Nie boję się zmarszczek

Z Ewą Kasprzyk rozmawia Ada Romanowska.

– Ekscentryczne role się mnie trzymają – uważa Ewa Kasprzyk, aktorka. – Ale dobrze. W życiu jestem grzeczną dziewczynką, więc na scenie mogę trochę poszaleć.

Od czego Pani zaczyna dzień? Kawa? Herbata?
– A tu panią zaskoczę, bo dzień zaczynam od grapefruita. Jem go w całości i na surowo.

A potem kawa?
– Nie, potem jest rower, ale nie stacjonarny!

Czyli oddychamy pełną piersią…
– Jeżeli można to tak nazwać w Warszawie… Ale to lepsze niż nic bym nie robiła. Rower ma naprawdę zbawienne działanie dla mnie.

A grapefruit? Czym Panią ujął?
– Odtoksycznia, wspomaga dobre samopoczucie. I przede wszystkim lubię ten smak!

A lubi Pani kogel-mogel?
– (śmiech) To podchwytliwe pytanie! Mój mąż jest specjalistą w robieniu kogla-mogla i robi go z kawą. Uciera żółtka z cukrem i dodaje kawę. Wychodzi z tego fajna pianka. Fajna i smaczna.

A teraz o filmie "Kogel-mogel" – jak widzi Pani tamtą Ewa Kasprzyk, czyli Barbarę Wolańską?
– Niektórzy chcą mi przypisać cechy Wolańskiej – tej zołzy i wariatki. Ja się nie do końca bronię, bo każdy widzi w człowieku to, co chce zobaczyć. Nigdy jednak nie myślałam, że ten film stanie się kultowy. Dzisiaj jak się gdzieś pojawiam, ludzie proszę mnie, bym zacytowała jakieś swoje fragmenty.

"Marian, tu jest jakby luksusowo!"
– Mam kolegę Mariana, który przysyła mi maile ze swoich podróży. Zawsze dopisuje, że "jest tu jakby luksusowo". Ale o komedii… To był pierwszy film, który robiłam po urodzeniu dziecka. Miałam wtedy wielki głód grania i myślę, że ta rola mi się udała. Nigdy nie przypuszczałam, że jestem zdolna do takich ekscesów, jakie wyprawia Wolańska. Zadziwia mnie też, że film się nie starzeje, że ludzie – młodzi przede wszystkim – chcą go oglądać. I na tego Piotrusia chcą patrzeć…

Wie Pani co dzieje się teraz z Piotrusiem?
– Jest informatykiem, ale wyjechał zagranicę. Mam nadzieję, że nie jest już taki niesforny jak kiedyś…

Że nie moczy prześcieradeł…
– On w przeciwieństwie do mnie właściwie grał siebie. Był w tamtym czasie bardzo frywolnym dzieckiem i to się na ekranie sprawdziło.

Identyfikuje się Pani ze swoimi rolami? Mówią nie tylko o Wolańskiej, ale chociażby o Patty Diphusie…
– Trudno mi jest się identyfikować z gwiazdą porno, bo nigdy nią nie byłam! (śmiech) Ale powiem, że wejść w rolę nie jest trudno. Gorzej z niej wyjść. Jak wchodzę – zakładam kostium, skupia się i gram. Po spektaklu, który utożsamiany jest jako show w klubie go go, znacznie trudniej wrócić do rzeczywistości. Dlaczego? Niektórzy panowie podczas przedstawienia składają mi propozycje… Wciągają się bardzo w akcję. To dziwne, ale i przyjemne, bo wygląda na to, że gram wiarygodnie. A kiedy monodram się kończy, muszę mieć pół godziny, bo do siebie dojść. Siedzi we mnie ten tekst, akcja. To nie jest tak, że kończy się spektakl, schodzi się ze sceny i można się czymś zająć.

Na przykład gotowaniem?
– To akurat nie u mnie. Mówią niektórzy, że gotowanie odstresowuje, ale nie ciągnie mnie, by to sprawdzać.

W "Komedii małżeńskiej" jednak Pani gotowała… a potem uciekała od garów.
Aktor może się do wszystkiego przyuczyć, gdy trzeba. Oczywiście są sytuacje, że coś ugotuję, ale nie powiem, że gotowanie jest moją pasją. Co prawda kupiłam sobie bardzo dobre garnki, ale stoją w szafkach…

Jeśli Pani aktorstwo można byłoby określić jakąś przyprawą – byłaby ona ostra. A to gwiazda porno, a to prostytutka Lola Katafalk… Wolańska też mdła nie była. Ciągnie Panią do ekscentrycznych ról?
– Tak wychodzi, że proponują mi takie role. Teraz też grałam w "Perfect day" zagubioną kobietę, która w ostatnim momencie swojej wydajności chce zostać matką i zachodzi w ciążę z gejem. Ekscentryczne role więc się mnie trzymają. Ale dobrze. W życiu jestem grzeczną dziewczynką, więc na scenie mogę trochę poszaleć.

