Jan Kobuszewski: Nie zostaje nic poza wspomnieniami

Z Janem Kobuszewskim rozmawia Krzysztof Wróblewski.

– Jakich pytań najbardziej nie lubisz?
Przede wszystkim zaczyna się od tego, że dziennikarz zadający pytania, może zrobić z interlokutora, idiotę albo geniusza, więc nie lubię takich, które ze mnie robią idiotę.
– A o co chciałbyś abym ja Ciebie zapytał?
To już jest Twoja sprawa……. O przyrodę….. o takie sprawy… o moje życie prywatne, ale wyłącznie o moje życie prywatne. Ogromnie lubię las. Mimo , że jestem mieszczuchem od dziada pradziada, bo jestem „zakapiornym” jak ja zawszę mówię "Warszawiaczkiem", to jednak, ponieważ w dzieciństwie zetknąłem się trochę ze wsią. Mieliśmy, przed wojną, malusieńki mająteczek pod Warszawą w Strudze i do tej pory niesłychanie tęsknie za przyrodą i za naturą. Natomiast uwielbiam Mazury. Dla mnie pobyt na Mazurach, to jest powrót do życia, to las, to jezioro, to są ptaszki, grzybki, rybki, słodkie nieróbstwo, czytanie książek, czasem telewizja, więc raczej jestem stworzony do życia na wsi. Niestety, ze względu na zawód, nie mogę sobie na to pozwolić.
– A propos książek, jaka jest Twoja ulubiona książka? Jest taka?
Jest. Jedna to taka, która pozwoliła mi przeżyć stan wojenny, którą czytałem zresztą, po raz drugi czy trzeci w życiu , wielotomowa " Bolesław Chrobry" Antoniego Gołubiewa. Pisany dziwnym językiem ,który sobie pan Antoni wmyślił, taką pseudo staropolszczyznę. Jest to książka wielowątkowa i dająca spojrzenie na nasze narodowe cechy charakteru. Wspaniała książka, zresztą pisał ją podczas okupacji.
– A gdybyś zaczynał teraz,dziś, też został byś aktorem?
Wydaje mi się, że tak. Z tego prostego względu, że jest to zawód, przy którym ja się
nigdy nie nudziłem, nie nudzę i do końca mojego życia, nie będę się nudził. Poza tym poznaję wspaniałych ludzi i nigdy nie robię tego samego nawet grając ten sam spektakl. Zawsze jest coś innego w zależności od partnera , w zależności od jak ja to
nazywam ”surowego widza” czyli publiczności, której nigdy nie lekceważę. W związku z tym, każdy spektakl jest innym spektaklem… nieco innym. Oczywiście w ramach koncepcji reżysera,że nie wspomnę o tekście autora.[śmiech]
–  Wracając do teatru, skoro jesteśmy przy tym temacie, powiedz mi: Jesteś teraz w
teatrze Kwadrat, gracie w zasadzie komedie i właśnie jeżeli chodzi o komedie, jakie
widzisz różnice, miedzy graniem komedii, a szmirowatością niektórych aktorów, bo
chyba przyznasz,że nie wszyscy aktorzy potrafią grać komedie?
Oczywiście, że tak. Zawsze mnie uczono i sam do tego też doszedłem i teraz powtarzam to wielu kolegom, że komedia musi być grana tak jak Czechow tzn. niesłychanie prawdziwie i niesłychanie realistycznie. Aktor, który gra komedię musi w to wierzyć w100%. Najgłupsza sytuacja, najbardziej kretyński tekst, jeśli jest oparty prawdą aktorską, wtedy staje się do zniesienia. Poza tym ja nie grywam komedii, które są płaskie, tzn. o niczym. Ja mam na szczęście tę możliwość, że mogę sobie wybrać to, w czym chcę grać, w związku z tym moje komedie, w których grywam, są raczej lekko dydaktyczne i lekko pouczające. A' propos aktorów, są aktorzy, którzy potrafią grać tylko komedie, są aktorzy, którzy potrafią grać tylko dramat, a komedii kompletnie nie potrafią, ale są i tacy, których ja zawsze czule wspominam, oni potrafili grać cudownie tragedie, dramaty i komedie, wszystko,absolutnie wszystko.
