Postscriptum I

Bardzo lubię oglądać przedstawienia ze stażem. Już dawno zbladły środowiskowe oceny, zamilkli recenzenci. Teraz pozostali tylko oni: spektakl, widz i czas. A więc mamy do czynienia nie z wydarzeniem, przed-po-premierowym szumem, lecz z trwałą obecnością tytułu w repertuarze.
Może ona oczywiście potwierdzać szczególną artystyczną rangę inscenizacji, ale przede wszystkim jest świadectwem wciąż żywego odbioru. Teatr obecny, teatr potrzebny nie musi mieć festiwalowych laurów, natomiast musi mieć publiczność.
    I dziś właśnie chciałabym to pierwsze moje Postscriptum dedykować widowni małej, dorosłej oraz bardzo dorosłej, która wiernie towarzyszy kilku warszawskim spektaklom ze stażem.
    Zacznę od dzieciarni. Wielce utalentowany tandem rodzinny: Wojciech i Maciej Szelachowscy napisali „rzecz na jednego widza, jednego krytyka teatralnego i absolutnie cały zespół teatralny” – „Cuda w Budzie, czyli demo teatru Lalka”. Tamże odbyła się prapremiera (zima 2006). Reżyseria- Wojciech Szelachowski, zamysł inscenizacji – Jerzy Kalina, muzyka – Krzysztof Dzierma. I się porobiło. Aktorzy Lalki wylatują, wyskakują, wykrzykują, wyśpiewują, pozostając w autentycznym kontakcie z maluchami. Tempo szaleńcze, bliskie grze komputerowej. Mieszają się i równocześnie łączą myśli, klarownie brzmi dialog, błyszczy liryczne przesłanie. A że wszystko razem dotyka teatralnej metamorfozy, więc słowa o duchu teatru odsłaniają to komediowy, to poetycki kontekst. Bez cienia ble-ble, wspaniała, inteligentna zabawa dla dzieciaków, co prawda biegłych już od pieluch w obsłudze laptopa, ale coraz mniej oswojonych z przekazem literackim. Wojciech Szelachowski znakomicie wiąże tradycję i współczesność, komiksowy skrót i wycyzelowaną językowo piosenkę. Rozbudowanej wizji plastycznej towarzyszą pastiszowe kwestie, ba nawet manifest artysty lalkarza.  Materii pomieszanie? Zgoda, tyle że równocześnie materii logika, co razem tworzy rejony szczególnie bliskie wyobraźni dziecka. Brawo!
    Idąc tropem teatru wysmakowanych malarskich przestrzeni, proponuję wizytę na Karasia. W Teatrze Polskim kilka sezonów temu Adam i Jarosław Kilianowie zrealizowali bardzo interesujący „Sen nocy letniej”. Ten dramat, co dawno spostrzegli inscenizatorzy, to tak naprawdę sen o teatrze świata. Można go więc sytuować po drugiej stronie lustra, gdzie realny porządek ustępuje miejsca metafizycznym odniesieniom, ale też można wędrować śladem metafizycznego kostiumu, satyrycznych przypisów, ironii, której autor nie żałował, dotykając społecznej kondycji człowieka. Na polski leśny dukt wprowadził szekspirowską komedię Słowacki, dorzuciwszy rodzimy pejzaż oraz rodzimą historiozofię. Natomiast wracając do teatralnych projektów dramatu, w mojej pamięci ze szczególną siłą zaznaczyły się: różnobarwna cyrkowa feeria autorstwa Petera Brooka oraz soczysta rodzajowość poetycka doprawiona ręką Swinarskiego. No cóż, odległe przedstawienia, jednak wciąż ważne. I tu chciałabym podkreślić rangę inscenizacji Adama i Jarosława Kilianów.
