Żydówek nie obsługujemy

O spektaklu "Żydówek nie obsługujemy" w reż. Piotra Jędrzejasa w Teatrze im. Jaracza.
Jaki Polak jest, każdy widzi. Olsztyńscy handlowcy nie chcą wieszać w swoich witrynach afiszy teatralnych "Żydówek nie obsługujemy". I mimo że plakaty nie rzucają się w oczy tam, gdzie rzucały się zazwyczaj – sztuka cieszy się powiedzeniem. Bo kontrowersyjna? Bo tytuł przyciąga uwagę? Po prostu inne nie jest akceptowane. Ta sytuacja pokazuje, że teatr najnowszym spektaklem trafił w dziesiątkę.

"Żydówek nie obsługujemy" to zbiór opowiadań, który wyszedł spod pióra olsztyńskiego pisarza Mariusza Sieniewicza. Autor odziera człowieka ze stereotypów, uwypukla jego lęki i nawyki myślowe. Sztuka Piotra Jędrzejasa, który wziął się za trzy opowiadania Sieniewicza, również wskazuje palcem na pułapki mentalne. Bo oto okazuje się, że nie potrafimy o Żydach rozmawiać. Wolimy umyć ręce niż brać odpowiedzialność za przekonania. Bo a nuż ktoś oskarży nas o antysemityzm? Dziwi takie zachowanie, bo przestawienie nie podejmuje "tematu żydowskiego". Dla Sieniewicza tytułowa "Żydówka" jest symbolem odmieńca i tym samym spektakl opowiada o mechanizmach wykluczenia. Okazuje się to prorocze, bo plakatom mówimy nie, a tytułowi tym bardziej. Słowo "Żydówka" jest niewygodne w tych czasach, co dowodzi, że nie potrafimy historii spojrzeć prosto w twarz. Bo czy inaczej było przy okazji rozmów o "Strachu" Jana Tomasza Grossa? Sam autor mówił o Polakach: "Co złego, to nie ja, więc najistotniejsze jest tu znaczenie pozytywne. Szczególnie gdy w grę wchodzi utrata moralnego kompasu". Wychodzi więc na to, że każdy jest tą przysłowiową Żydówką. Każdy wyklucza to, co niewygodne. I sam się w pewien sposób wyklucza.

Tym obcym na scenie jest Filip Piszczajko grany przez Grzegorza Gromka. Ma 30 lat i nudzi się już swoją przeciętnością. Marzą mu się zmiany – chce stać się nadprzeciętny, wyjątkowy. Czy mu się to udaje? Chce wyleczyć siebie lecząc jednocześnie ból brzucha, który w spektaklu sygnowany jest nadętym balonem. Zielonym. W kolorze nadziei. I rzeczywiście, napotkane sytuacje sprawiają, że bohater dojrzewa. De facto staje się Mistrzem, by zaraz potem stać się Żydówką. By stać się kłopotliwym, uciążliwym "elementem hipermarketowego społeczeństwa". Oczywiście wyklętym, obrzuconym nie tyle wyzwiskami, ile plastikowymi butelkami i zamurowanym skrzynkami sklepowymi niczym Antygona.

Siłą spektaklu jest niewątpliwie tekst Sieniewicza – błyskotliwy, mądry, trafny. Jędrzejas miał więc dobrą podstawę, by stworzyć ciekawe widowisko. Poszedł za ciosem – stworzył spektakl groteskowy i zabawny. Rewelacyjnie na scenie wypadają również aktorzy. Na uwagę zasługuje Joanna Fertacz, która z zimnej kasjerki w mgnieniu oka przemienia się zimną matronę, by chwilę potem zagrać bezzębną rozkapryszoną babuleńkę.

Jędrzejas biorąc się za prozę, nie zrezygnował z "funkcji narratora". Tę rolę świetnie spełnia chór trzech kobiet. Agnieszka Grzybowska, Milena Gauer i Joanna Fertacz wydają się jakby sterowane pilotem przez reżysera. Przybierają formę automatycznych panienek poruszających się wedle wytyczonych schematów. Nota bene, każda z nich jest mocno zarysowana i określona reprezentując inne pokolenie. Jedna jest dojrzewającym dziewczęciem, druga świadomym swojej kobiecości wampem, trzecia zaś wkracza w dojrzałość. Współgrają jednak ze sobą doskonale, co podkreśla mistrzowsko wyśpiewana litania do Britney Spears. To na pewno perełka tego przedstawienia. Na tle trzech zdecydowanych dam nieokreślony Gromek vel Piszczajko wypada więc wyjątkowo komicznie. Wije się nie tyle z bólu, ile gniecie go własna egzystencja. Jest raz ciapowaty, raz dziarski, raz usłużny – wręcz plastelinowy. Bo jak mu lekarz zagra, tak też tańczy. Scena w przychodni na Kajki – gdzie lekarz jest królem i kłaniać mu się trzeba – wydaje się tak nieprawdopodobna, aż prawdziwa.
Tańca jednak nie koniec – i w tym wypadku dosłownego. Rewelacyjną sceną i drugą perełką jest kłótnia Filipa z taksówkarzem. Nie biją się w iście polskim stylu, ale tańczą polkę. Ręce wzniesione ku górze, stanowczy przytup i hulaj dusza. Bo Polak w tańcu i w mordzie przecież silny.

W spektaklu razi przesyt niepotrzebnego gadżeciarstwa. Bo czemu ma służyć telebim momentami wizualizujący słowa wypowiadane ze sceny? Po co w finale na scenie pojawia się Ronald McDonald, który siada na kanapie i tylko siedzi? Czyżby zjadała nas mcdonaldyzacja? To niepotrzebne – zwłaszcza, że scena aż kipi hipermarketem. To w tym supersklepie Filip przeistacza się w Żydówkę. To przy kasie zostaje wyklęty i upada z zupką chińską w ręce. Podkreślać "kultury półkowej" już nie trzeba. Oczywiście mnogość gadżetów u Jędrzejasa przypomina hipermarket, ale taka formuła spektaklu momentami bije po oczach.

Ale bije po oczach najbardziej reakcja społeczeństwa. Ot, "Żydówka – nie brzmi pięknie". Ale może to dobry moment, by zacząć rozmawiać o trudnych tematach? Polacy Żydów kochają, współczują im i wzruszają się słuchając ich historii, ale tylko w chwili, gdy jest to niezobowiązujące. To coś w stylu: nie mamy nic przeciwko Żydom, ale… Żydówek nie obsługujemy.

Ada Romanowska

Tekst ukazał się na www.e-teatr.pl

Dodaj komentarz