– O kim teraz myślisz?
Na przykład o Tadeuszu Fijewskim, np. o Stasiu Jasiukiewiczu. O wielu, wielu moich
wspaniałych przyjaciołach, o Władku Hańczy. Fijewski to było zjawisko. A Hańcza np. i w „Samych swoich” i w „Potopie” i w „Chłopach”… więc okazuje się, że można.
– A co myślisz o zjawisku tego tzw. gwiazdorstwa? Teraz ciągle czytamy we wszystkich periodykach, w różnych czasopismach, szczególnie tych kolorowych, że
gwiazda jakiegoś serialu, tu gwiazda, tam gwiazda?
To jest moda. Zresztą ja popieram zdanie niedawno niestety zmarłego, Gucia Holoubka, tak jak on, i chwała mu za to, tak ja, nigdy nie chciałem być gwiazdą, chciałem tylko dobrze wykonywać swój zawód. A gwiazda, to jest coś takiego co, co rozbłyśnie i zgaśnie. Mam wiele takich przykładów, ale i wielu moich przyjaciół, zarówno koleżanek i jak i kolegów wbrew pozorom, właśnie ciężką pracą dorabiali się, może nie tyle gwiazdorstwa, co stałej pozycji na naszej scenie. i jeszcze to powiem, co zawsze podkreślam w swoich wywiadach, że nasza praca jest ulotna. Po pracy aktora, szczególnie w teatrze właściwie, nic nie zostaje. Nasza praca jest wtedy akceptowana, kiedy ją wykonujemy. Po pisarzu zostaje literatura, po malarzu dzieło, po rzeźbiarzu rzeźba. A po nas… niewiele. Po aktorach,nie zostaje nawet film, który jest nakręcony przed laty. Potem zmieniają się niesłychanie mody, pojecie piękna,dochodzi do tego technika, wiele, wiele rzeczy. Filmy sprzed 30 czy 40 lat, które dzisiaj ogląda się z przyjemnością?..Takich filmów w filmotece światowej jest 10 czy 20, a reszta…popada w zapomnienie. I słusznie.
–  Czy zgodziłbyś się, aby Twoje przedstawienie, które teraz gracie w kwadracie było sfilmowane? Na przykład „Harvey” albo…
Nie. Wydaje mi się, że bezpośrednie przenoszenie, ze sceny na …jest w ogóle niemożliwe. Owszem taki spektakl byłby możliwy do przeniesienia, trzeba by było na
tym zupełnie inaczej popracować. Musiałby być bardziej podobny do filmu, lub do spektaklu telewizyjnego niż do przedstawienia teatralnego.
– Dlaczego nigdy nie zagrałeś w reklamie?
Oczywiście że zagrałem,
– Zagrałeś? Ja Cię nigdy nie widziałem, więc dlatego pytam.
Może to i dobrze. Zagrałem kilka razy. Raz w towarzystwie Wiesiów Gołasa i Michnikowskiego, a raz sam, no może ze dwa razy. Co zresztą nie uważam specjalnie za ujmę. Przed wojną aktorzy, wiem to nie tylko z historii, ale nawet z ich ust, też występowali w reklamie. Dymsza, bardzo często, a nawet wielkie aktorki. Np. Pani X
występuje na scenie w futrach, ze sklepu takie i takiego, a Pani Y używa takich, a takich pudrów i szminek. To były anonse w programach teatralnych. Początki reklam. Ale i w kinie było wiele reklam. Przypominam sobie, że jeszcze jako małe dziecko, przed kroniką, przed spektaklem filmowym, oglądałem reklamy.
–  Wróćmy to tego, co powiedziałeś o tym, że zostało może 20 filmów, które się z przyjemnością ogląda. Porównaj: aktor komediowy 50 lat temu i obecnie. Przepraszam, ale to pytanie w związku z 50-tą rocznicą Twojej pracy na scenie.
Może dam przykład, nie tyle jeśli chodzi o aktora komediowego, ale o aktora w ogóle.
