nie jestem żaden Seksualeksander Macedamski. Skromny freudysta, psychoanalizus, ja  tłumaczę sny. Co się pani hrabinie dzisiaj, za przeproszeniem, śniło? Znowu ausgerechnet bananen?” – to wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Znali historię zachowań króla Aleksandra Macedońskiego, wiedzieli, co to jest psychoanaliza (bardzo modna w dwudziestoleciu) i Sennik egipski, wiedzieli też, na czym polega komizm szmoncesu. Proszę zobaczyć, jak misternie skonstruował Tuwim te trzy zdania! I publiczność to „łapała”, a więc pomiędzy twórcami a odbiorcami istniało porozumienie na poziomie wysokiego żartu.

Dlaczego ten żart na wysokim poziomie zaginął, zniknął?

W tej chwili nie ma tego typu dowcipu, ponieważ świadomość przeciętnego konsumenta kultury kształtują nie szkoły, nie przekaz domowy, lecz media. A jeśli w mediach możemy zobaczyć Dodę mówiącą do Przemysława Salety „Saleta ciągnij fleta”, to o czym mamy
rozmawiać? Jaki wzorzec kultury jest przekazywany i aprobowany? W tej chwili media (powiem to, choć to truizm) są potęgą. Ale nastąpiło ogromne obniżenie wzajemnych wymagań pomiędzy twórcą a odbiorcą. Nie wiem, czy obecnie znalazłby się wśród autorów ktoś, kto dorównałby Jonaszowi Kofcie, Wojciechowi Młynarskiemu albo Stanisławowi Tymowi, a jednocześnie obserwujemy upadek i degenerację dobrych kiedyś satyryków, takich jak Marcin Wolski (świetny w latach 70.) czy Jan Pietrzak, który teraz w swoich tekstach „wali kłonicą”.

Odpowiada na jakieś zapotrzebowanie?

Pewnie tak. Ale to chyba nie jest dobrze.

A co Pan sądzi o kabarecie, który nie chce nazywać się kabaretem, o Mumio?

Interesujący ludzie, niepozbawieni talentu. Myślę jednak, że dyrektor Qui Pro Quo Jerzy Boczkowski, gdyby ich zobaczył, powiedziałby „Panowie i pani, mógłbym was ewentualnie zaangażować, ale musielibyście się jeszcze dużo nauczyć”.

A co spowodowało takie obniżenie poziomu kabaretów?

W latach 70. nastąpiło umasowienie kabaretu, pojawiło się takie zjawisko jak kabareton. A kabaret zakłada intymny, niemal fizyczny kontakt między nadawcą a odbiorcą. Opowiadanie dowcipów 20 tysiącom ludzi musi doprowadzić do depersonalizacji tego kontaktu, a więc i do obniżenia poziomu. Kabareton unicestwił kabaret. Kiedy oglądałem po raz pierwszy kabaret Tey, a było to niemal 30 lat temu, a więc w czasach dziś dość już zamierzchłych, byłem zdegustowany i myślałem, że to nie ma nic wspólnego z kabaretem, którym żyło pokolenie moich rodziców i dziadków. Kiedy dziś patrzę na tego samego Zenona Laskowika z tych samych taśm wideo sprzed lat, myślę: Boże kochany, jakiż to miało jednak poziom! Oto, co się stało z naszym kabaretem przez ostatnie trzy dekady. Jak mawiał Stanisław Jerzy Lec: „Kiedy znalazłem się na dnie, nagle usłyszałem pukanie od spodu”… Chociaż myślę, że w kabarecie, i nie tylko w nim, dna jeszcze nie osiągnęliśmy. Wszystko, niestety, przed nami.

Kabareton to niejedyny powód zaniknięcia kabaretu literackiego?

Nie tylko. Sądzę, że ważnym powodem było to, co się stało 27 lat temu – 13 grudnia 1981 r. Proszę zauważyć, że jeszcze przed stanem wojennym twórczość satyryczna ze scenek kabaretowych przeniknęła także do radia. Właśnie tam słuchaliśmy słuchowisk Jeremiego Przybory, jego Eterka, programów Zenona Wiktorczyka, w latach 70. satyrycznych audycji Marcina Wolskiego, Jacka Fedorowicza, Marii Czubaszek, Kreczmarów, Jonasza Kofty, Jana Tadeusza Stanisławskiego, Tadeusza Rossa, Jana Kaczmarka, czarnego humoru Macieja Zembatego itd. Dzięki temu, że jestem radiowcem, mogę czasem wyciągnąć stare taśmy i sobie posłuchać. Wtedy był jeszcze istotny kontekst erudycyjny. Gdy w 60 minut na godzinę Andrzej Zaorski i Marian Kociniak opowiadali sobie filmy (o czym nie każdy już dziś pamięta), to gdy np. mówili o filmie Jeremy (1973), stwierdzili, że „Jeremy przybory wyjmuje…” i wszyscy rozumieli aluzję do sławnego nazwiska. Chwytali cienkie polityczne aluzje puszczane mimo cenzury lub za jej cichą zgodą. To od stanu wojennego zaczął się upadek radiowej i telewizyjnej rozrywki. A od tamtego czasu mija niemal 30 lat. Myślę, że dziś publiczność nie oczekuje już takich smaczków. Bo nikt jej nie nauczył, że media mogą być też bardzo subtelne.

Czyli Pana zdaniem, nie ma już nadziei?

