Grzegorzewska na serio

Z “Ifigenią” nie ma żartów – Antonina Grzegorzewska na małej scenie Teatru Narodowego (nota bene imienia jej ojca, Jerzego Grzegorzewskiego), przedstawia swoją wersję antycznego mitu.
I tylko antyczne tło łączy te zupełnie różne sztuki. Grzegorzewska dopuszcza do głosu Ifigenię, traktowaną od czasów Eurypidesa przedmiotowo jako bierna ofiara w rękach mężczyzn. Tym razem Ifigenia sama walczy o swoją obecność, szczęście, wreszcie o szczęście innych. Ale nie jest heroiną w stylu tragedii greckiej, to raczej przedwcześnie dojrzała dziewczyna, która zmierzyła się z okolicznościami, nad którymi nie może zapanować. Podskórnie, choć wprost nie wypowiedziany, drąży ten utwór konflikt córki z ojcem, nie tylko Ifigenii z Agamemnonem, ale i autorki spektaklu z jej wielkim ojcem – wadzi się z nim we wszystkim. Począwszy od zamiany miejsc między widownią i sceną. Ale na koniec spektaklu pojawia się cytat z ostatniego przedstawienia ojca, czyli ugoda. Kilka świetnych plastycznie scen, kilka brawurowych monologów: Klitajmestry (Aleksandra Justa) przemowa do córki, Agamemnona (Jerzy Radziwiłowicz) mowa do żołnierzy, Menelaosa (Arkadiusz Janiczek)  plugawa modlitwa do pięknej Heleny. A jeszcze do tego wspaniała wokaliza Ewy Bułhak (Medea), boska postawa Magdaleny Warzechy (Afrodyta) i naturalny wdzięk Ifigenii (Anna Gryszkówna).

Antonina Grzegorzewska, “Ifigenia”, reżyseria i rzeźby – Antonina Grzegorzewska, scenografia Barbara Hanicka, muzyka Stanisław Radwan, Teatr Narodowy, Scena Przy Wierzbowej, premiera 7 listopada

Tomasz Miłkowski

Tekst opublikowany w miesięczniku "Stolica" (grudzień 2008)

Dodaj komentarz