Oglądałem, co dzisiaj jest jeszcze w filmotece, taki dialog Solskiego z Brydzińskim,  chyba chodziło o dialog cesarza, króla pruskiego, ze swoim generałem. W tym fragmencie, panowie grali rzeczywiście metodą starych mistrzów. Inna była moda, inne głosy inne aktorstwo. Potem miałem przyjemność i zaszczyt spotkać się z panem
Wojciechem Brydzińskim w teatrze Polskim na scenie i to było zupełnie inne aktorstwo. To coś, dzisiaj nazwalibyśmy takim delikatnym, radiowo-telewizyjnym, filmowym ciepełkiem. To zupełnie inny rodzaj aktorstwa. Czyli zmieniają się mody, kanony, "sposoby" grania. Brydziński był świetlanym przykładem właśnie tych różnic. Grałem z nim w „Wariatce z Chaillot”, gdzie grał profesora, w „Romeo i Julii”, gdzie grał księdza. Wszystko się zmienia. Tak samo zresztą, jak moda na komedie. Ciągle powtarzam i wracam do tego, że komedia musi być grana 100% prawdziwie, wtedy wszystkie rzeczy są wiarygodne.
– Czyli uważasz, że przez 50 lat, mimo zmiany podejścia do zawodu aktorskiego, nie zmienił się sens grania. Trzeba grać prawdziwie i już? To jak, 50 lat temu grało się tak samo czy nie?
Nie, nie grało się inaczej. Po prostu, były inne kanony grania, inna estetyka, inna rzeczywistość, to wszystko musiało mieć wpływ na sposób i metodę.
– Czyli inaczej grałbyś 50 lat temu?
Prawdopodobnie tak. Zresztą na to wielki wpływ miała telewizja i a przedtem film. Na scenie trzeba było jednak grać dosyć głośno, dosyć nośnie, dosyć szeroko. Patrzyło się w Polskę, czyli między balkon, a parter i grało się do całej Polski, w filmie i tv doszły przecież zbliżenia, pół-plany, doszły plany amerykańskie, bliskie podjazdy kamery, w związku z tym wszystko musiało się zmienić. Jeszcze jedna sprawa. Ja gram w małym teatrze i teoretycznie mogę go traktować tak jak studio telewizyjne. Co innego kiedy się gra w Teatrze Wielkim, na scenie Teatru Narodowego czy Polskiego, a co innego w niesłychanie kameralnych salach, jaką jest nasz teatr. Poza tym, czy ja wiem , zawsze mam pewnego rodzaju dziwne podejście, właśnie do aktorstwa komediowego. Powiedziałem, kto mi się bardzo podoba, natomiast może się komuś narażę, ale nie lubię oglądać Jasia Fasoli. To jest dla mnie dziwny przykład aktora komediowego, tak samo jak w niektórych rolach nie lubię Woody Allena, ale w zasadzie komediowych i dramatycznych aktorów, którzy potrafią grać wspaniale, uwielbiam.
– Film polski nie stworzył dla ciebie scenariusza, w którym mógłbyś zagrać i rozwinąć swoje możliwości?
Chciał, ale ja nie chciałem z tego względu, że ja jestem kinomanem, zawsze to powtarzam, lubię siedzieć na widowni. Ale był taki jeden niechlubny i niesławny przykład, o którym mogę powiedzieć. To były dawne, dawne lata, właśnie dla mnie i dla Ninki Traczyk, napisano scenariusz: „Barbara i ja”. To był pierwszy polski serial telewizyjny, który reżyserowało dwóch panów: Jarek Przybył i Jurek Ziarnik, ale tak naprawdę, wyreżyserowała go cenzura. Wszystkie czynniki partyjno-rządowe wtrącały się do tego serialu, w zawiązku z tym wyszło z tego to, co wyszło. Nie lubię pracy w filmie. Reszta jest milczeniem.
– A' propos tej różnicy grania,o której wspomniałeś, między filmem, telewizją, a sceną. Janek Nowicki, kiedyś powiedział, może dziś zmienił zdanie, że to nie ma różnicy, że tu się gra głośniej, a tutaj ciszej. Czy zgodziłbyś się z tym?
Nie. Dlatego, że będąc na zbliżeniu w telewizji, muszę zupełnie inaczej grać, niż tą samą scenę w teatrze. Bardzo szanuję Janka Nowickiego, ale się z nim nie zgadzam.
– Popełniłeś też reżyserię w telewizji.
