ZASP monumentus

Rozmowa z Andrzejem Rozhinem, projektodawcą i wydawcą księgi jubileuszowej „Artyści w ZASP. 1918-2008”.

Image

Andrzej Rozhin

To, co przychodzi na myśl natychmiast po wzięciu do rąk tej książki, to jej uroda, no i, oczywiście, niepospolita waga (4 kilogramy).
– To co zrobiliśmy, to próba przekazania pewnych treści w formie ładnej, atrakcyjnej, czytelnej, zachęcającej, aby tę książkę wziąć do ręki i przeczytać coś więcej poza swoim biogramem. Zauważam to w takich domowych rozmowach: ludzie, którzy nie interesują się teatrem żywo, to znaczy bywają w teatrze, ale nie jest to ich zajęcie czy główna pasja, reagują na te książkę pozytywnie,  sprawia na nich wielkie wrażenie.
Może dlatego, że ZASP został pokazany od „ludzkiej strony”?
– Chciałem pokazać ZASP poprzez ludzi, i to nie tylko tych, co działają dzisiaj, współcześnie, ale także tych, którzy kiedyś w ZASP-ie działali i to było elementem selekcji, wynalezienia grupy zasłużonych działaczy, którzy są w tej księdze upamiętnieni. Dbałem o to, aby wśród tych działaczy znalazło się jak najwięcej znanych artystów i znanych nazwisk, bo to buduje opinie o ZASP-ie. Rozdział „Działacze” to zresztą rzecz do rozwinięcia, bo przypomnę, że jest w ZASP-ie aż 461 zasłużonych działaczy i myślę, że uda się ich zaprezentować w następnym wydawnictwie, żeby dać satysfakcję wszystkim.
Księga powstała pod Pańskim kierunkiem wymagała skoordynowania pracy wielu osób. Niełatwo się dyryguje takim zespołem.
– Rok nad tym siedziałem, wykonałem tysiące telefonów, tysiące maili, kontaktów, listów, przypomnień, miałem ogromne problemy z terminowością. Znani artyści pióra, czyli teatrolodzy byli po prostu niesumienni (niektórzy), co stworzyło ogromne napięcie w robieniu tej książki w sensie graficznym. Jeśli idzie o wspomnienia, które były dla mnie b. ważne – odbyłem dziesiątki rozmów ze starymi działaczami różnych pokoleń, proponując im napisanie tekstów wspomnieniowych. Większość odpowiedziała pozytywnie. Ale ta większość to nie wszyscy. W wielu wypadkach to się niestety nie udało. Choć, oczywiście, i tak, ta książka jest duża i za duża. Ale szkoda, bo jest jak jest – lata idą, wielu artystów jest starszym wieku i od nich trzeba by coś wydusić, co byłoby i interesujące i przydatne dla następnych pokoleń. Powinna istnieć taka komórka archiwizowania „wspomnień” ludzi sztuki. Ci ludzie sztuki powinni być proszeni o spotkania, rozmowy, o przekazanie ich archiwów, często bezcennych, rejestracji tych archiwów, dokumentowania ich, bo to przecież potem bezpowrotnie ginie.
Zajmuje się tym Instytut Teatralny.
– Instytut Teatralny zajmuje się tylko tym, co ktoś przyniesie. To trzeba po prostu zdobywać, nagrywać, rejestrować. Czemu ja się tym zajmuję, sam nie wiem. Przecież lubię robić co innego, może powinienem bardziej skupić się nad szukaniem repertuaru dla siebie i przecieraniem ścieżek do teatru, co dla ludzi mojego pokolenia nie jest takie proste. Wielu moich kolegów z mojego pokolenia już od lat nic nie robi w teatrze.
Może Pan, twórca niegdyś awangardowego teatru, tak naprawdę skrycie kocha się w tradycji?
– Kto wie? Wspomnienia wielu osób okazały się bardzo zajmujące, poznałem wielu fajnych ludzi, o których nic bym nie wiedział. Kiedy jednak po raz pierwszy zgłosiłem ten projekt i opisałem go zebranych, część kolegów kiwnęła głowami, inni zrobili duże oczy, bez nazwisk, a wybitny autorytet tego środowiska w ogóle zanegował na to jak zwykle i powiedział, że ta książka nikomu nie jest potrzebna, a poza tym absolutnie nie jest możliwe jej przygotowanie, a zwłaszcza żebym ja to zrobił. Była też taka grupa, która komentowała ten pomysł: a, bo on ciągle o tym mówi (rzeczywiście dopominałem się o to na wszystkich radach ZASP), coś tam roi sobie. Mieli niby to zaufanie, bo zrobiłem „Raport o teatrze”, ale w tę książkę nie wierzyli właściwie do końca. A kiedy się ukazała w tym kształcie, byli zdumieni, kiedy przyjechała ciężarówka z książką, pytali, skąd to się wzięło. Jestem wewnętrznie zadowolony. Wydaje się, że coś zrobiłem pożytecznego. Wykazałem pewien upór i konsekwencję – skoro chcę, musi tak być. W tym ostatnim okresie przed publikacją żyłem w tak potwornym stresie, ze to jest trudne do wyobrażenia. Waliły się terminy, wszystko ciągnęło się w nieskończoność i ja do ostatniej chwili nie byłem pewien, czy zdążymy na rocznicę ZASP. Między oddaniem ostatniego arkusza do druku a ukazaniem się książki upłynął zaledwie tydzień. Książka przyszła w piątek, a promocja była w niedzielę. Pan sobie wyobraża, co przeżyłem. A moją ambicją było, aby książka była na czas.
Jak Pan nazwałby to niezwykłe doświadczenie redaktorskie?
