Szekspir.. w barszczu ukraińskim

Jest taki mocno już sfatygowany wytrych do szekspirowskiej i molierowskiej komedii. To środki zapożyczone od „muzealnej” włoskiej comedia del`arte. „Muzealnej”, bo tak naprawdę, to nie znamy tego typu teatru, chociaż jest on powszechnie praktykowany.
Mamy przekazy ikonograficzne, trochę literatury, wiemy jak wyglądała scena i kostiumy – i to wszystko. A przecież nie da się „odtworzyć” tego teatru bez…materiału filmowego. Comedia del`arte została wykreowana na rytmie i ruchu, na niebywałej sprawności aktora i jego muzycznym słuchu… Żadne opasłe opracowanie historyczne z obrazkami nie zbliży nas do niej nawet o paznokieć. Stąd zawsze zdumiewała mnie dezynwoltura wielu mniejszych i większych reżyserów serwujących nam własne wersje tej historycznej konwencji. Trafiały się ciekawo-podobne. Trafiła mi się taka wersja na Ukrainie, kiedy kilka dni temu zasiadłem w pełnym złoceń, sztukaterii i posągów kijowskim Teatrze im. Iwana Franko. Gdy na otwartej scenie zobaczyłem ażurową konstrukcję na kółkach z sześcioma wejściami z kurtynką i balkonem, wiedziałem… Mało tego – na proscenium leżały dwa manekiny; ten męski przygniatał nieładnie ten żeński. Żeby było zabawniej, nie wiedziałem, na jakiej jestem sztuce. Ot, po prostu chciałem zobaczyć coś ukraińskiego. Wtedy pomyślałem: w czasie przerwy wolno mi wyjść nie wrócić! Pokazało się trzech aktorów ubranych normalnie i zaczęli te manekiny przerzucać, ustawiać… zupełnie bez szacunku. A jak po chwili wrócili wystylizowani na epokę elżbietańską i zaczęli mówić nieco wolniej, pojąłem z ulgą, że znalazłem się oto na szekspirowskiej komedii „Poskromienie złośnicy”! I zaczęła się… comedia del`arte. Scenograf był świadomy, że im więcej „dziur” w dekoracji, tym więcej razy aktor wpada i wypada, im więcej kurtynek, tym więcej rozsuwania i zasuwania, że z balkonu można się nieźle wychylić, a jak jeszcze to wszystko jest na kółkach, to można wydłużać i skracać, a nawet zaserwować widzom duży dyliżans… Co wiedzieli aktorzy? Że trzeba szybko, choć brak kondycji i zadyszka, że konwulsyjne pozy, że trzeba ogrywać dziwaczne kostiumy, że może jakiś numerek akrobatyczny (czy jest na sali lekarz?), że można wydawać śmieszne dźwięki; gdakać, pohukiwać i przedrzeźniać kolegów. To takie teatralne jaja, czyli comedia del`arte. Co wiedział reżyser? Że pokazuje nam Szekspira w takiej właśnie konwencji, bo akcja sztuki dzieje się we… Włoszech. Czego nie wiedział? Że nie ma pojęcia co to za forma teatru. Uwikłany w formalne aluzje, w duplikowanie „teatru w teatrze”, jakby zapomniał o czym ma być to przedstawienie. Jak zwykle Petruchio znęcał się nad złośnicą Katarzyną, ona zaś reagowała agresywnie na zaloty konkurentów do jej ręki. Klasyczny temat walki płci. Bliższy nam tu Strindberg niż Szekspir. „Bo z kobietą trzeba twardo, a nie cackać się jak z pulardą!„ Zawsze podejrzewałem, że to jakaś prowokacja ze strony Williama. Napisał dość brutalną farsę, zdolną poruszyć każdy prymitywny umysł na widowni, ale też pokazuje, że dwoje inteligentnych ludzi może dojść do porozumienia, respektując zasady współżycia. Mam żal do reżysera, że postawił na barwne marionetki a nie na charaktery. Że nie rozczytal tryptykowej formuły Szekspira, nakazującej zderzyć ze sobą trzy jakże kontrastowe pary: Petruchio i Katarzyna, Licencjo i Bianka, Hortensjo i wdowa. Ta zwierciadlana konstrukcja stwarza perspektywę w obrazie relacji kobieta – mężczyzna. Aktorka-Katarzyna była wystarczająco złośliwa i agresywna, ale zupełnie pozbawiona sexapilu. Takoż i aktor-Petruchio. Stąd sceny-zapasy wyprane z erotyki. Aktorka-Bianka była konwencjonalnie wyciszona i nie mogła się zdecydować, czy to cecha jej charakteru, czy też świadome wygrywanie swojej pozycji w oczach ojca i zalotników. Sam główny konflikt budowany na relacji Petruchio-Katarzyna nie udźwignął przedstawienia, ponieważ reżyser przeoczył, ze nie mniej ważna jest rywalizacja między siostrami. Cóż z tego ? Publiczność bawiła się świetnie. Ukraiński tłumacz mocno tekst uwspółcześnił. Było i o męskim szowinizmie, i o feminizmie także. Każdemu po trochu. Pozazdrościłem jednego – owacji na stojąco na ukłonach. Teatr jaki jest, każdy widzi…
Ale żeby tak kochać ?
JÓZEF JASIELSKI

Dodaj komentarz