Swoją reżyserię zaczynałem nie od teatru, ale od telewizji…..ten zawód to jest zupełnie coś innego niż bycie aktorem. Bo aktorem się czasem bywa, szkoda że niewielu zdaje sobie z tego sprawę. Natomiast miałem kiedyś zaszczyt i przyjemność spotkać się z panem Zbigniewem Nowakowskim czyli Zbyszkiem Sawanem, który przed wojną był nie tylko aktorem filmowym, teatralnym ale miał swój teatr przy ulicy Marszałkowskiej 8 i dyrektorował tamże. Robiliśmy po wojnie, w teatrze klasycznym „Poskromienie złośnicy” które on reżyserował, a w którym ja grałem Biondello, jednego z trzech sług. Zaimponował mi tym, że znał się na wszystkim. To znaczy potrafił ustawić światła, zadysponować zmianę dekoracji, był niesłychanie pomocny jako reżyser, aktor z dużym smakiem. I doszedłem do wniosku, że pełny aktor to ten, który w teatrze musi skorzystać ze wszystkiego i w związku z tym właśnie reżyseruję. Niektóre spektakle są udane, niektóre mniej udane ale zaczynałem od telewizji, od spektaklu Stanisława Broszkiewicza „Taniec kogutów”. Świetna rzecz. Nakręciłem kilka odcinków, tego „Tańca”. Niesłychanie byłem ugłaskany, ponieważ wielcy aktorzy zgodzili się w tym zagrać : Dzwonkowski i Henio Bąk, i Franek Pieczka i wielu innych kolegów. ze względu na nich, nie mówię o sobie, to była udana rzecz . Kilka z tych odcinków takich najlepszych, które się dzieją w Szkocji w czasie drugiej wojny światowej, niestety zostało skasowane ze względu, jak mi powiedziano później, małą wartość polityczną. Wspominam taki odcinek, w którym warszawiaczka grał Tadzio Grabowski, ślązaka Franio Pieczka, a lwowiaka Bolesław Płotnicki. Daj Boże każdemu taką obsadę. To była dla mnie wielka przyjemność i wielka radość. Potem przyszedłem do teatru Kwadrat, do Dziewońskiego. Był rok 1976, zaproponował mi sztukę „Ten wstrętny egoista”. Szła 190 kilka razy. Potem reżyserowałem jeszcze wiele rzeczy ale właściwie tylko w moim macierzystym teatrze.
– Zaczynałeś w rolach dramatycznych?
Pierwsze 10 lat, tak. W „Dziadach „dejmkowskich” grałem doktora Becu, w Szekspirze w Teatrze Polskim. Wiele sztuk w reżyserii pani Marii Wiercińskiej w Teatrze Kameralnym w Warszawie. Przez pierwsze 10 lat z komedią nie miałem nic wspólnego.
–  Teraz zostałeś tak jakby zaszufladkowany jako aktor komediowy, a przecież dobry aktor, jak zauważyłeś, potrafi zagrać wszystko.
Chyba bym potrafił, przecież grałem tego typu role. Tylko, że szufladka jest szufladką. Opowieści takich zaczerpniętych z historii to Walter, który przed wojną zagrał Ojca w „Mazepie” czy nawet proszę zwrócić uwagę pani Perzanowska, która była matką w"Matysiakach", wiele, wiele lat potem miała trudności z wejściem na scenę, bo ją właśnie kojarzono z panią Matysiakową. A u mnie? Czy ja wiem? Jakbym zagrał rolę dramatyczną, miałbym trudności z widownią, i dlatego wolę przemilczeć pewne elementy poważne dramatu, tej dydaktyki w komedii, niż gdybym miał grać role dramatyczne, a wszyscy oczekiwaliby ode mnie chwytów komediowych. Twierdzę, i to nie jest tylko moje zdanie, ale przede wszystkim Tadeusza Fijewskiego i Szekspira, że: "w każdej komedii musi być troszkę dramatu, troszkę refleksji i zamyślenia". Natomiast w każdym dramacie może być nieco komedii i radości. Zresztą vide Szekspir.
– A co chciałbyś jeszcze zagrać, a czego nie zagrałeś?
