Maciej Prus: nieśmiertelny autor – Shakespeare

Rozmowa z Maciejem Prusem.

Image

Patrycja Soliman i Grzegorz Małecki w spektaklu „Wiele hałasu o nic” w reżyserii Macieja Prusa w Teatrze Narodowym

W Teatrze Narodowym 12 grudnia odbyła się premiera komedii Wiliama Shakespeare`a – „Wiele hałasu o nic”. Przedstawienie reżyserował Maciej Prus. To jego dziesiąta szekspirowska realizacja, a wiele z nich było dotąd nagradzanych, m.in. dwie otrzymały Złotego Yoricka na gdańskich Festiwalach Szekspirowskich w 1994 i 2003 roku. Dodajmy, ze Maciej Prus został ubiegłorocznym laureatem Nagrody im. Stefana Treugutta za realizację „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego w Teatrze TV.

Dlaczego tak długo, bo przez blisko 20 lat od ukończenia wydziału reżyserii, wstrzymywał się Pan z realizacją dramatów szekspirowskich?
  Już w XIX wieku bodajże bracia Goncourt uznali Szekspira za jednego z geniuszy wszech czasów, obok Dantego i Beethovena. Można by się zastanawiać, na czym polega ten geniusz. Holoubek powiedział kiedyś, że Szekspir należał do tych, którzy dotknęli niewiadomego. Niby to ładne, zręczne, efektowne, ale…nic z tego nie wynika. Kiedy się czyta teksty szekspirowskich dramatów ( a podejrzewam, że mało kto je czyta), to fabuła wydaje się prosta, dialogi też najprostsze w świecie i czasem jest to nawet dość niechlujnie napisane : a to jakaś postać nagle znika lub pojawia się zupełnie nowa itd. Jednak w każdym z tych dramatów można przeprowadzić dowolną koncepcję reżyserską, byle logicznie.
Więc na czym polega geniusz?
Odkrywamy to w momencie, gdy zaczynamy zagłębiać się w wartości psychologiczne postaci. Ci ludzie są jak z gliny ! Żaden z nich nie jest jednowymiarowy. Szekspir wiedział, że człowiek jest niedoskonały, podlega sprzecznym emocjom i miewa zaskakujące, nawet dla samego siebie, reakcje. Tu chyba leży siła tych dramatów. Autor pokazuje człowieka z jego wzniosłością i nikczemnością. On nie wyrokuje ! On tylko przedstawia świat i to w sposób pozornie obiektywny. A że świat kręci się ciągle wokół tych samych problemów, więc został tylko jeden nieśmiertelny autor – Szekspir.
„Edward II” Christophera Marlowa, rówieśnika Szekspira, był przez Pana realizowany trzykrotnie, a mistrza Pan nie dotykał. Czy to z powodu pokory przed geniuszem?
Nie, raczej nie należałem do ludzi pokornych, szczególnie w młodym wieku. U mnie był zachwyt. Nieustający, do dziś. I ta pozorna prostota tych sztuk, łatwość, która jest straszliwą pułapką ! Wstrzymywałem się z szekspirowskimi realizacjami, bo myślałem : „Jeśli chcę to reżyserować, to znaczy, że mam coś więcej o świecie (czy o autorze) do powiedzenia. A skąd wiadomo, że mam?”
Kiedy absolwent krakowskiej szkoły teatralnej z kilkuletnim stażem, aktor m.in. Starego Teatru postanowił studiować reżyserię?
   Zacznijmy od tego, że z mojego rodzinnego Bielska – Białej pojechałem do Krakowa studiować historię sztuki. Ale byłem nikczemnym studentem, ponieważ natychmiast zapisałem się do teatru akademickiego, który potem przekształcił się w Teatr 38. Wystawiliśmy tam polską  prapremierę „Czekając na Godota” Samuela Becketta i wiele innych interesujących przedstawień. I – staliśmy się modni. Nie muszę chyba dodawać, że teatr stał się dla mnie ważniejszy od studiów. Aż tu któregoś dnia kadra profesorska ze szkoły teatralnej postanowiła nas odwiedzić i sprawdzić, co to wyprawiamy. Po spektaklu wywiązała się dyskusja (ileż było w nas pogardy dla tych akademików – aż wstyd przyznać), a wychodząc jedna z profesorek powiedziała do mnie : „A ty mógłby zdawać do szkoły teatralnej”. No to poszedłem i zdałem. Ale już podczas studiów wiedziałem, że nie będę aktorem…
Jak to?
  Tak, głupio to zabrzmi, ale wtedy myślałem, że to są jedyne studia, które jestem w stanie ukończyć. A po dwóch latach historii sztuki strona teoretyczna edukacji w szkole teatralnej nie sprawiała mi większego kłopotu. A po studiach, po jednym sezonie w Starym Teatrze wyruszyłem do Opola, gdzie swój Teatr Laboratorium 13 Rzędów stworzył Jerzy Grotowski. No i pewnie te różne teatralne doświadczenia spowodowały, że pojechałem do Warszawy i zdałem na reżyserię.
Wiele pana przedstawień osiągnęło sukces, były nagradzane, a krytycy teatralni podkreślają, że nigdy nie zszedł Pan poniżej dobrego poziomu artystycznego…
