Folklor odczarowany: Rozmowa z Edwardem Pałłaszem

W tym roku, 24 listopada mija 50 lat od pamiętnej premiery „Wieży malowanej” w wykonaniu Wojciecha Siemiona w reżyserii Jerzgeo Markuszewskiego, scenografii Adama Kiliiana i z muzyką Edwarda Pałlasza. Współautorami scenariusza obok Wojciecha Siemiona byli Ernest Bryll i Jerzy Markuszewskiej. W pół wieku po prapremierze „Wieży malowanej” z Edwardem Pałłaszem rozmawia Tomasz Miłkowski

Zanim doszło do premiery „Wieży malowanej”, już od kilku lat był Pan związany z STS-em. Skąd ta zażyłość z teatrem studenckim?

Wszystko zaczęło się Od Bim-bomu, studenckiego teatrzyku z Wybrzeża. Przygotowaliśmy z grupą kolegów z Politechniki Gdańskiej tzw. program Zero, jeszcze przed pierwszą oficjalną premierą, który pokazywaliśmy na deskach w stołówce studenckiej. Pomagał nam jako doradca Zbyszek Cybulski. Przychodził Jerzy Afanasjew, bractwo z Politechniki. Prowadziłem Chór Rewelersów z Inżynierii Wodnej. Program wzbudził zainteresowanie, ludzie zaczęli się zbiegać i powstał wkrótce pierwszy oficjalny program Bim-bomu, który pokazywaliśmy już w zawodowym Teatrze Lalek we Wrzeszczu. Po tej premierze przeniosłem się na studia do Warszawy, zmieniłem kierunek – to była modna wtedy organizacja przemysłu maszynowego, ale przede wszystkim uznałem, że jeśli mam coś zrobić w muzyce, powinienem przenieść się do centrum. W Warszawie nie byłem całkiem obcy, miałem kolegów z licznych konkursów studenckich, znałem Kazimierza Rudzkiego, który zwykle przewodniczył jury i udzielał nam rad. Pewnego dnia przyszedł do mnie Marek Lusztig, który był głównym muzykiem w STS-ie, i zaproponował mi współpracę. Propozycja była atrakcyjna, nic dziwnego, że nie tylko ją przyjąłem, ale przystałem do STS-u na kilka lat.

Z Siemionem poznaliście się podczas pracy nad „Szopą betlejemską”.

Chyba tak, Siemion współreżyserował scenariusz Andrzeja Jareckiego, ale spektakl nie cieszył się powodzeniem. Być może za sprawą nadmiernie swobodnego poczucia humoru: święty Józef (grał go Andrzej Krzysztof Wróblewski), który wychodzi za potrzebą za stodołę, to dla wielu widzów było nazbyt śmiałe przekroczenie. Innym, przyzwyczajonym do ostrej wymowy politycznej, spektakl wydawał się blady, jeszcze innym nazbyt śmiało wkraczał w sferę polityki, na ogół nie wiązanej z tematyką narodzin syna bożego. Tak czy owak, przedstawienie nie zabawiło długo na afiszu.

A to znaczy, że nie za sprawą „Szopy” doszło do Pańskiej spółki z Siemionem, Markuszewskim i Kilianem.  Co zatem sprawiło, że przyłączył się Pan do ich pracy?

Byłem po prostu w STS-ie, pod ręką.

Inni też byli.

Może to ze względu na moją wcześniejszą współpracę z Konradem Swinarskim, która nie uszła ich uwadze. Swinarski przygotowywał dla telewizji operę dziecięcą „Ten, który mówi tak, ten, który mówi nie”, taki prosty moralitet. Wprawdzie muzyka już istniała, ale Swinarskiemu zależało na nowej – napisaliśmy ją wspólnie z Markiem Lusztigiem. To była taka pierwsza moja kompozycja serio i, co więcej, dobrze przyjęta. Kiedy Siemion i Markuszewski zaproponowali mi napisanie muzyki do „Wieży malowanej” byłem w podobnej sytuacji. Muzyka już istniała, a jednak oni chcieli czegoś nowego. Przyjąłem założenie, i to był mój pomysł, że muzyka będzie na prawach kontrastu komunikować się z cytatami folklorystycznymi. Wojtek grał na scenie wszystkich bohaterów opowiastki, mając do dyspozycji kukły, recytując i podśpiewując autentyki, w które nie wolno było ingerować. Wybór tekstów był wysmakowany i ułożenie historyjki o Kasi i Jasiu literacko pociągające. Siemion wplótł do recytacji przyśpiewki i nie zamierzałem w nich nic zmieniać. Potrzebne było do tego muzyczne obramowanie, korzystające z udowych powinowactw, ale tak naprawdę modernistyczne. Moja propozycja polegała na stworzeniu czegoś samodzielnego, co nie jest w sposób oczywisty podporządkowane ilustracyjności. Dzięki temu muzyka stała się dodatkowym aktorem, było to widoczne zwłaszcza w rozbudowanym fragmencie suity, w „Weselu”. Między poszczególnymi częściami spektaklu były krótkie przerwy, półtoraminutowe, podczas których muzyka na chwilę wysuwała się na pierwszy plan. Za sceną siedziało 3 wykonawców (flet, klarnet i fagot) i w odpowiednich momentach grało. Były to cezury między segmentami przedstawienia, kiedy muzyka skupiała na sobie uwagę widzów i może dlatego została dostrzeżona także przez krytyków. Na koniec widowiska następowała część suity, którą nazwałem „Pobajcze”, swoisty komentarz serio do tego, co obejrzeliśmy, pełen nostalgii, ze strzępami motywów przewijających się w spektaklu, wprowadzające nastrój wyciszenia.