Może inaczej, co chciałem zagrać, a czego nie zagrałem? Bo teraz, już mi się nie bardzo chce. „Oprócz błękitnego nieba nic mi więcej nie potrzeba”. Chciałem zagrać Cyrana de Bergerac. Ale zrobił to za mnie, w telewizji, Piotruś Fronczewski. Jestem z Piotra dumny, zresztą przy mnie zaczynał w Teatrze Narodowym. Zagrał to znakomicie. To trudna rola. A dlaczego chciałem zagrać? Bo Cyrano raczej nie był amantem z wyglądu, ale miał duszę romantyczną, to mi odpowiadało mentalnie. Teraz to już nie możliwe,a to ze względu na, nieprawdopodobną i nieodzowną w tej roli, sprawność fizyczną.
– Co sprawia Ci największą radość jako aktorowi?
O to jest bardzo ciekawe pytanie, bo przecież komedia to taki rodzaj sztuki dramatycznej, sztuki teatralnej, w której właśnie oczekuje się reakcji widowni. Otóż największą radość sprawia mi, gdy mówię coś właśnie w komedii, coś poważnego i widownia słucha i jest martwa cisza. Wtedy wiem, że jestem dla nich ośrodkiem zainteresowania i coś udało się przekazać. To jest chyba największa radość
–  Z perspektywy tych 50 lat,oglądając się za siebie, jakie masz myśli teraz, tak prywatnie?
To co powiedziałem, że nasza aktorska sztuka, to raczej rzemiosło niż sztuka, jest sztuką niesłychanie ulotną i po nas nie zostaje nic poza wspomnieniami. Bo dzisiaj gdybyś zapytał młodego aktora, kto to był Łomnicki, Brydziński, Osterwa, Henio Bąk czy wielu wielu innych, to młodzi koledzy aktorzy niewiele by mieli do powiedzenia na temat ich aktorstwa. To jest potwierdzenie tego, że jesteśmy potrzebni wtedy, kiedy gramy, a kiedy odchodzimy, przechodzimy w zapomnienie. I to jest taka może nie najradośniejsza, refleksja. Niemniej jednak, twierdzę, że zawód jest wspaniały, zawód dający możliwość rozwijania swojej fantazji, swoich marzeń. Kiedy jestem na scenie, nie jestem Jankiem, tylko jestem tą postacią, którą gram. Mam nadzieję, że się ze mną zgadzasz I to jest wielka, nieprawdopodobna frajda.
–  Dawniej było coś takiego, był ten mistrz-aktor, którego młodzi aktorzy, przychodzący do teatru podpatrywali, uczyli się od niego. Jak to teraz wygląda?
Mogę ci powiedzieć jak było, kiedy ja zaczynałem. Miałem dużo szczęścia. Po skończeniu szkoły teatralnej, zagrałem główną rolę w telewizji, w sztuce autora, który podobno przynosi nieszczęście, a mnie przyniósł szczęście, czyli Edgara Alana Poe „System doktora Smoły i profesora Pierza”. Grałem tam studenta, i byłem nikomu nie znanym młodym człowiekiem, a pensjonariusze tego domu wariatów (bo rzecz się dzieje w domu wariatów) w takich mniejszych lub większych rolach, a czasami epizodach około 20kilka osób, grali najwybitniejsi polscy, warszawscy aktorzy. Reżyserował to Marek Nowakowski zresztą bratanek Zbyszka Sawana. Po kilku próbach w jakimś sensie, poprzez moją uległość i szacunek w stosunku do moich starszych kolegów zyskałem ich sympatię. A potem, kiedy przyszedłem już po dwóch, czy trzech latach z teatru Nowej Warszawy, potem Klasycznego i obecnie Studio, do Teatru Polskiego, spotkałem ich miłość i niesłychaną pomoc w aktorstwie. Bo twierdzę, że szkoła teatralna daje tylko podstawy, a prawdziwą szkołą jest teatr. Ale mój stosunek i moich kolegów rówieśników do starych mistrzów, to było po prostu uwielbienie. To byli tacy aktorzy jak: Wojciech Brydziński, Władysław Hańcza, Jurek Pichelski, Leon Pietraszkiewicz, Henio Bąk czy Gucio Holoubek (który był wtedy młodym człowiekiem, ale już był bardzo szanowany). Niestety, już ich nie ma. Jednak w mojej pamięci pozostaną na zawsze.