    Spektakl został zrealizowany w autentycznym, twórczym zespoleniu namysłu scenografa i reżysera. Kolejność nieprzypadkowa. Na naszych oczach, wśród precyzyjnie rozbudowanej, plastycznej przestrzeni toczy się gra słów, emocji, myśli, świateł. Aurę cudownej nocy kształtuje teatralna zabawa. Błyszczą świętojańskie ogniki, płyną wieńce. Ni to pajęcze, ni to rybackie sieci tworzą bajeczne labirynty. Ruch, światło, taniec, śpiew małych chórzystów, cytaty muzyczne z Mendelssohna, Brittena… Tylko czasem w lustrach śmiechu spotykamy nasze własne splątane sny o potędze,  a wtedy każdy żart blednie. Zazwyczaj tego rodzaju memento pojawia się w scenicznym obrazie Puka. Szekspir właśnie temu półdiablęciu, u którego „wielka radość mieszka” nadał moc maga szydercy, co jedną magiczną miksturą zakłóci każdy porządek. Puk w interpretacji Dariusza Kwaśnika zręcznie omija nie tylko pułapki farsy, ale także poetyckie meandry. Biegły w chodzie na szczudłach, wsparty delikatną frazą  muzyki Krzesimira Dębskiego śpiewa, pokrzykuje, rozprawia i ku przestrodze i ku uciesze. Na osobną uwagę zasługuje Tytania Zuzanny Lipiec. Przeważnie teatralny wizerunek królowej elfów ujawnia rys ośmieszonej kobiecości oraz złośliwe drugie tło portretu wyniosłej Hipolity. Tu jest inaczej. Tytania ma autentyczny dziewczęcy urok. Tańczy, skacze niczym akrobatka. Roznosi ją radość życia. I nic dziwnego, że spotyka amanta z oślą głową. Wszak żywiołowej, pełnej fantazji władczyni lasów dzień i noc śnią się szaleńcze maskarady. Zresztą wcale nie wiadomo, kto się tu kim bawi. Jakże to ładnie, z ogromnym wyczuciem scenicznego żartu skomponowana rola!
    Teraz proponuję dwa spektakle oparte właśnie na znakomitym aktorskim rzemiośle.  Filozofię po góralsku księdza profesora Józefa Tischnera przeczytali, na scenę przysposobili i zagrali: Irena Jun oraz Wiesław Komasa. Muzycznie rzecz całą prowadzą:  zdolna i śliczna Marysia Wieczorek  oraz też zdolny, ale już nie tak śliczny, Bartosz Blachura. Spektaklowi dodają również kolorytu fragmenty Orawy Wojciecha Kilara.
    Oj, dzieje się, choć właściwie cała inscenizacja wyrasta ze skromnej formy opowieści tylko nicowanych trybem dialogu. Słuchamy wspominków pary spod samego Giewontu. Bywa, że Ona (Jun) rzuci myśl z wiatrem, popatrzy, pomilczy. On (Komasa) przystanie, coś zagada, zanuci. Zdarza się, że rozmowę wesprze muzyczny akord, taneczny przytup, piosenka. Natomiast w każdej sytuacji między słowem a ciszą pojawia się Dobra Nowina. Wtedy czujemy zapach gór, Bożą Opatrzność… A po drodze żadnych dłużyzn, stylizatorskich ornamentów tylko dialogo-monologi pięknie zestrojone z właściwym gestem, stosownym ruchem, oszczędną scenografią (współautorstwo A. Semenowicz). Ludzi pełno (prapremiera jesień 2005), klaszczą. Raz im bliżej do uśmiechu, kiedy indziej do wzruszenia. W tych pogawędkach widz rozpoznaje obok soczystej góralszczyzny-ojcowizny, szczególny ton Tischnerowskich nauk. Krótko mówiąc, po prostu ciepły, mądry teatr.
    I tak proszę państwa, zbliżyliśmy się do najmłodszego stażem spektaklu. Żar Christophera Hamptona. Teatr Narodowy [Sala Bogusławskiego-foyer, premiera jesień 2007]. Autor,  niegdyś Wunderkind londyńskiego West-Endu, znany i uznany dramatopisarz, scenarzysta – ma na swoim koncie m.in. znakomitą adaptację „Niebezpiecznych związków”. Jednak w wypadku scenicznej wersji powieści Sándora Máraiego [węgierski tytuł – „Świece dopalają się do końca”] trudno mówić o literackim sukcesie.