Na razie opadamy po jakiejś upiornej spirali do poziomu lokali z początku XX w. zwanych szantanami. To był (w latach 1905-12) taki rodzaj knajpy, w której na małej, byle jakiej estradzie wykonywano programy obliczone na gust najpodlejszej publiczności, i w dodatku pijanej. Więc mamy do czynienia toutes proportion gardées, z szantanem, który przeniósł się do telewizji. Ale gdyby nie tamte szantany z dość podłym poziomem rozrywki, nie powstałbypotem teatr Qui Pro Quo! Od czegoś trzeba było zacząć – tylko że droga z jaskini do salonu wymagała czasu i wysiłku, zarówno artystów, jak i odbiorców. Patrząc na sprawę z pozycji człowieka dość głęboko zanurzonego w historię kultury, wiem, że w końcu powstanie coś nowego, interesującego i dobrego. Jest już nowa forma medialna – Szkło kontaktowe, także internetowe filmiki, których twórcy wykazują często wielką inwencję i wyrafinowanepoczucie humoru. Być może to jest kabaret epoki multimediów. I nie należy się go bać. Pojawią się i inne, nowe zjawiska. Obyśmy tylko tego dożyli! Wszakże pamiętając o tym, co było przed nami.

rozmawiała: Ewa Sośnicka – Wojciechowska

OLGA LIPIŃSKA

Współczesny kabaret literacki nie istnieje, bo prawdopodobnie nie ma takiego zapotrzebowania. Mamy kulturę obrazkową, ludzie nie czytają już chyba niczego i jeśli chodzi o kabaret, to został on spłaszczony do doraźnych celów politycznych. Obserwuję istniejące kabarety i widzę, że nie proponują one widzowi niczego poza szkolnym żartem. Naśmiewają się z wyglądu czy zachowań polityków, proponują żarty polityczne bardzo aktualne w poniedziałek, a w środę już nie. Wydaje im się, że schlebiają gustom publiczności, ale jaki naprawdę jest ten gust – nikt nie wie. Ludzie, którzy obecnie zajęli się kabaretem (bo „śpiewać każdy może”), uznali zapewne, że to najłatwiejszy sposób na zaistnienie. Otóż nieprawda! Ktoś, kto chce zrobić kabaret satyryczny, musi coś wiedzieć o historii, literaturze, naszym zachowaniu czy charakterze – bo wierzę, że każdy naród ma cechy odróżniające go od innych i jest to choćby język, kod kulturowy, obyczaje, wychowanie itd. Kabaret satyryczny odegrał w naszych dziejach wielką rolę, np. Zielony Balonik, który wytykał dulszczyznę i wszechobecną hipokryzję istniejącą zresztą do dziś. Kabaret literacki, satyryczny jest nadal potrzebny, bo to jest lustro dla narodu. Naród bez lustra źle siebie widzi i ocenia. A to, co możemy teraz oglądać, nie ma nic wspólnego z kabaretem satyrycznym, nie wspominając już o literackim. Trudno tu mówić o jakiejkolwiek kulturze. Metafora czy żart abstrakcyjny nie istnieją. Ale trzeba znać chociaż Krasickiego, Słowackiego, Fredrę, Wyspiańskiego czy Gombrowicza, następnie mieć coś do powiedzenia na temat naszych wad, zachowań i zastanowić się nad ich przyczyną. Trzeba też mieć ochotę na walkę z wszechmocną i wszechogarniającą głupotą.

RYSZARD MAREK GROŃSKI
Nie ma kabaretu literackiego i raczej już nie będzie. Dlaczego? Dawniej artyści kabaretowi udawali meneli i lumpy, teraz menele i lumpy udają kabareciarzy. To jest powód podstawowy, ale jest ich więcej. Istnieje ogromna różnica między imprezą masową a przedstawieniem kabaretowym. Kabaret musi być wydarzeniem elitarnym i winien być przedstawiany publiczności liczącej maksymalnie 120 osób. Kabaret powinien być produktem snobistycznym. Snobizm powinien występować zarówno u twórców czy artystów kabaretowych, jak i u przychodzącej nań publiczności. Jeśli takiego snobizmu nie ma, nie może istnieć kabaret literacki. Czy kabaret literacki powinien być aktualny? Odpowiadam za Rajkinem (Arkadij Isaakowicz Rajkin, 1911-89, rosyjski aktor estradowy – przyp.red.) „Dzisiaj w kabarecie, jutro w gazecie”. Nieodłączną cechą kabaretu jest jego rozwój. Panująca obecnie moda na seriale powoduje jednak, że postać się stwarza, a potem powiela. Patrzę od kilku lat na pewną panią ze współczesnego kabaretu, której jedynym środkiem wyrazu jest śmiech. Nie zauważam zmian ani rozwoju. A przecież najwybitniejsi
przedstawiciele polskiego kabaretu często dokonywali zmian służących zwłaszcza rozwojowi. Kazimierz Krukowski na początku swej pracy w Qui Pro Quo śpiewał tylko piosenki, dopiero po pewnym czasie stworzył słynną postać Lopka. Takie przykłady można mnożyć w nieskończoność. Należy żałować, że nie mamy już kabaretu literackiego, ponieważpełnił on wspaniałą funkcję terapeutyczną. Jedyny lek, którego nie musiał refundować Narodowy Fundusz Zdrowia.

Tomasz Mościcki, Teatr Qui Pro Quo. Kochana stara buda, Wydawnictwo LTW, Łomianki 2008

Pierwodruk: Stolica nr 2-3, luty-marzec 2009

Dodaj komentarz