Wejście w świat folkloru było wówczas czymś nieoczekiwanym. Czy miał Pan poczucie wyjątkowości, przełomowości podjętego zdania?

Nie myśleliśmy o przełomie, ale mieliśmy poczucie ryzykownego wyzwania. Ludowość w wydaniu socrealistycznym bardzo się zdegradowała, uchodziła więc za kulturę podrzędna, służąca za coś w rodzaju paprotki przy stole prezydialnym podczas  akademii. Zapomniano, jakie kryje skarby, bo wykorzystywana do celów propagandowych budziła żywiołową niechęć. Publiczność miała dość Dożynek i Cepelii, w każdym razie publiczność STS-u, która zapamiętała, że ludowe ozdóbki ulubiły sobie sfery partyjno-rządowe. Siłą rzeczy byliśmy niejako skazani za konfrontację z tak strywializowanym obrazem folkloru. Z tym byle jakim odbiorem folkloru zamierzał rozprawić się Siemion i my wszyscy, świadomi, że nasza propozycja może zostać odrzucona, że nie zostanie odczytana. Tak więc główny nasz wysiłek polegał na rehabilitacji wykpionego folkloru.

I to się udało!

Udało się pokazać, przede wszystkim Siemionowi udało się pokazać, że folklor jest prawdziwą, autentyczna sztuką, o wielkich walorach literackich, że może działać na widza z oszałamiającą siłą, że to wspaniałe źródło polskiej kultury. Nikt przed Siemionem wcześniej na to nie wpadł, nikt tego tak nie wymyślił, żeby stworzyć bujne widowisko, obfitujące w poetyckie piękności. Co więcej, przedstawić to publiczności co najmniej sceptycznie nastawionej do kultury ludowej, która przyjęła spektakl z niekłamanym, entuzjazmem. Siemion był niezrównany, a dla niego samego spektakl stał się katapultą kariery, z dnia na dzień poszybował na sam szczyt.

Czy obserwował Pan publiczność podczas premiery?

Nie miałem szansy, musiałem pilnować swoich muzyków za kulisami, żeby „wchodzili” we właściwych momentach – zostawić ich samym sobie, było zbyt ryzykowne, mieliśmy za mało prób. Ale słyszałem reakcje publiczności od strony kulis: początkowo dominowało zdumienie, cisza, potem dały się słyszeć akceptujące szmery, pojedyncze oklaski, a na koniec wybuchła burzliwa owacja. Słowem: temperatura rosła w miarę upływu czasu. To był wielki sukces, od pierwszego spektaklu.

Muzykę do tego spektaklu ogłosił Pan potem drukiem. To nieczęsto się zdarza.

To prawda, muzyka teatralna bywa na ogół bardzo użytkową ilustracją i nie nadaje się do samodzielnego wykonania, po zakończeniu eksploatacji nadaje się do kosza. Tu jednak było inaczej, jak wspomniałem, muzyka miała samoistną wartość. Tym razem mogłem sobie pofolgować w sensie muzycznym i stąd było to dla mnie ważne doświadczenie. Uznałem to ćwiczenie warsztatowe za udane i zdecydowałem opublikować. Potem jeszcze kilkakrotnie tak bywało, że moja muzyka teatralna zyskiwała drugie, samodzielne życia, np., muzyka do pieśni w spektaklu Kazimierza Kutza, „Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha-Dolna”, napisanych specjalnie dla Stanisławy Celińskiej, ale potem wykonywanych przez inne pieśniarki.

Tak się składa dziwnym obrotem przypadków, że nadal jest Pan związany z dawna siedzibą Loży Masońskiej w Warszawie, gdzie dawniej mieścił się STS, a teraz Warszawska Opera Kameralna, w której jest pan dzisiaj zastępcą dyrektora Naczelnego i Artystycznego. Czy czuje Pan ciężar wspomnień?

Czasem żartuję, że wróciłem do kolebki albo kołyski. Ale to były zupełnie inne czasy i inne konteksty. Oczywiście, mijam drzewo, które kiedyś zasadziliśmy przed STS-em, ale serduszko już nie pika na jego widok. Przywykłem. Nigdy nie lubiłem zatrzymywać się za długo w tym samym miejscu, a w szczególności nie chciałem nosić krótkich majtek. STS to była moja młodość artystyczna, ale ja rwałem się w dorosłość. I nie żałuję, że się wyrwałem. Nie chciałem być wiecznym młodzieńcem, bujającym w obłokach wspomnień i fantazji.

Dziękuję, że zechciał Pan dzisiaj zanurzyć się we wspomnienia.

Dodaj komentarz