Grywa Pani w teatrze, filmie, ale i w telenoweli "Złotopolscy". Co skłoniło Panią do udziału w serialu?
– Już nie gram! Zrobiłam sobie przerwę. Broń Boże nie obraziłam się na serial, ale chciałam trochę odpocząć. Jak będzie zaproszenie, na pewno je przyjmę i wrócę. Zresztą w serialu ciągle się o mnie mówi, więc mimo iż mnie w nim nie ma, to i tak jestem. A co mnie skłoniło? Zawsze lubię wszystkiego próbować. Kiedy jeszcze byłam w Gdańsku w Teatrze Wybrzeże, przyjechałam do Warszawy tylko na jeden odcinek, a zostałam na o wiele, wiele więcej. Dlaczego? Aktorzy, a szczególnie kobiety są łase na komplementy… Usłyszałam, że dobrze wypadłam i dlatego zostałam. Teraz podjęłam współpracę z "Na dobre i na złe". Już w październiku mają pojawić się pierwsze odcinki ze mną – energiczną manager szpitala. Zawsze jak chcą ożywić akcję, wtedy do mnie dzwonią.

Wraz z Beatą Tyszkiewicz i Edytą Jungowską wystąpiła Pani… prawie nago w kampanii promującej kosmetyki. Czyli że jest Pani świadoma swojego piękna, bo – wedle hasła – piękno nie pyta o wiek. Co Pani robi, że tak świetnie Pani wygląda?
– Nic nie robię.

Nic?
– A co ja robię? Idę na rower i jem grapefruita. Mam też zdjęcia, pędzę do teatru – to robię. Gdybym zaczęła rzeczywiście coś robić – na przykład operacje plastyczne – wyglądałabym o wiele gorzej. Ale reklama pomogła mi w podejściu do wieku. Teraz wiem, że człowiek powinien z godnością podchodzić do swojego. Nie rozpaczam więc, nie stoję przed lustrem i nie wyglądam, czy przybyła mi kolejna zmarszczka. Ja ich w ogóle nie widzę! Uważam, że żaden krem nie jest mi w stanie pomóc na zmarszczki – i tak się pojawią, jak chcą. Sądzę jednak, że im więcej ciekawych doświadczeń w życiu, tym więcej interesujących zmarszczek. Wtedy twarz coś wyraża.

Często bywa Pani na Warmii i Mazurach – chociażby w poszukiwaniu doświadczeń?
– Niestety nie, a nawet przyznam, że coraz rzadziej. W te wakacje dużo pracowałam. Byłam jednak ze spektaklem w Iławie. To miasto bardzo mi się spodobało – jezioro i wszystko bardzo ciekawie skomponowane. W Iławie nomen omen mieszka Roman Załuski – reżyser "Kogla-mogla". Niestety jakoś nie mogę go złapać…

A jak Pani łapie dobry humor? Mamy jesień, więc nadchodzi czas szary, bury i ponury…
– Chcę sobie pomalować kuchnię na kolor dyni. Na pewno w jakiś sposób odmłodzę jesień. Przedwczoraj była u mnie przyjaciółka z Madrytu, siedziałyśmy do trzeciej nad ranem i bawiłyśmy się w kolory. A dynia to kolor bardzo przyjemny.

Jesień, zima… czyli powoli zbliżamy się do sylwestra, a Pani… do swoich urodzin (1 stycznia). Zawsze wita Pani nowy rok swój czy nowy rok jako taki?
– Świętuję wszystko na raz. Zawsze lubię gdzieś wyjechać. Najlepiej jak jestem na Kubie – rok temu tam właśnie byłam. Bawię się na całego i nawet bez szampana!

Ale pewnie z cygarem!
– Tak, z cygarem i z młodym przystojnym Kubańczykiem przy boku. (śmiech) Moja życiowa dewiza to kochać wszystkich, nie bać się ludzi i czerpać z nich siłę i energię. I tak żyję!

Ada Romanowska

Wywiad ukazał się w Gazecie Olszyńskiej.

Dodaj komentarz