Nieśmiały burdel

"Pantaleon i wizytantki" w reż. Pawła Aignera w Teatrze Studio w Warszawie. Pisze Grzegorz Konat w Przeglądzie.

"Miasto dla zuchwałych". Tak nazywane jest peruwiańskie lqiutos – miejsce akcji powieści Maria Vargasa Llosy "Pantaleon i wizytantki" – gdyż nie podlega ono władzy państwowej i nie płaci się tam podatków. Niestety, w najnowszej premierze stołecznej sceny Studio zuchwałości było jak na lekarstwo. A przecież ta oparta na faktach historia kapitana Pantaleona Pantojy – oficera, któremu armia wydaje polecenie zorganizowania wojskowego burdelu, aby postawić tamę lawinie gwałtów dokonywanych przez stacjonujących w dżungli żołnierzy na miejscowej ludności – aż się prosi o mocną realizację. Mocną i odwołującą się do realiów współczesnej Polski. Tymczasem w morzu przeciętności, jakie wylało się ze sceny, to właśnie zachowawczość przenoszącego tę powieść po raz pierwszy na scenę Pawła Aignera uderzała najmocniej. Braku wyraźnego społecznego kontekstu sztuki, niedostatku głębi psychologicznej u głównego bohatera i prawdziwości dramatyzmu, które wciągnęłyby widza, nie przykryły dość barwna inscenizacja z interesującą scenografią i takąż oprawą muzyczną. Gdy jednak weźmiemy pod uwagę równię pochyłą, na jakiej w ubiegłym sezonie znalazła się stołeczna scena, wystawiając słabsze jeden od drugiego spektakle: "Bitwa pod Grunwaldem", "Hollyday" i "Każdy/a", trzeba chyba uznać "Pantaleona i wizytantki" za kroczek w dobrym kierunku. Niestety – bardzo mały. Rozgrywający się również w amazońskich pejzażach Iquitos "Fitzcarraldo" Wernera Herzoga pozostaje niezagrożony.

"Nieśmiały burdel"
Grzegorz Konat
Przegląd nr 39/28.09
25-09-2008

Dodaj komentarz