Plonter, czyli Dialog pod kulami

Bat-Yam-Tykocin Express 76 to niezwykły polsko-izraelski projekt teatralny. 20 listopada we wrocławskim Teatrze Współczesnym, a w grudniu w teatrze Habima w Tel Awiwie odbędą się premiery dwuczęściowego spektaklu, na które składają się scenariusze polskich i izraelskich artystów, dotyczące skomplikowanych relacji polsko-żydowskich. Część „polska” z aktorami izraelskimi, opartą na własnym scenariuszu (napisanym wespół z Pawłem Demirskim) reżyseruje Michał Zadara, a część izraelską z polskimi aktorami we Wrocławiu utalentowana młoda reżyserka (i autorka dramatów), Yael Ronen. Przed premierą przypominamy inne, bardzo głośne, gorące politycznie przedstawienie Ronen – „Plonter” (po polsku „Węzeł”), które budzi emocje nie tylko w Izraelu.
Image

Dialog pod kulami
Plonter,  czyli izraelski teatr szuka przyszłości

Para uzbrojonych po zęby żołnierzy strzeże wejścia na salę teatralną. Wykrzykują coś do mnie nieprzyjaźnie. Chyba po arabsku. Ktoś pokazuje dowód tożsamości. Wyciągam paszport. Żołnierz ogląda dokument wnikliwie, porównuje zdjęcie z oryginałem. Przepuszcza, mogę wchodzić. Tak to się zaczyna.
Nie jestem zaskoczony. Widzę ten spektakl po raz drugi, Wcześniej widziałem go podczas międzynarodowego festiwalu teatralnego w Seulu i, przyznam szczerze, podejrzewałem teatr o manipulację, studencką zgrywę. No cóż, pamięta się te spektakle z czasów festiwali teatru otwartego we Wrocławiu, kiedy, ściśnięci jak śledzie w beczce, czekaliśmy na początek spektaklu, niepewni, kto wejdzie do środka.
Ale tym  razem chodzi o coś zupełnie innego. Kontrola przed wejściem na salę to blady cień tych rzeczywistych kontroli, jakie Palestyńczycy na punktach granicznych w Stefie Gazy i innych terytoriach pod tymczasową okupacją izraelską  przechodzą na co dzień. Palestyńczycy (i nie tylko) muszą poddać się temu narzuconemu przez okoliczności  systemowi upokorzeń, jeśli chcą się poruszać między strefami. Twórcy spektaklu uchwycili to znakomicie.
Przedstawienie nazywa się „Plonter”, co w slangu Sabra oznacza coś na kształt węzła, słowo bliskie znaczeniowo węzła gordyjskiego, którego nie sposób rozwiązać, chyba, że się wpadnie na koncept Aleksandra Macedońskiego. Sytuacja tak się właśnie przedstawia – konflikt żydowsko-palestyński to węzeł, splot niekończących się i zadawnionych pretensji. I teatr próbuje (ale czy jest w stanie?) je przezwyciężyć.
„Plonter” to coś znacznie więcej niż spektakl – trudno widowisko oceniać wyłącznie w kategoriach artystycznych. To przede wszystkim deklaracja polityczna, wypowiedź w dyskusji o przyszłości Izraela, najwyraźniej w duchu postsyjonizmu, który kwestionuje zasadność traktowania Izraela wyłącznie jako państwa żydowskiego.
Spektakl dojrzewał powoli. Jego młoda reżyserka i autorka sztuki Yael Ronen należy do drugiej generacji Izraelczyków. Już w szkole teatralnej pisała sztuki z grupą młodych aktorów. Jej dramaty: „Przewodnik udanego życia” (2004), „Plonter” (2005), „Czary” (2007) spotkały się z uznaniem w Izraelu i za granicą.
„Plonter” jest owocem trwającej dobre osiem miesięcy wspólnej pracy 9 izraelskich aktorów – 5 Żydów i 4 Arabów, którzy przygotowywali swoje role odwołując się do realnych źródeł i lekcji historii. Odwiedzali palestyńskie miasta, osiedla żydowskie i punkty kontrolne. Rozprowadzali kwestionariusze na temat konfliktu żydowsko-palestyńskiego, początkowo wśród rodzin i przyjaciół, potem wśród spotykanych ludzi. Razem studiowali historię, rozmaicie odmalowaną w palestyńskich i izraelskich tekstach, odnajdując, jak mówi Ronen, „to, czego nie nauczono nas w szkole”.