– A kto dziś?
Nie umiem na ten temat nic odpowiedzieć
– A jak do Twojego teatru przychodzi młody aktor, to jak się zachowuje?
Dobrze, z tym że ja nie jestem miarodajny w tym względzie. Ci moi idole w moim czasie proponowali mi przejścia na „ty” a ja się tym samym odpłacam. Nie oczekuję od moich młodych kolegów uwielbienia. Są to moi serdeczni młodzi koledzy, jesteśmy po imieniu. Chyba mnie szanują.
– Powiedziałeś że w teatrze człowiek zaczyna uczyć się zawodu. A co myślisz o ludziach, którzy przychodzą z ulicy i grają w różnych filmach i uważają, że po co im szkoła, że oni i tak są świetni.
Na chwilę. Do jakiegoś tam zadania. Właśnie szkoła to jest podstawa. Przez te 4 lata nie tylko człowiek uczy się aktorstwa, ale są zajęcia techniczne jak dykcja, taniec, szermierka, ale uczy się również wielu rzeczy teoretycznych. Aktor powinien coś wiedzieć o epoce, w której toczy się akcja sztuki. Kostiumologia, historia teatru polskiego, historia teatru powszechnego, historia sztuki. To są podstawy edukacji inteligenta. Daje ci to jakieś spojrzenie na świat i na ludzi, wtedy możesz coś przenieść na scenę, a jak nie masz nic w głowie ani w sercu, to co masz do pokazania? Ale właśnie aktorstwo to jeden z niewielu zawodów, w którym musisz się uczyć codziennie, musisz być dobrym obserwatorem, jeśli chcesz stworzyć jakąś postać chodząc po ulicy musisz patrzeć na ludzi, wybierasz sobie typy i pijaka i intelektualisty i polityka i kretyna, który się zachowuje tak czy i inaczej. I to wzbogaca twój skarbczyk, z którego możesz czerpać. A szkoła daje podstawy, żeby umieć z tego korzystać. I jeszcze jedna sprawa , dlaczego ja mówię, że szkoła jest podstawą, bo potem teatr, koledzy, ci wielcy aktorzy idole, kształtują twoją osobowość. Tak to jest że jeden z tego korzysta, drugi nie. A mnie się po prostu udało.
– A pracując nad rolą, szukasz, obserwujesz, patrzysz, a resztę bierzesz z siebie?
No chyba tak. Z tym,że to co mamy w głowie, ten tekst napisany przez autora, to jest podstawa. Do tego dochodzi ruch, charakterystyka postaci.
– Laicy twierdzą, że najtrudniejsze jest nauczenie się roli.
No, właśnie „proszę pana, jak pan to zrobił, że pan nauczył się tyle tekstu na pamięć”. Ja mam na to bardzo prosty argument; żeby zaśpiewać piosenkę na estradzie, to ja się tekstu tej piosenki potrafię nauczyć się w ciągu 10 minut. To jest gimnastyka pamięci. Tak samo i rola. Na próbach samo mi to wchodzi do łba. Natomiast, żeby wykonać tę piosenkę na estradzie czy w kabarecie, to trzeba tak miesiąca pracy z akompaniatorem czy kompozytorem i jeszcze 10 spektakli, żeby móc powiedzieć że wszystko jest mniej więcej w porządku. Czyli taka pioseneczka, która ma refren i 4 zwrotki wymaga miesiąca pracy po 2, 3 godziny dziennie. I to jest ta męka z jednej strony, a z drugiej strony radość z aktorstwa. To samo jest z rolą sceniczną, przecież my nie wiemy, szczególnie w komedii, jaka będzie reakcja publiczności na to co robimy. Dopiero po 5-6 spektaklach mniej więcej utrwalamy sobie to, co dobra publiczność zaakceptuje i my też. Spektakl się zmienia. I to jest radość tego zawodu.
– A jak znajdujesz te różnice między piosenką, skeczem, sztuką teatralną, telewizją?
