Ateneum skończył 80 lat: Tylko bez blagi

O teatrze Ateneum w najnowszym numerze "Stolicy
 pisze Tomasz Miłkowski.
Na premierę stawili się „wszyscy”, dawno mury Ateneum nie gościły tak wpływowych gości. Przyszli politycy emerytowani, politycy aktywni i politycy in spe, dawni działacze podziemnej opozycji i ich przeciwnicy. Nic dziwnego, bo to rzecz o politykach, na którą zjechał z Pragi sam Vaclav Havel. Właśnie jego sztukę, „Odejścia”, pierwszą, jaką Havel napisał po 20 latach przerwy na politykowanie, wystawiło Ateneum na inaugurację kolejnego sezonu, i to sezonu swojego, bagatela, osiemdziesięciolecia.
    Scenograf Paweł Dobrzycki, nawiązując do antycznej sceny greckiej, zbudował monumentalny pałac-willę, której solidne klasycystyczne linie mają świadczyć o fundamentalnej trwałości materii w przeciwieństwie do wątłego ducha. Doprawdy, zdumiewający to widok na maleńkiej scence Ateneum, którą trudno byłoby o monumentalizm posądzać. Ale też 80 lat temu, kiedy scena powstała, zapewne nikt z jej projektodawców nie domyślał się nawet, jakie przedstawienia będą tu kiedyś grane.
    Zamierzenia na początku było skromne. W powstałym w roku 1928 gmachu Związku Zawodowego Kolejarzy wybudowano także scenkę teatralną, gdzie spodziewano się organizować okolicznościowe imprezy, koncerty, czasem przedstawienia. Ale wkrótce apetyty urosły i kolejarze zafundowali Warszawie teatr. Miał to być teatr robotniczy, teatr przedmieścia, dla ludu, cokolwiek by to miało znaczyć. Przed wojną na jego czele stał najdłużej Stefan Jaracz, krótko dzieląc się kierownictwem z Leonem Schillerem, który na dwa lata przejął dyrekcję.
    Plany były szerokie, ale rzeczywistość nie dawała o sobie zapomnieć. Toteż mimo wysokich aspiracji artystycznych stałą troska kierownictwa teatru było dopięcie chwiejnego budżetu. Ateneum rozpoczął egzystencję od ekscentrycznego pomysłu wystawienia „Wandy” Cypriana Norwida, misterium, które z trudem przedzierało się  do nieprzygotowanej publiczności. To było jeszcze przed Jaraczem i po katastrofie finansowej Jaracz został wezwany na ratunek. Próbował łączyć ogień z wodą – przedstawienia ambitne z komercyjnym urobkiem, którego nie lubił i którym pogardzał. Wzywał do teatru-misji, choć największym magnesem przyciągającym widzów do teatru był on sam…
    Co z tego wszystkiego zostało? – Myślę, że niewiele – odpowiadał Gustaw Holoubek, który przejął Ateneum po Januszu Warmińskim, jego powojennym restauratorze.  Po wojennych zniszczeniach teatr podniesiono z gruzów i w roku 1951 rozpoczął nowy żywot. Nie był to czas przychylny twórczym poszukiwaniom, w teatrze królowała poetyka socrealizmu, której poddał się także Warmiński, kiedy obejmował teatr w roku 1952 (z niewielką przerwą kierował teatrem do roku 1996, ponad 40 lat!), debiutując tu swoim socrealistycznym „Zwycięstwem”. Początkowo Warmiński próbował być kontynuatorem Jaracza także w formowaniu nowego modelu teatru robotniczego, pamiętał o doświadczeniach wyniesionych z Łódzkiego Teatru Nowego, który tworzył wraz  z Kazimierzem Dejmkiem. Szybko jednak wpisał się w nowy bieg historii, czasy odwilży, otwierając Ateneum na repertuar zachodni, ambitną klasykę i nowatorskie poszukiwania. Nawiązywał do przedwojennego hasła Jaracza: chciał też robić teatr żywy, aktualny, użyteczny. Nie było to proste, zważywszy na konserwatyzm publiczności. A jednak to właśnie w Ateneum swoje ambitne spektakle realizowali Swinarski i Grzegorzewski (jego pamiętne „Bloomusalem” wg Joyce'a), tu zaistnieli zapomniani futuryści („Bal manekinów” w reż. Janusza Warmińskiego), tu narodził się konkurs na współczesny dramat polski, powstała nowoczesna scena ronde, a potem scena Na Dole, przeznaczona na różnorodne poszukiwania i spektakle kabaretu literackiego. Do historii przeszły brawurowe spektakle-składanki muzyczne: „Kram z piosenkami” Leona Schillera, Agnieszki Osieckiej „Niech-no tylko zakwitną jabłonie” Agnieszki Osieckiej, „Złe wychowanie” Andrzeja Strzeleckiego, „Hemar”.