    Hampton poszedł szlakiem melodramatu i zabrnął w czysto werbalną ekwilibrystykę. Tym samym przepadła kluczowa dla powieści forma opowiadania fabuły. U Máraiego w taki system przekazu wpisują się nie tyle zdarzenia, ile kolejne próby oceny postaw bohaterów. Te, wprowadzone często obok akcji, sądy narratora kształtują własną autonomiczną przestrzeń. Stąd wywodzi się specyficzny dla tej prozy komentarz, którego stoickie podwaliny uzupełnia autoironia.
    Szczęśliwie reżyser Edward Wojtaszek oddał melodramatyczny, mocno szeleszczący papierem twór Hamptona w ręce wspaniałych wykonawców. Dzięki wirtuozerii Danuty Szaflarskiej, Ignacego Gogolewskiego i Zbigniewa Zapasiewicza dialog zbliżył się do rangi pisarstwa Máraiego, uzyskał psychologiczna wiarygodność, nostalgią podszyty cudzysłów. Samemu faktowi, że Nini otwiera i zamyka wizytę Konrada, Danuta Szaflarska nadała wymiar szczególnej klamry. Jej wewnętrzny spokój, dyskretna serdeczność sytuują utracone złudzenia w rejonach pamięci będącej ponad doraźnym rozrachunkiem. Brawo! Bis!
    Niewątpliwie największy kłopot z zalewem pustosłowia ma Zbigniew Zapasiewicz (Henrik). A jednak artysta poskramia językową i melodramatyczną sztukaterię. Ujawniając autentyczny żal i za utraconą przyjaźnią, i za niespełnioną miłością, zmusza Henrika do bolesnej wiwisekcji. Jest dociekliwy w tropieniu prawdy, choć dobrze wie, że nigdy jej nie rozstrzygnie. Ledwie markowanym gestem, delikatnym grymasem omija słowne pułapki. No cóż nie ukrywam, że wolę, kiedy Zbigniew Zapasiewicz oprowadza nas drogami Pana Cogito, ale trzeba przyznać, iż aktor również w Hamptonowskiej adaptacji znalazł sposób wyjścia z werbalnego impasu. I to wyjście zrealizował po mistrzowsku.
    Osobę Henrika przytłacza gadulstwo, natomiast Konradowi brakuje możliwości głębszej riposty. Nie wiem, co by było bez Ignacego Gogolewskiego. To on z niedostatku słów, mizerii werbalnej sieczki uczynił swoisty atut, realizując wielką rolę słuchacza. Polecam wszystkim zwłaszcza „cygarową etiudę”. Towarzyszą jej gesty i mimika zmęczonego życiem człowieka, a równocześnie wciąż gdzieś tam w środku niesfornego smakosza życia. Rzecz o tyle ważna, iż Konrad Gogolewskiego, tocząc dyskurs poza słowami, znakomicie żongluje pamięcią własnych zwycięstw i porażek. Czasem półgestem wyciągniętej dłoni wzmacnia sprzeciw, pochyleniem głowy wyraża przekorę. I widać w jego reakcjach, jak perspektywa utraconego czasu zaciera granice błędów, wzajemnych pretensji. W tym nasłuchiwaniu minionych dni Konrad staje się bliski pozycji Máraiego, „pisarza wieku”. Ba, tak ze słabościami materii dialogu mógł sobie poradzić tylko wytrawny artysta.
    I Postscriptum. Cztery spektakle wybrane przez widownię, zweryfikowane przez czas. Teatr wsparty własną artystyczną wizją, znakomitym aktorstwem. Znak, żeśmy jeszcze nie wszyscy ulegli amokowi rzyg-awangardy.

Jagoda Opalińska

Dodaj komentarz