Chyba najtrudniejszym zadaniem jest wykonać monolog kabaretowy, czy piosenkę na
estradzie, bo sztuka teatralna, to masz kolegów, którzy cię wspierają i trwa to co najmniej dwie godziny. A w dobrym monologu kabaretowym, to jest inwokacja, prolog, akcja, epilog i morał. I tu kłaniam się przed Januszem Gajosem, który miał świetne teksty, ale i świetnie to robił. Trzeba to pięknie podać i zmieścić w ciągu w ciągu paru minut. To samo jest z piosenką. Piosenka dobrze napisana, z dobrym tekstem, podparta świetną muzyką, to jest utwór dramatyczny zawarty w kilku minutach. Nie wiem czy mi Janusz wybaczy, że o tym mówię, ale ja go w jakimś sensie zaangażowałem do teatru Kwadrat. Został polecony Dziewońskiemu i grał z nami jedną z pierwszych ról, w mojej reżyserii „Ten wstrętny egoista”. Bardzo się wtedy zaprzyjaźniliśmy i przyjaźnimy do dzisiaj. Wiedziałem, że to jest skarb, mało, że to brylant. Na pewno brylant. Ale potem kiedy grał u nas w teatrze, powiedział Dziewońskiemu, że musi zmienić repertuar. Poszedł do teatru Dramatycznego i słusznie zrobił. Potem przyszły świetne filmy i dzisiaj mamy jednego z najlepszych aktorów.
– A wiesz, że on 3 razy zdawał do szkoły aktorskiej?
Wiem, a ja dwa razy…
– A propos podstaw ze szkoły aktorskiej, mówiliśmy o dykcji. Co myślisz o tym, jeśli
aktorka po szkole teatralnej sepleni?
To jest straszne, niedopuszczalne. Brak pracy. Mam kolegę, dzisiaj jest wielkim i wspaniałym aktorem, kiedy przyszedł do szkoły teatralnej, to pan profesor Franciszek Popiół powiedział, że on żadnej litery nie wymawia prawidłowo. Ale mój kolega wykonał straszną katorżniczą pracę i dzisiaj nikt nie powie, że on ma jakąkolwiek wadę wymowy, więc to jest najzwyklejsze niechlujstwo i brak pracy. Błąd nauczycieli.
– Gracie komedie, a na widowni martwa cisza …
Może śpią?
–  Co wtedy robisz? Masz jakiś pomysł na to?
Nie. Przede wszystkim ja nie widzę widowni, więc nie wiem czy śpią, czy jest pusta sala. Mnie się to nie zdarzyło, ale prywatnie opowiem ci o dwóch takich zdarzeniach. Byłem w wojsku w Studium Wojskowym. Przyjechał właśnie teatr dramatyczny z Ruy Blaisem i w tej sztuce występuje właśnie Cyrano de Bergerac jako postać i ma wielkie monologi, niesłychanie komediowe. Przedstawienie grali na poligonie w Czerwonym Borze koło Łomży. Siedzieliśmy na widowni, wszyscy już po 4 latach szkoły teatralnej. Pułk liczył tam koło 1000 żołnierzy. W pierwszym rzędzie siedział pan pułkownik Tietiewral, który był z pochodzenia Litwinem, albo Rosjaninem. Kiedy widownia się śmiała, on wstawał i krzyczał: „Milczeć". Masz przykład- wojsko. O drugim przypadku, opowiedział mi Kazio Brusikiewicz. Zdarzyło się to w Buffo 22 lipca. W owym czasie nazywano te występy "żniwami”, bo grali tych koncertów estradowych od groma. Zaczynali już o 9 rano. To był akurat bardzo dobry spektakl. Kazio opowiada, że wychodzi, mówi monolog, przy którym publiczność zazwyczaj szalała, a tu martwa cisza. A widownia pełna. Pyta: Co się dzieje? Mówią mu, że dziś są na widowni stróże nocni, oni są po pracy i pewnie śpią. To jest autentyk. Zdarzają się i takie historie.
– Skoro wspominamy, opowiedz mi o twojej współpracy z Jasiem Kociniakiem.