    Teatr na Powiślu stał aktorami – przed wojną Jaracz, Stanisława Perzanowska, a po wojnie cała plejada gwiazd. Tu swoje najdojrzalsze role przedstawił publiczności Jacek Woszczerowicz w „Ryszardzie III” Szekspira czy „Dozorcy” Harolda Pintera, tu błyszczał talent Aleksandry Ślaskiej („Mewa” Czechowa, „Madame de Sade”), Jana Świderskiego w „Wielkim Fryderyku” Adolfa Nowaczyńskiego, Jana Kociniaka w „Czaszce z Connmary” Martina McDonagha,  Mariana Kociniaka w „Balu manekinów” czy „Powrocie do domu”. Tu zajaśniał talent Piotra Fronczewskiego m.in. w „Antygonie z Nowego Jorku” czy „Królu Edypie” i talent komediowy Gustawa Holoubka w „Życiu rodzinnym” Marka Koterskiego.  Wymieniać  by można długo, bo wielkie role mają w tym teatrze za sobą Hanna Skarżanka, Jerzy Kaliszewski, Roman Wilhelmi, Ewa Wiśniewska, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Anna Seniuk, Elżbieta Kępińska, Marek Walczewski, Władysław Kowalski, Edmund Fetting, Jan Matyjaszkiewicz, Marian Opania, Jerzy Kamas.
    Mawiało się o tym teatrze, że to teatr gwiazdorski, że trudno się tu pracuje, że reżyserzy boją się tego teatru jak ognia. I to nie tylko ostatnio. Na wystawie z okazji 80-lecia dostępnej we foyer teatru można przeczytać fragment listu Janusza Warmińskiego do zespołu Ateneum, w którym użalał się na rozchałturzenie aktorów, na ich brak odpowiedzialności, i wzywał do opamiętania. A przecież były to czasy, kiedy pracę w teatrze aktorzy szanowali najbardziej. Podobnie o aktorach pisał wcześniej Stefan Jaracz, który w swoim testamencie artystycznym, odczytanym tuż po jego śmierci na pierwszym zjeździe ZASP (11 sierpnia 1945), pisał: „Nie przezwyciężyliśmy  niewolnika  w sobie. Czekamy znowu, kto nowy nas wynajmie. I już się tam pchamy, już blagujemy na inną miarę, już gra świat małych ambicji, chętnie wdziewamy nowe lokajskie liberie. A teatr, a Sztuka, a praca?”.
    Jak blisko tym słowom do kwestii Starego Aktora, którą przejmująco wypowiadał Gustaw Holoubek (w telewizyjnym spektaklu „Wyzwolenia” Wyspiańskiego w reżyserii Macieja Prusa – była to jego ostatnia rola w życiu): „Mój ojciec był bohater, a my jesteśmy nic!”.
    Ateneum za dyrekcji Gustawa Holoubka (1996-2008) nie miał dobrej prasy. Po części zasłużenie, ale po części z rozpędu. Wpływowi recenzenci uznali, że niczego po Ateneum nie można się spodziewać. Rzeczywiście, obok przedstawień chybionych, realizowanych wyłącznie z myślą o kasie, pojawiały się  na afiszu przedstawienia głębokie, poruszające. Jeśli spojrzeć na bilans dokonań okiem nie uprzedzonym, to okaże się, że proporcje wcale nie układały się najgorzej, choć, i to w jakimś sensie teatr obciąża, spektakle o większym ciężarze gatunkowym nie przyciągały publiczności, która wolała łatwiutkie komedyjki lub składanki. Zresztą z tymi samymi dylematami borykał się i Jaracz, i Warmiński.
    Nowa dyrektorka Teatru Ateneum, Izabella Cywińska stoi więc przed niełatwym zadaniem zdobycia na nowo serca publiczności, odczarowania (nieważne, sprawiedliwej czy niesprawiedliwej) czarnej legendy teatru cierpiącego na sklerozę. Deklaruje, że nie zamierza tworzyć teatru bulwarowego o repertuarze łatwym lekkim i przyjemnym: – To będzie teatr z misją. Nie wypada za publiczne pieniądze, a przecież teatr jest finansowany z kasy miejskiej, prowadzić komercyjnego teatrzyku. To musi być teatr ideowy, który skłania do refleksji na światem.