  Powiedział mi to kiedyś również Erwin Axer, to było dla mnie ważne. Z początku moim przedstawieniom w ogóle nie towarzyszyła muzyka, a do dziś charakterystyczny jest prawie brak scenografii. Pusta scena i aktor. Tak lubię.
Czy istnieje jakaś sztuka, której jeszcze Pan nie wyreżyserował, a chciałby?
Otóż miałem to szczęście w moim życiu zawodowym, że zawsze realizowałem to, co chciałem. I zawsze czułem się dosyć wolnym człowiekiem.
Nawet w PRL- u?
 Może należałoby zrewidować naszą najnowszą historię, w każdym razie ja odczuwam taką potrzebę na swoim polu. Bo naprawdę. Naprawdę : podczas mojej pracy w teatrze od 1969 roku poziom urzędników zajmujących się kulturą był nieporównywalny z poziomem obecnych. To straszne. Przez dwa lata broniłem Teatru Dramatycznego przed ludźmi z „Metra”, którzy chcieli go sobie zawłaszczyć. Zostałem tam przez przypadek i „na chwilę” dyrektorem, robiłem, co mi sumienie dyktowało, a urzędnicy mi się dziwili : „Czemu Panu tak zależy ?”  Gdy wreszcie obroniłem teatr – natychmiast odszedłem.
 A co mnie spotkało w Teatrze Nowym, w Łodzi! Zmarł Kazimierz Dejmek i zdecydowałem się dokończyć jego „Hamleta”. Dejmek słynął z punktualności i pomyślałem sobie : „Będziesz miał swoją ostatnią premierę punktualnie”. I – tylko o to mi chodziło. Ale współpraca z kierownikiem Wydziału Kultury, a był nim niejaki Mirosław Orzechowski, późniejszy wiceminister  Edukacji (LPR), to było jakieś horrendum ! Nie mam powodu, żeby mówić dobrze o poprzednim ustroju. Mój ojciec był dowódcą 9 Pułku AK na Zamojszczyźnie i na zamku w Lublinie został zamordowany przez UB i NKWD. A ja musiałem pójść do pracy fizycznej, żeby dostać się na studia. Jednak w kulturze pracowali ludzie na innym poziomie. Pewnie były jakieś naciski, ale ja ich nie odczułem. Naciskano na tych, którzy byli podatni na manipulacje.
Przewędrował Pan przez wiele teatralnych miast, na stałe mieszka jednak w Warszawie. Przywiązanie do tzw. stołeczności?
Nie. Mieszkam to od 1970 roku, ale czuję się wciąż przyjezdnym. Raz już nawet sprzedałem mieszkanie i chciałem wracać do Krakowa. Zatrzymał mnie Kazimierz Dejmek, wówczas dyrektor Teatru Polskiego i zrealizowałem tam wtedy „Ryszarda III”(1993 r. – przyp. aut.) z Janem Englertem w roli głównej. Ale do dziś mam poczucie, że za chwilę być może się wyprowadzę. Marzy mi się jako miejsce zamieszkania, choć nigdy tam poza stacją kolejową nie byłem, Nałęczów.
Chadza Pan jednak do warszawskich teatrów?
Często i chętnie. A jeśli jakieś przedstawienie okazuje się wybitne, to idę po raz drugi. Jestem dobrym widzem.
Które z przedstawień widzianych ostatnio mógłby pan polecić naszym Czytelnikom?
„Opowiadania dla dzieci” Isaaca Singera w Teatrze Narodowym. Czarowne przedstawienie, zrobione przez  Piotra Cieplaka z taką wiarą w teatr ! Kiedyś mnie zarzucano, że „teatralizuję”. A co innego może robić w teatrze ?
Przejdźmy do Pana premiery w Teatrze Narodowym czyli „Wiele hałasu o nic”. Wspomniał Pan, że bohaterowie szekspirowskich dramatów są tacy bogaci wewnętrznie, skomplikowani. Czy w wypadku komedii również tak jest?
   Jak najbardziej ! Powiedziałbym nawet, że te postaci są ostrzej i bardziej wyraziście przedstawiane, niż w dramacie. Komedianctwo i powaga świata idą tutaj w parze, a sytuacje nakreślone przez Szekspira są absolutnie naturalne. Dlatego nie pracuję z aktorami nad komedią, ja reżyseruję po prostu sztukę. Bo o czym jest „Wiele hałasu o nic” ? Sygnałem o niebezpieczeństwie, jakie niesie za sobą gra, intryga. O sytuacji, gdy ta gra wymyka się spod kontroli ! Mamy tu parę młodych, Benedicka (Grzegorz Małecki) i Beatrycze (Patrycja Soliman), którzy walczą o niezależność, a jednocześnie boją się własnych uczuć i bardzo w tym przypominają współczesnych „singli”. A jednocześnie cały czas się prowokują i tam na dnie kryje się ogromne złoże namiętności. Don Pedro (Artur Żmijewski) intryguje dla zabawy, a jego przyrodni brat Don Juan (Maciej Kozłowski) jest intrygantem z natury, jednak próbuje walczyć z własną namiętnością… I tak – komedia ociera się tu o dramat, a szekspirowska fabuła o współczesność.

Bardzo dziękuję za rozmowę
Rozmawiała: Ewa Sośnicka – Wojciechowska
(Przedruk z: „Stolica” nr 12 (2201) grudzień 2008).

Dodaj komentarz