Jasio to był mój przyjaciel. Był…niestety nie żyje. Byłem świadkiem na jego cywilnym i kościelnym ślubie. Zaprzyjaźniłem z nim i jego żoną Hanką. Ja Janek, on Janek, jego żona Hanka i moja żona Hanka, wiele podróży zagranicznych, a człowieka się poznaje właśnie w podróżach. To był wspaniały i wielkiej dobroci człowiek. Apogeum jego aktorstwa, to przed samą śmiercią „Czaszka” w teatrze Ateneum. Janek arcy poważnie traktował swój zawód i on potrafił zagrać równie dobrze jak Tadzio Fijewski rolę dramatyczną (którą zakończył swoją karierę), jak i komediową. Wielokropek na wiele lat nas zaszufladkował. W sumie zrobiliśmy 150 wielokropków, zaśpiewaliśmy 1500 piosenek, zupełnie nieźle… chyba. Sami się z tego wycofaliśmy. Mój ukochany dyrektor naciskał na mnie regularnie po każdym "Wielokropku", a byłem wtedy w Teatrze Narodowym, i mówił: „Jak to, aktor Teatru Narodowego i gra w Wielokropku", a ja mu na to: „Podnieś mi pensję, to nie będę musiał się szlajać, żeby zarobić na coś do chleba, no bo niby chleb mam u ciebie”.
–  Z perspektywy tych 50 lat, co uważasz za swój największy sukces, a co za porażkę?
Nie mogę tak powiedzieć. Sukces to chyba kiedy uśmiechają się do mnie na ulicy. Że darzą mnie, chyba nie zasłużoną, ale sympatią. Nie spluwają na mój widok, jak na niektórych polityków, bo i tego byłem świadkiem. A porażka? Czy ja wiem? Może niektóre role, z którymi nie mogłem sobie dać rady. Nie będę ich wymieniał.
– Dramat czy komedia?
Grałem, tak mi się wydaje, przyzwoicie, ale nigdy nie byłem z tego zadowolony, największą postać komediową w literaturze polskiej, to jest Papkina w Teatrze Narodowym. Zresztą grałem go po wielu wspaniałych pierwowzorach. Wszedłem w zastępstwo po Tadziu Bartosiku, a wcześniej grał Papkina Andrzej Szczepkowski, Opaliński grał Dyndalskiego. Recenzje miałem nawet dobre, ale ja nie byłem zadowolony z tego co robię, to bardzo trudna rola. Moim zdaniem najlepszym Papkinem, jakiego widziałem we fragmentach, był stary Jerzy Leszczyński, a z młodego pokolenia (śmieje się specjalnie) to był Wiesiek Gołas. On był bardzo dobry, świetny.
– Wspomniałeś o swojej żonie, jak się poznaliście?
Z Hanią, w szkole teatralnej. Ja zdałem na drugi rok, a Hanka zdała na pierwszy. To właściwie szkolna miłość, która przetrwała. To też ciekawostka, którą może kiedyś wykorzystasz. My jesteśmy jednym z bardzo niewielu małżeństw aktorskich, które wytrwało ze sobą ponad 50 lat. Przeważnie się te aktorskie małżeństwa rozpadały. Poza Mańkiem Kołakowskim i Oleńką.
–  Opowiedz mi jakąś najzabawniejszą Twoją sytuację w życiu.
 Zawsze się z tego cieszę, bo jak graliśmy wielokropka, wielokropnie… wielokrotnie
mówił do mnie Panie Kociniak, a ja do Janka Panie Kobuszewski. To zabawne. Wiele było takich sytuacji. Trudno mi teraz powiedzieć. To są dziwne rzeczy.
– A to, co grasz, sprawia Ci przyjemność?
Jak już przyjdę do teatru i wejdę na scenę, to tak. Dlatego, że tak jak Ci powiedziałem, wielce szanuję publiczność (czego nauczyła mnie Irka Kwiatkowska). Teraz największą radością to jest dom, żona, córka, dwóch chłopaków – wnuki, Mazury. Ale jak już jestem w teatrze, to się cieszę.
– Teraz jesteście teatrem trochę objazdowym. Chcą was oglądać?
Taka jest niestety rzeczywistość. Teatr, żeby żyć, musi pracować na siebie. Niestety dotacja miasta nie wystarczy. To jest konieczność. Pensje mamy też niewygórowane więc takie wyjazdy wspomagają budżet domowy.

Rozmawiał: Krzysztof Wróblewski

Dodaj komentarz