Król lalek

Impulsem do napisania książki „Autolustracja” stał się dla Krzysztofa Raua „dokument”, który w 2007 roku każdy „wykształciuch” z rodowodem komunistycznym (niezawinionym przez siebie, bo w takich czasach osiągnął „wiek aktywności zawodowej”) otrzymał. Okazało się rychło, że jest to ustawodawczy bubel.

Rau a propos owego oświadczenia lustracyjnego pisze: „Ustawodawca każe mi podkreślić zgodną z prawdą frazę: byłem bądź też nie byłem dobrowolnym i świadomym współpracownikiem organów bezpieczeństwa lub innych organów przymusu, w rodzaju urzędów cenzury chociażby, w okresie minionego ludowego państwa. I mam złożyć pod swoimi podkreśleniami własnoręczny podpis. Ustawodawca zakłada, że posiadam umiejętność podkreślania i potrafię się podpisać. Nie wierzy jednak, abym był zdolny do zbudowania własnej wypowiedzi. Nie mam ochoty tego świstka, takiego papierowego byle czego, podpisywać. Istnieje jednak obowiązek wynikający z prawa. Nie jestem politycznym awanturnikiem. (…) Podkreślam zatem w oświadczeniu, że nie byłem świadomym i tajnym współpracownikiem. I choć ustawodawca perfidnie nie pozostawił mi miejsca na żadne dopiski, interpretacje, wyjaśnienia, mieszczę między własnoręcznie wykaligrafowanym podkreśleniem i podpisem słowa: mimo, iż miałem kontakty z UB, SB, Prokuraturą Wojskową, urzędami cenzury, NKWD, KGB oraz Stasi i sam czort się nawet nie połapie, co tam mogło być jeszcze po drodze”. Ustawa okazała się bublem i oświadczenie Raua – ku jego żalowi – nie dotarło do IPN. Zostało mu zwrócone w nieotwieranej kopercie. Rau z wrodzonej przekory, a i poczucia lojalności, postanowił napisać książkę. O sobie, o teatrze lalek, którym kierował, o innych teatrach lalek i twórcach lalkowych, o swoich kolegach po fachu, o życiu politycznym i społecznym w latach „wyklętych”. Dokonał autolustracji na użytek własny i wszystkich zainteresowanych (do IPN oświadczenie lustracyjne Raua nie dotarło, ale książkę można kupić i przeczytawszy przekonać się, czy należy autora dokładniej zlustrować). Pomysł autolustracji sam w sobie jest doskonały. Bo gdyby każdy wykształciuch ze wspomnianym rodowodem dokonał takiego aktu, to o ileż łatwiej żyłoby się różnorakim organom rozliczeniowo – lustracyjnym!

Sam więc wstęp niejako określa charakter książki Krzysztofa Raua. Jest to w zasadzie pełna autolustracja, bo dotyczy nie tylko poglądów i dokonań politycznych, ale i – co znacznie ciekawsze i ważniejsze – refleksji i dokonań artystycznych nie tylko autora, ale i innych twórców związanych z teatrem lalek. Nawet – w ograniczonym zakresie, ale jednak – jest tu autolustracja życia prywatnego Raua (bez modnej i pożądanej dzisiaj pikanterii tegoż). Jest to też – bardzo cenny – pokazany na konkretnych przykładach wycinek polskiej rzeczywistości, zwykłego losu wielu polskich rodzin. Bardzo to ważny zapis polskiej rzeczywistości tuż powojennej, a i późniejszej. Rau pisze o swojej rodzinie, a więc sprawach znanych z autopsji. A zawsze to, co autentyczne przemawia najgłębiej. Przyszedłem na ten piękny i parszywy świat pomiędzy dwiema wojnami, w intermedium wojennym, dziewiętnaście lat po zakończeniu pierwszej światowej i odzyskaniu przez moją ojczyznę po 123 latach niepodległości, a na dwa lata przed początkiem drugiej światowej i utratą tej odzyskanej…- pisze. W jego żyłach płynie krew polska, niemiecka, włoska też. Ojciec był katolikiem, matka protestantką. Wydawać by się mogło, że urodziłem się gotowym Europejczykiem – pokpiwa. Zawierucha wojenna, jak wiele innych rodzin, rzucała ich w różne miejsca. Ojciec trafił do obozu jenieckiego w Arnswalde (Choszczno), który z końcem wojny ewakuowano w głąb Niemiec. W 1947 ojciec miał wrócić, ale tego wyczekiwanego dnia w drzwiach stanął zupełnie obcy matce i dziesięcioletniemu Krzysztofowi człowiek. Z walizami ojca, prezentami, listami. Ojciec w ostatniej chwili nie zdecydował się na powrót. Kontakt z nim urwał się na 42 lata.