    A więc… Jaracz zmartwychwstał? Obejmując kierownictwo teatru Ateneum, Stefan Jaracz deklarował: „Żywe słowo aktora spełniać musi posłannictwo, do którego są powołani: teatr i aktorzy (…) Tutaj musi królować prawdziwa sztuka, twórcza myśl i twórcza praca. (..) Aktorzy i widz w naszym teatrze stanowić muszą jednolitą całość”.
    Mocno powiedziane. – Jaracz żądał od aktorów poświęcenia – komentuje Cywińska. – pełnego oddania się pracy. Był to program adresowany nie do ludzi, ale do aniołów. A przecież Jaracz, jak wiadomo, aniołem nie był. Borykał się nałogiem, lubił wypić, niejeden spektakl w życiu zawalił. Pił do dna. Ale potem odbijał się od dna i stawiał porywające zadania. To była idea dokonania czegoś niemożliwego.  Czy się zestarzała? Oto pytanie. Bo choć nigdy nie została zrealizowana, pozostała drogowskazem, a może tylko pięknym marzeniem.
    Pierwsze premiery pod nową dyrekcją zapowiadają kierunek zmian. Początek dały wspomniane „Odejścia” Vaclava Havla w reżyserii Izabelli Cywińskiej, potem zobaczyliśmy „Trash story” Magdaleny Fertacz, sztukę nagrodzoną Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną w reżyserii Eweliny Pietrowiak i „Szarańczę” Biljany Srbljanović w reżyserii Natalii Sołtysik. Trzy nowe słowiańskie sztuki z Europy środkowej, trzy warszawskie prapremiery (w tym jedna światowa!), reżyserowane przez kobiety.
    Wygląda na to, że dyrektor Cywińska zaprasza publiczność Ateneum na kozetkę do psychoterapeuty, aby porozmawiać o widmach pozostałych po okresie minionym, o pamięci wielkich migracji, o gwałtownych zmianach ustrojowych i o zmorach nowej rzeczywistości, w której wcale nie ustąpiły dawne choroby, a jedynie uległy zmutowaniu. Spodziewano się po tych premierach cudownej przemiany Ateneum, ponad stan i na wyrost. Zbyt gwałtowny zwrot mógłby teatr zawiesić w pustce i słusznie Cywińska zdecydowała się na ewolucję, a nie rewolucję. Skupia wokół siebie młode utalentowane reżyserki, z którymi łączy ją pasja stawiania trudnych pytań. Zamiast grzecznego jubileuszu, opartego  na tzw. pewniakach (uznani autorzy, najlepiej komedii, uznani reżyserzy), wybrała ryzyko. To mocna zapowiedź, chociaż teatr nie zelektryzował publiczności, a większość recenzentów znudził, mimo że wszystkie premiery to solidna robota teatralna. Cywińska w „Odejściach” podstawiła politykom szydercze lustro, w „Trash story” pokazała nie kończące się historie polsko-niemiecko-rosyjskie, w „Szarańczy” chore stosunki między młodymi i starymi z polityką w tle. Jak na jubileusz niezbyt miły katalog spraw, których nie można zamieść pod dywan. W każdym z przedstawień można wskazać na role wybitne: Fronczewskiego (kanclerz w „Odejściach”), Jadwigi Jankowskiej-Cieślak (niemiecka dziewczynka w „Trash story”), Ireny Laskowskiej (matka w „Szarańczy”). Każde z przedstawień, utrzymane w innej stylistyce, to głos w dyskusji o naszej duchowej kondycji. Jeśli komuś wydaje się to anachroniczne, cierpi na społeczny daltonizm. – Może się to komuś nie podobać, ale tak tu właśnie będzie – powiedziała  Cywińska po premierze „Szarańczy”. To mocna zapowiedź.
    Przed laty, na półwiecze teatru profesor Edward Krasiński wystawił taką cenzurkę Ateneum: „Teatr z natury kameralny, literacki, intelektualny, wyznający pracę skupioną, studyjną, mało w nim udawania i przypadkowości, wiele natomiast pasji odkrywania i eksperymentowania, nadążania za aktualnościami repertuarowymi i inscenizacyjnymi, bez fałszywego udziwniania, ekstrawagancji, pustki formalnej i myślowej”. Dzisiaj ta trafna 30 lat temu ocena brzmi nieco na wyrost. Ale poczekajmy. Jak się już mówi w Warszawie, Ateneum wrócił gry.
Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz