Dostojewski zmodernizowany….

Dzieje się coś takiego w polskim teatrze, że już nie wypada, ba, wstyd! pokazać szczególnie klasyka bez reżyserskich ekstrawagancji.
Czy to choroba wieku, czy sprawka paru sfrustrowanych wpływowych recenzentów, łaknących poklasku i czegoś pikantnego w głupocie swojej? Tym „ojcom” dyktującym trendy wydaje się, że postęp w sztuce polega na wymyślaniu czegoś, czego jeszcze nie było w oparciu o to, co już było…Pytanie powyższe wręcz przylutowało mnie do twardych jak diabli listewek składanego krzesełka w Teatrze im. W. Gombrowicza w Gdyni. Wykazałem się dużym aktem odwagi, wybierając się na spektakl oparty na powieści Fiodora Dostojewskiego „Bracia Karamazow”. Za Fiodorem nie przepadam. Nie lubił Polaków, a jego starocerkiewna filozofia „winy i kary”, rozszarpywana ciemnymi namiętnościami jest tyle uwodzicielska, co nazbyt oczywista.
Ad rem. Trudność z przeniesieniem powieści na scenę polega na uporaniu się z właściwym wyborem jej fragmentów i na ich zestrojeniu w jeden ideowo-dramatyczny ton. Adaptator Andrzej Bubień, który wyrasta nam na specjalistę od Dostojewskiego, poszedł po najmniejszej linii oporu. Przepisał z książki fragmenty dialogowane, głównie z piątej księgi ponad tysiącstronicowej powieści, pominął intrygę kryminalną / a u Fiodora jest trochę tak, jakby Bóg rozgościł się u Agaty Christie../, skasował postać starego Karamazowa i co wyraźnie nie wyszło: próbował połączyć luźne, krótkie scenki dość długimi kwestiami o charakterze narracyjnym, informującymi widzów, co się właściwie stało i skąd się wzięła ta czy inna rozmowa postaci. Lepszym wyjściem byłoby tutaj wprowadzenie postaci narratora. Rezygnacja z tła historycznego i obyczajowego pozbawiła postaci szeregu motywacji i, być może, wymusiła na reżyserze i aktorach tłumaczenie wielu działań i pojedynczych reakcji silnymi i niezrównoważonymi emocjami. Co zresztą jest zgodne z obowiązującą modą. Scenograf Anna Sekuła nie miała pomysłu na przestrzeń, ale jako doświadczony scenograf wiedziała, że jak spektakl ma przekazać temat uniwersalny, to do tego najlepiej nadaje się estrada. Zatem – czarny podest przez widownię, cztery stylowe krzesła i takiż stoliczek. Tanio i filozoficznie. Reżyser Andrzej Bubień zawalczył o nowoczesność, sięgając po to, co już zleżałe. Wymyślił obsadę, w której jedna aktorka gra trzy baby, a druga aktorka udaje trzech chłopów ! Czy chodziło o finansowe oszczędności, czy o nową jakość ?  Diabli wiedzą; pewne że część widzów, która nie zajrzała do Dostojewskiego, była kompletnie zdezorientowana…Co gorsza, aktorce nie udało się zindywidualizować poszczególnych postaci li tylko przy pomocy innego upięcia włosów czy obciągnięcia sukni. Lise, Katarzyna Iwanowna i Grusza to krańcowo różne osobowości, które w krańcowo odmienny sposób wpływają- katalizują losy braci Karamazow. Sylwia Gliwa w roli kalekiej Lise była lekko przekrzywiona, w roli Katii miała prosty kręgosłup i szeroko rozkładała sztywne ręce, w roli Gruszy co raz obracała się, imitując taniec solowy. Ciekawiej było z aktorką Elżbietą Mrozińską. Któraż to aktorka nie marzy, żeby zagrać mężczyznę ! Mrozińska zagrała aż trzech…Zaczyna spektakl jako na zimno skupiony Diabeł i to „zimne skupienie” przenosi się na pozostałe postaci. Rakitkin jest trochę luźniejszy i szybciej mówi. Smierdiakow nisko pochylony i utyka, cedzi słowa demonicznie…Forma, forma, forma…Zapomnijmy o szlachetnej sztuce transformacji. A już gdy Diabeł pomaga postaci zamienić się w inną, porządkując jej garderobę i upinając włosy…Ki diabeł ? Wszystko się tu robi demoniczne w takt wchodzącej w dowolnych miejscach „tureckiej” muzyki Piotra Salabera./?/ A to przecież taki psychologiczny realizm Dostojewskiego. Żaden seans spirytystyczny…A tu aktorzy zastygają w niewygodnych pozach, sączą „ na biało” i monotonnie tekst, albo wpadają w konwulsje, jak Alosza cały zbudowany na podłogowych konwulsjach. Jest i coś w rodzaju choreografii. Nieporadne parady wzdłuż podestu / także z rytmicznym czochraniem się po głowie w każdym rogu podestu / rozpaczliwe próby jakiegoś niby tańca, wolne osuwanie się po ścianie w monologu, modelowanie się na poręczach krzeseł…pomysły rodem ze szkolnej estrady. Miało to być symboliczne, niejednoznaczne, pełne niejasnych emocji / ? / i podtekstów. Osobiście jestem w stanie coś takiego przetrzymać. Zamykam wtedy oczy i skupiam się na tekście…Nie było mi dane. Zaserwowano widzom manierę mówienia na jednym tonie, bez respektowania znaków interpunkcyjnych, bez grama podtekstu, a więc bez jakiegokolwiek dialogowego napięcia…Szybciej – wolniej, ciszej – głośniej…Reżyser nie odrobił lekcji z aktorami. Ustawiał figury przekonany, że tworzy dzieło nowoczesne, że dowartościował pisarza Dostojewskiego, że zbliżył go do widowni „You can dance..” Lokalni recenzenci uwierzyli, że tak się stało! Zawsze można zajrzeć do książki. Każdy ma takiego Bubienia, na jakiego zasługuje. Ot,co.

JÓZEF JASIELSKI

Dodaj komentarz