A młodzież tu, w Polsce, zajmuje się pisaniem i kolportowaniem ulotek, zamazywaniem gablot Towarzystwa Przyjaźni Polsko – Radzieckiej, redagowaniem wywrotowej gazetki, zrywaniem ze słupów ogłoszeniowych propagandowych plakatów. Rau z matką mieszkają w Bydgoszczy. W 1952, 20 października, późnym wieczorem do mieszkania wpadli ubowcy i przeprowadzili rewizję. Znaleźli nowy numer gazetki, ulotki. Matkę i syna zabrali do ubeckiego aresztu. Rau miał wówczas 15 lat. Na stronie 11 i dalej można przeczytać, jak chłopaka przesłuchiwano, jak się bał i jakie miał niebywałe w tym koszmarze szczęście. Trudne szczęście, ale jednak szczęście, bo przeżył, bo nie był maltretowany, bo z aresztu został odesłany do schroniska dla nieletnich, bo tam trafił na superklawisza, który nie doniósł – wiedział, że wrócą, więc nie doniósł… Ta część „Autolustracji”, ale nie tylko ta, to i zapis określonej rzeczywistości i kawałek dobrej literatury, napisany żywo i obrazowo, przejmujący, bo autentyczny. Z niemniej przejmującą swym autentyzmem prawdą Rau opisuje swoje i podobnych jemu młodych ludzi dalsze koleje losu. Także odejście od Kościoła (na zawsze, jak podkreśla), gdy szukając swojej filozoficznej i ideowej identyfikacji kupił czarny wyciągnięty sweter i nie rozstawał się z Sartre`em. Także motywację wstąpienia do PZPR. Bez usprawiedliwiania się, kajania itp. niesmaczności powszechnych w obecnych czasach.

O czym pisze król lalek?

O sobie – przede wszystkim, co w przyjętej formule jest oczywiste. I tu od razu zgłoszę kilka pretensji do autora. Właśnie: jaka to formuła? Wspomnienia? Pamiętnik? Fragmenty z życia artysty lalek? Ta niejasność formuły ma swoje konsekwencje. Pewne – istotne dla autolustracji – sprawy są nie tyle pominięte, co nieprecyzyjnie określone, niedopowiedziane, co w sposób naturalny prowokuje pytanie: dlaczego? Pytanie pozostaje bez odpowiedzi, ale intuicyjnie zadane pozostaje w zawieszeniu. Niepotrzebnie. Niektóre sprawy są niedoprecyzowane – przypuszczam, że celowo, ale celu owego niedoprecyzowania nie rozumiem. Jest oczywiste, że niektórym co bardziej przewidującym i zapobiegliwym kolegom, zwłaszcza z „podwórka” władz uczelnianych Rau był solą w oku. Toteż w roku 1996 w wyborach na stanowisko prorektora wygrał, ale przegrał. Przegrał nie tylko on, ale przede wszystkim przegrali studenci, którzy zgłosili jego kandydaturę. Niby Rau pisze o tym, przytacza swoją rozmowę z szefem sztabu wyborczego Jaworskiego (kontrkandydata), ale… No, właśnie, dlaczego naprawdę Pan przegrał w tych wyborach Panie Rau? Przecież sam Pan pisze o tym, że posłużono się tu idiotycznym zupełnie pretekstem, żeby utrącić Pana kandydaturę z przyczyn formalnych. I takich niedopowiedzeń rzeczy do końca jest więcej. Nie jest to dobra metoda, bo prowokując w sposób naturalny pytania „dlaczego” zaczyna przesuwać cała rzecz w krąg niepotrzebnej tu zupełnie podejrzliwości. Myślę, że gdyby autor oddał tekst w ręce dobrego, doświadczonego redaktora takich rzeczy by nie było.