To było dla nich wszystkich bardzo ważne doświadczenie.
Trudno tu mówić o akcji biegnącej od zawiązania do zakończenia, jak w sztuce dobrze skrojonej. ”Plonter” to raczej zbiór scen, ilustrujących codzienność w podzielonym Izraelu, w szczególności w tzw. terytoriach. Scenariusz ukazuje  rodziny izraelskie, żydowskie i palestyńskie, żołnierzy, wojowniczych demagogów, cynicznych obrońców praw człowieka i zdezorientowanych strażników. Co ważne, w role palestyńskich i żydowskich bohaterów wchodzą wszyscy aktorzy – nie ma tu podziału na grających tylko Arabów lub tylko Żydów.
Ton tej opowieści rozciąga się od satyry do powagi. Dekoracje, oświetlane od czasu do czasu przez impresje filmowe, przedstawiają rozmaite wnętrza: od salonu w Tel-Awiwie po cmentarz i wnętrze autobusu. Paradoksalnym spoiwem widowiska jest mur, wznoszony między Izraelem a Zachodnim Brzegiem – w jednej ze scen palestyński dom na granicy stref zostaje dosłownie podzielony murem na pół: kuchnia i łazienka pozostają po stronie Izraela. „Czy używacie je często?”, pytają izraelscy robotnicy właściciela domu przed instalacją  punktu kontrolnego w jego salonie. „Kiedy będziecie potrzebowali ich użyć, powiedzcie żołnierzowi, że to humanitarna sprawa”.
Narracja ma luźną strukturę, a jej punktem zwrotnym jest przypadkowe zabicie jedenastolatka, Khalil Barthoum, przez żołnierzy izraelskich. Yoni z elitarnej jednostki izraelskiej, po śmierci Khalila przechodzi piekło wyrzutów sumienia, chce wystąpić z wojska. Matka Yoniego, Tsippi Peleg, to głupiutka kobieta o dobrym sercu (nota bene pochodząca z Polski), dumna z wojskowej kariery syna, ale pragnąca też lepiej zrozumieć Arabów. Pewnego piątku zaprasza na obiad arabskie małżeństwo. To podobno bardzo w Tel-Awiwie modne: żydowska rodzina powinna mieć swojego zaprzyjaźnionego Araba. Koniec wieczoru jest krępujący: Tsippi gwałtownie wyrywa gościom wcześniej podane piwo, ponieważ przypomina sobie, że muzułmanie nie piją alkoholu. Ku jej zdziwieniu okazuje się, że zaproszony Arab jest chrześcijaninem. Okazuje się, że nic nie jest takie, jak się wydaje, i nic nie jest oczywiste…
W spektaklu wzniosłość spotyka się z buffo, absurd z tragizmem. Ronen nie stroni od sytuacji komicznych. W jednej z przewrotnych scen mowa o Machsom Watch, ruchu izraelskich wolontariuszek, które monitorują wojskowe punkty kontrolne, aby czuwać nad przestrzeganiem praw człowieka. Osadniczka deklaruje przystąpienie do ruchu i pyta: Swatch? Nie, Watch, odpowiada córka. I tak kilka razy. Kto w takim razie to sponsoruje, dopytuje się matka, jeśli nie Swatch company?
Ale humorowi, często czarnemu, towarzyszy symbolika. W jednej z najbardziej wymownych scen, szary mur dzielący ludzi stoi na wprost widowni. Aktorzy, wszyscy w czerni, stoją przed murem, wpatrzeni w szarą ścianę. Jak się okazuje to stado zbłąkanych owiec. Beczy ze smutkiem,  ale znikąd pomocy. Nie przeskoczy muru, pozbawione swobody. Takie samo stado  jak my, sugerują aktorzy Renen, to  my wszyscy jesteśmy owcami.
