Sprawa Dantona Klaty

Piły idą w ruch
Na widownię wchodzi się przez labirynt rozmaitej wielkości pudeł, byle jak skleconych z tektury, blachy falistej i czego tam jeszcze, przypominający dzielnice nędzy w krajach Ameryki Łacińskiej, brodząc niemal po kostki w trocinach i odpadkach tartacznych – oczywisty znak, że tutaj się rżnie, niekoniecznie drewno. W jednym z pudeł z uchylonymi ku górze drzwiami garażowymi na wpół zanurzony w wannie mężczyzna.
Sprawa Dantona, fot. Bartosz Maz
Dwóch innych staje poprawia jego pozę, by przypominała tę, utrwaloną na obrazie. Ciągle niezadowoleni pilnują, żeby był wojenna kopia samego siebie. Ten mężczyzna to Robespierre, a tych dwóch to jego najbliżsi współpracownicy. Zanim akcja ruszy, na scenie pojawia się kobieta udrapowana na francuską Mariannę (Kinga Preis), która wielokrotnie grasejując „r”, smakuje nazwisko „Robespierre”. Wywołuje tym spontaniczny śmiech publiczności, i już wiadomo, że nie będzie to solenna „Sprawa Dantona”, ale jej przenicowane komiczne dno. Jan Klata zamiast poważnego dyskursu wybiera styl slapstickowy, nadając postaciom ostrą charakterystyczność, nie stroniąc od gagów, kontrastów i niestosowności. Można buntować się przeciw tym niefrasobliwym zabiegom, dość prostackim w scenach erotycznych i powierzchownych w scenach debat politycznych – wymianę argumentów zastępuje przekrzykiwanie się, papugowanie, powtarzanie tych samych krótkich pytań, stawianie min, z czasem jednak, oswajając się ze stylistyką, widz poddaje się wizji świata, która paradoksalnie w tej uproszczonej karykaturalnej formule ujawnia bezradność przywódców rewolucji (czytaj: polityków) wobec materii życia. Zderzenie mdłej demokracji i zamordyzmu okazuje się pozorne, obie strony przegrywają to starcie. Porównania narzucają się same.
Siłą tego spektaklu jest żywioł komiczny. Rewolucja jest straszna i śmieszna. Wprawdzie leje się krew (choć jej na scenie nie widać), ale ludzie zachowują się jak nakręcane lalki, w których co pewien czas zacina się sprężyna. Tak zbudowane są główne postacie dramatu: wieprz Danton ze swoją zmysłowością, zakochany w Desmoulinie Robespierre, wystraszony swoją władzą, nadęty Philippeaux i wreszcie pióro Dantona, polityczny półgłówek Desmoulins – Bartosz Porczyk w tej roli pokazał cały rejestr zawahań, odstępstw, małych zdrad, pokus, pychy, samouwielbienia, zwierzęcego strachu, pompierstwa na pokaz, a scena kuszenia pismaka przez przywódcę jakobinów przypomina uwodzicielskie sceny z „Toma Jonesa”.
Wiele w tym spektaklu wynalazczych pomysłów, które dobrze świadczą o wyobraźni teatralnej Klaty. Tylko kilka dla przykładu: oto scena, w której Robespierre przybywa do Konwentu i swoim śmiałym wystąpieniem przeciw Dantonowi i jego zwolennikom podporządkowuje sobie Izbę. Robespierre przemawia do deputowanych niemal słodko – cicho, z perswazyjnym uśmiechem katechety, nauczającym zbłąkanych. Ale sącząc te słodkie słówka, stoi przed Konwentem trzymając w ręku piłę łańcuchową. W takie same piły uzbrojeni są inni członkowie Komitetu Ocalenia Publicznego. Nie będzie żadnej litości dla słabych, zapowiada w ten sposób Klata i wkrótce piły idą w ruch. W jednej z kolejnych scen, skazani przez Trybunał, Danton i jego towarzysze są u fryzjera, przygotowywani do zgilotynowania. Przykrywa ich wspólna biała płachta z otworami na głowy. Żywo dyskutują. Fryzjer z włączoną maszynką stoi za ich plecami. Nikogo nie goli, ale kilka razy ostrzega, że może skaleczyć, jeżeli nie będą spokojnie siedzieli. Sprawia to mocniejsze wrażenie niż scena kaźni. W finale z tekturowego pudła wystają tylko dwie głowy, Robespierre'a i Saint-Justa, rozmawiają o terrorze, o tym, że czas na dyktaturę. Po każdej kwestii ich głowy obracają się naokoło osi – jeszcze nie zgilotynowane. Między nimi Marianna, popijająca krwiste koktajle, przed wygaśnięciem świateł bez entuzjazmu, z zawahaniem, powątpiewaniem, zdziwieniem mówi tylko jedno słowo: rewolucja. Niczego to nie tłumaczy i tłumaczy wszystko.
Nie jest to spektakl bez wad, jest w nim grzech nadmiaru – reżyserowi trudno było rozstać się ze swym dzieckiem, przedstawienie trwa prawie 3 godziny bez przerwy, ale o nudzie nie ma mowy. A jednak pod koniec Klata mógłby ograniczyć liczbę zakończeń: trzy finały to za dużo, zwłaszcza ten pantomimiczny, który wiele do spektaklu nie wnosząc, nuży, wybija z rytmu.
Zapewne wersja Klaty to nie jedyny przepis na Przybyszewską, ale trudno odmówić mu ognia, siły przekonywania i rażenia śmiechem. A to potężna broń.
Tomasz Miłkowski
Stanisława Przybyszewska, „Sprawa Dantona”, scenariusz, reżyseria, sample i skecze mentalne Jan Klata, Teatr Polski we Wrocławiu, spektakl na festiwalu Boska Komedia, 7 grudnia 2008

Dodaj komentarz