Wstąpienie do PZPR. Rau pisze szczerze, kiedy i dlaczego. I to jest cenne. Upada Gomułka, nastaje Gierek. A z nim nadzieja na budowanie. Rau jest w trakcie budowy Białostockiego Teatru Lalek. Tu należy przypomnieć, że nie wstąpił do PZPR, aby zostać dyrektorem teatru, bo już nim był. Nie wstąpił też w tym celu, by sukcesy artystyczne odnosić łatwiej i w większej skali, bo to wszystko już osiągnął: wyjazdy, nagrody, wysoką ocenę własnych spektakli. Rau nie musiał swojego talentu, umiejętności, wiedzy ani zdolności organizacyjnych podpierać „byciem w szeregach”. Owszem, ze względu na powyższe był tam mile widziany, ale jego decyzja podyktowana była innymi względami. Giertek wystąpił z programem budowania i Rau, jak i wielu innych, w ten program uwierzył. Miał prawo uwierzyć. Że budowano na kredyt? Tak było i jest na całym świecie. Coś się będzie w tym kraju budowało – to wystarczająca motywacja w tamtych czasach. Nie mieszkania ze ślepymi kuchniami i wspólnymi toaletami na półpiętrach, jak chciał Gomułka, ale mieszkania dla ludzi. Gierkowe długi, jakby na to nie patrzeć, zostawiły trwałe materialne ślady. A Rau będąc w trakcie budowy teatru pragnął się w ów program budowania włączyć. Także i dlatego, żeby było łatwiej. Rau więc na tę drogę wszedł i budowę teatru skończył.

Stworzył też Wydział Lalkarski jako filię warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Czy udałoby mu się to osiągnąć nie będąc tak wysoko ustawionym członkiem PZPR? Być może, ale z jakim wysiłkiem i za ile lat?! Jest to znowu autentyczny kawałek ówczesnej polskiej rzeczywistości. Mało: Rau potrafił w tej gmatwaninie zawiści, zależności, ale i życzliwości różnych ludzi na różnych szczeblach uwikłanych w realizację powyższych projektów pokazać w sposób rzetelny i uczciwy, jak skomplikowane były tamte czasy i ludzie. I jak różnie kombinowano, by pod jakimś pretekstem pewne sprawy utrudniać albo wręcz utrącać.

Rau na przełomie lat 89. i 90., jak wielu innych artystów pracujących w szkołach wyższych, musiał zrobić habilitację (zgodnie z ustawą dotyczącą profesorów kontraktowych). I tu zrobiło się nieprzyjemnie. Pozytywne recenzje napisali Jerzy Skarżyński i Henryk Jurkowski jednak sekcja teatru RWSA nie zatwierdziła uchwału Rady Wydziału o nadaniu mu kwalifikacji II stopnia. Ówczesna przewodnicząca, prof. Danuta Michałowska z Krakowa, uzasadniała odrzucenie wniosku stwierdzeniem, że Rau jako członek Komitetu Centralnego partii miał wszystko, więc mógł mieć i sukcesy , i z tego to właśnie powodu postępowanie kwalifikacyjne, przeprowadzone przez wydział reżyserii warszawskiej PWST, nie powinno zostać przez RWSA zaakceptowane. Tyle, że sukcesy i osiągnięcia w teatrze, zarówno artystyczne, jak i organizacyjne i pedagogiczne Raua były znacznie wcześniej niż jego członkostwo w KC (1986). I właśnie dlatego znalazł się wśród członków KC, że miał owe sukcesy. Jan Wilkowski wystosował wówczas oświadczenie, w którym napisał: Uważam, że nikt inny bardziej nie zasługuje na pozycję profesora mianowanego i etatowy związek z uczelnią w tym charakterze – niż Krzysztof Rau. (…) To on wymyślił wydział lalkarski PWST, od doprowadził do jego powstania w Białymstoku, zbudował jego ideową i materialną bazę, przez wiele lat nieprzerwanej działalności na różnych stanowiskach wypracował metodę nauczania lalkarskich specjalności i rozwiązał najistotniejsze problemy zarówno pracy wydziału, jak i jego istnienia. Był tym, co się określa jako spiritus movens wydziału, zdumiewającym perpetuum mobile w jego rozwoju (…). Trudno sobie wyobrazić szkolę bez niego. Rau na etacie pozostał, a w roku 1991 zmienił się skład komisji RWSA, vice-przewodniczącą była Maja Komorowska (przewodniczącym Jerzy Trela) i sprawa przewodu Krzysztofa Raua została pozytywnie załatwiona. Znowu kawałek polskiej rzeczywistości, tej pełnej żądzy odwetu i tej normalnej, zdroworozsądkowej.