To, co widzimy na scenie, często jest związane z osobistymi doświadczeniami aktorów. Yoav Levy, na przykład, żydowski aktor przywołał czas swojej służby na terytoriach w scenie, w której izraelski żołnierz brutalnie kopie powalonego na ziemię Palestyńczyka. Pewnego wieczoru kilku żołnierzy z jednostki Yoava oglądało spektakl. Bez słowa wyszli z teatru. Ale czekali na niego przed wyjściem. Byli zakłopotani i spłakani.
Przedstawienie nikomu nie ułatwia życia, nie uspokaja. Przeciwnie: wyzwala emocje, zmusza do refleksji i rozrachunku. Nie ułatwia też życia Palestyńczykom. Oto palestyński mściciel zabija dziecko żydowskiego osadnika w odpowiedzi na śmierć Khalila. Dzieciaki grające  w piłkę tworzą grupę „Futbolowych Męczenników”, planują zamachy samobójcze. Dziewczyna z różowym plecakiem nosi z dumą wybuchowy pas, który oplata jej talię. „Jestem szahida, jestem szahida”, śpiewa dziewczyna, używając arabskiego słowa oznaczającego męczennicę, i nagle zeskakuje ze sceny na widownię.
Na przedstawieniu zwykle się nie kończy. Po spektaklu na sali pozostaje  około 50 osób, aby porozmawiać z aktorami. Część z nich chwali robotę, inni zarzucają, że sztuka nazbyt natarczywie narzuca pro palestyński punkt widzenia. Niektórzy widzowie krzyczą, że aktorzy zapomnieli o historycznym kontekście, inni płaczą. Ale właśnie na takie żywe reakcje liczyła Ronem: „Nie zależy mi na widzach, którzy wychodzą z teatru i zadowoleni idą spać do domu”.
Teatr polityczny rzadko zyskuje w Izraelu tak szerokie  powodzenie, choć tylko ślepy i głuchy nie zobaczy, że echa konfliktu żydowsko-palestyńskiego słychać i widać niemal w każdym przedstawieniu, także w klasycznym repertuarze. Rzadko jednak przedstawienia tak głęboko penetrują najsilniejszą izraelską traumę.
„Plonter” idealnie trafił w swój czas. Stawianie muru (na mocy decyzji rządu) oddzielającego rejon Gazy od Izraela, na nowo zwróciło uwagę na nie rozwiązany od dawna konflikt. Wznowiła się narodowa debata o przyszłości Izraela, pobudzając zainteresowanie spektaklem Ronen. Żołnierze, szkoły i po prostu zaciekawieni tematem widzowie wypełniali 165-osobowa widownię Teatru Cameri kilka razy w tygodniu przez kilka miesięcy. Oczywiście, teatr nie chce i nie może proponować cudownego rozwiązania konfliktu. Ronen i jej aktorzy i tak zrobili więcej, niż można od teatru oczekiwać.
Na koniec przedstawienia na wielkim ekranie wyświetlany jest zapis wideo: grupa aktorów idzie po krawędzi muru, dzielącego Izrael i Strefę Gazy. Idą niczym akrobaci, balansując ciałem, aby nie spaść. To nie jest łatwy spacer, ale symbolicznie oddaje stan rzeczy: tylko ostrożnie, ale wspólnie stąpając można dojść do upragnionego celu, do pojednania.
Spektakl jeździ po świecie, jeździ po Izraelu i wszędzie budzi emocje. To teatr, który jest czymś więcej niż teatrem.
Tomasz Miłkowski

„Ta sztuka, wymierzona przeciw mrocznym powodom okupacji i intifady, szybko zmusza widzów do zauważenia, że „inni” to także wrażliwi ludzie”.
Donald Macintyre, The Indipendent

„Wielkie niebezpieczeństwo, oczywiście, w tym, że izraelscy widzowie zobaczą sztukę, odhaczą to w kwadraciku z napisem „sumienie” i pójdą do domu zadowoleni. Teatr nie może zrobić nic więcej. Zwykle robi mniej. Jeśli widz wróci do domu z jednym zapamiętanym obrazem, który go męczy, to zawsze coś”.
Michael Handelzalts, Ha'aretz

„Plonter, który wygląda jak sceny z życia codziennego okupowanych terytoriów w Izraelu, jest często szorstkim, hartującym egzaminem z tych wybuchowych wydarzeń.
Derek Wilson, CapeTimes Tonight

Dodaj komentarz