– To było mocne przeżycie. Szalona przygoda. Trzymanie tego wszystkiego w ryzach, nękanie autorów, współpracowników a także rodziny, bo bez przerw przy tym komputerze, dzięki czemu przytyłem pewno z 5 kilo. Ale ja całe życie tak pracuję. Zresztą moją mocną stroną zawsze była organizacja. I dlatego ja to robiłem sam. Nikt tu nic  nie robił dookoła. Barbara Osterloff była konsultantem, przyjmowała teksty, proponowała autorów, wyrażała opinie, spotykaliśmy się wielokrotnie. Ale poza tym nikt nic nie wiedział. Ani tu w stowarzyszeniu, ani gdzie indziej, co to ma być, o czym ma być, jak skomponowane, kto do tego pisze. Cieszę się, że tak było, bo nie miałem nad sobą nadzoru. Ale z drugiej strony trochę się dziwią, że ZASP, dając mi te zabawki do ręki, w trakcie całej produkcji nie wyraził ani deczka zainteresowania.
Może to wyraz zaufania?
– To może być wynik zaufania, ale może być też świadectwem braku ideałów, kierunku. Przed wojną, kiedy się zaczął ten „proceder” wydawniczy w ZASP-ie, był dość mocny obecny, wydano monografię Kamińskiego, przygotowywano inne, wydawano pismo „Scena Polska”, to przecież było oczkiem w głowie – toczono dyskusje, były zmiany redakcji, awantury, coś się działo, wszyscy byli tym przejęci. Wiadomo, że sztuka teatru jest ulotna, a to, co napisane i wydrukowane, zostaje na wieki wieków.
Teraz ZASP też wydaje Biuletyn.
– Biuletyn ZASP, który ma pan od czasu do czasu w ręku, ja nie wiem, czy on jest ciekawy, czy nie jest ciekawy, ale nie ma jasnej koncepcji, to po pierwsze, a poza tym nikt za niego nie odpowiada. Każdy przynosi, co chce. A przecież jest wiele problemów, który ZASP nękają i one by były do podjęcia. To po prostu powinno do czegoś zmierzać. Jeżeli się wydaje jakieś pismo, to trzeba adresować je do kogoś, do jakiegoś pokolenia. Najbardziej powinno zależeć na najmłodszych kolegach, którzy do ZASP-u nie przychodzą.
Wspomniał Pan już o Raporcie o polskim teatrze, którego był Pan także sprawcą. Miały być następne, ale nie ma. Co się stało?
– Zmiany władz w ZASP-ie sprawiły, że zainteresowanie minęło. Jeden z wysokich działaczy powiedział, że statystyka jet w ogóle niezrozumiała i niepotrzebna aktorom. I tę działalność zatrzymano. I na miejsce raportu powstał biuletyn, ale biuletyn to zupełnie co innego.
Ale teraz, co najmniej od 2 lat pojawiają się głosy, żeby to koniecznie kontynuować, m.in., byłem u min. Zdrojewskiego, który dostał ten raport, i minister powiedział: Ależ proszę pana, myśmy chcieli robić raport o stanie kultury, to jest właśnie coś podobnego tylko w skali teatralnej. Podobnie Narodowe Centrum Kultury było tym zafascynowane. Myślę, że do tego wrócimy, jak będę miał siłę i przede wszystkim ekipę. Wtedy trafiłem na znakomitych ludzi (Lis, Majcherek), którzy chcieli to robić, to straszna robota. I za półdarmo. Myślę, że to jest na pewno potrzebne, tak samo jak ten raport o krytyce. Przy czym to nowe, co mieliśmy robić, to nie miał być tylko raport dotyczący teatrów profesjonalnych, tylko to miał być również raport dotyczący offu, sytuacji szkolnictwa artystycznego,  związków teatru polskiego z zagranicą, festiwali – wie pan, napisać raport o festiwalach to osobne zadanie!
Zmieniła się sytuacja okołoteatralna – wyrosło imperium internetu, gdzie aż roi si e od publikacji od teatrze.
– Internet – tu się pojawiło wiele nowych nazwisk, informacji. Ale w ogromnej mierze jest zalew informacji nieweryfikowanych, nikt tego nie redaguje, są wszyscy, którzy chcą, nie ma żadnej granicy: ty możesz, a ty nie możesz, piszesz, a my cię drukujemy, my cię w Internecie puszczamy, jeszcze nie w jednej witrynie, to w drugiej. A tych stron o teatrze jest w tej chwili dużo. Czy to jest dobrze, czy to jest źle, trudno powiedzieć. Te opinie są szalenie rozbieżne. Ale Internet to nie jest to samo co słowo pisane, to inne medium, inaczej się to czyta.
„Yorick” nie narzeka, przeciętnie 10 tysięcy wejść miesięcznie, to nie jest źle.
– No ale porównajmy: nakład Gazety Wyborczej wynosi 400 tys. egz. i codziennie schodzi. Czytelnik GW może się nie interesować teatrem, ale co 500 tak – a więc przeczyta tę recenzję i się dowie. Natomiast do Internetu on już nie zajrzy. Wydaje mi się, że z Internetu korzysta tylko ściśle profesjonalna grupa. I to też bardzo nieliczna, bo gdyby pan przepytał aktorów, których znamy, albo – nie wiem – członków zarządu ZASP i zapytał, kto z was regularnie czyta wortal teatralny albo „Yoricka” i na tej podstawie wie, gdzie co się dzieje, to by się pan dowiedział, że w ogóle nikt tego czyta, bo większość w ogóle z Internetu nie korzysta. To jest już starsze pokolenie, które się zmieni. Młodsze może czyta.
Dziękuję Panu za rozmowę.
Rozm. Tomasz Miłkowski
Rozmowa nieautoryzowana

Dodaj komentarz