Rau jednak przede wszystkim pisze o teatrze, o lalkach, o ludziach związanych z teatrem lalek, o przedstawieniach swoich i innych reżyserów. Pisze o tym, co było interesujące i inspirujące, co stanowiło jego artystyczny – i życiowy – sukces. Bo tak to już jest u artystów, że jedno integralnie splata się z drugim i sztuka to życie a życie to sztuka. W tym przypadku tą sztuką jest teatr. Obecny zawsze i wszędzie, i na scenie czy scenach świata (bo te też były udziałem Krzysztofa Raua i jego teatrów) i w domowym zaciszu. Sporo miejsca poświęca Rau ludziom: artystom teatru lalek, w tym najwybitniejszym, jak JanWilkowski. Pisze o ludziach sobie przyjaznych i tych, którzy byli mu niechętni czy nawet wrodzy. I – tu rzecz rzadko spotykana dzisiaj: o tych drugich pisze bez jadu, bez żalu nawet i bez pretensji do nich. Ot, przedstawia fakty. Maluje ten swój wizerunek na tle zmiennych czasów, zmiennych obyczajów, zmiennych wartości wydobywając to, co naprawdę istotne: wartość teatru jako sztuki i jako instrumentu edukacji, a przede wszystkim wartość postawy twórczej artysty. Twórczej w każdym calu. I jako artysty, i jako animatora konkretnych zdarzeń teatralnych, i jako „budowniczego” teatru w sensie dosłownym (budynek Białostockiego Teatru Lalek), ale i symbolicznym i jako kreatywnego pedagoga, który uczył młodych ludzi nie tylko rzemiosła, ale i patrzenia na teatr i myślenia o teatrze jako o wyjątkowym zjawisku na tle konkretnej rzeczywistości. On jest tym artystą, którego los może nie był usłany różami, ale był jednak sukcesem. I pokazuje jasno, że nie stały za tym sukcesem żadne tajemnicze siły, plecy wujka czy stryjka ani partia. On był po prostu autentycznie utalentowanym twórcą, który zawsze bardzo rzetelnie pracował. Był też człowiekiem upartym, który konsekwentnie dążył do osiągnięcia tego, co zamierzył, do zrealizowania swej wizji nowoczesnego teatru lalek i wydziału sztuki lalkarskiej. Potrafił w celu urzeczywistnienia owej wizji wykorzystać instrumenty, które mu w tym pomogły.

To, o co mam największe pretensje do Raua autora to brak porządnej i mądrej redakcji tekstu. Nie chodzi o to, by rzecz była chronologicznie uporządkowana, ale treściowo. Sprawa teatru w Zuśnie choćby. Jakaś taka niedomknięta. Dlaczego, naprawdę dlaczego ten teatr przestał istnieć? Był pasmem sukcesów i… Może warto by było tę kropkę nad i postawić. Teatr w Gyor… Prezentuje się zupełnie nieprzekonywująco, jest jakimś dopiskiem do. Niepotrzebnym właściwie.

Dobrze by było gdyby ktoś znający dzieje polskiego teatru lalek w XX i początkach XXI wieku zrobił z Krzysztofem Rauem wywiad „w nurtach rozmowy”. Wiem, kto zrobiłby to znakomicie, Rau w swej książce o nim pisze. To byłoby świetne dopowiedzenie, uzupełnienie „Autolustracji”. Mało: ten wywiad jest gotowy. Zrobił go swego czasu Klemens Krzyżagórski i wystarczyłoby go w aneksie przytoczyć. W tym wywiadzie są fakty, tylko fakty. Warto by też było dołączyć rzetelne kalendarium, co, gdzie, kiedy, a prócz sukcesów przytoczyć też rzeczy nieudane, bo i takie przecież były. To uwiarygodniłoby całość.

Justyna Hofman – Wiśniewska

Krzysztof Rau, Autolustracja, Oficyna Wydawnicza Stopka, Łomża 2009.

 

Dodaj komentarz