Chory z urojenia

"Don Kichot" Cervantesa w Olsztynie.

Niełatwo być Don Kichotem. Tym bardziej "rola" to niewygodna, gdy Don Kichote określany jest – również w opisie olsztyńskiego spektaklu – jako ikona popkultury. Reżyser Paweł Szumiec pokazuje, że ikona nie zawsze powala blaskiem.

Oto Don Kichote – Artur Steranko – leży w łóżku, walczy z chorobą i samym sobą. To zupełnie inny bohater niż u Cervantesa. Ten przedstawia swojego bohatera walczącego ze złem i naprawiającego krzywdy.

Paweł Szumiec nie wystawia dzieła Cervantesa "od deski do deski". Olsztyńska realizacja opiera się na adaptacji teatralnej Marka Fiedora, który układa losy Don Kichota po swojemu. Nie ma tu nic dodanego – adaptacja to "gra w klasy" po tekście Cervantesa. Fiedor też zagląda do pokoju don Kichota i towarzyszy mu w ostatnich chwilach życia. Don Kichote jest bohaterem innej miary – błędny rycerz wpada w pułapkę własnego bohaterstwa, a właściwie marzeń o nich. Jednak nie tak, jak jego literacki odpowiednik. Teatralny rycerz uwięziony jest nie tyle przez łóżko, ile przez wyobrażenia swoich wielkich czynów. Osaczają go też najbliżsi, którzy dwoją się i troją, by ten nie wyruszał już w żadną podróż w obawie przed śmiesznością.

Artur Steranko gra człowieka bezsilnego wobec świata, wobec najbliższych, ale i własnej wiary w siłę swojego rycerstwa. Z jego kreacji można wnioskować, że Don Kichote to nieudacznik, który uparcie dąży do celu. Ten jednak zdaje się nieosiągalny. Do końca nie wiadomo też, czy don Kichote jest rzeczywiście błędnym rycerzem z przeszłością, czy człowiekiem cierpiącym na urojenia. Bohater ze schizofrenią? Reżyser nie podaje bowiem przykładów jego bohaterstwa. Jeśli już jakieś się zdarzają – są one jedynie projekcją myśli, czasem z innego świata. Przykład? Na scenie pojawiają się tancerki rodem z Bollywood – wyuzdane, zrodzone z rozgorączkowanej głowy – całe w czerwieni, wycięte z innej historii i wklejone na siłę w życiorys Don Kichota. Nie brakuje też komediantów, którzy grają tak, jak im każe Don Kichote. Takie epizody podkreślają, że rycerstwo to historia wyssana z palca. Ikoną popkultury w tym momencie nie jest waleczny idealista, ale staje się nią człowiek upadły, nie radzący sobie z przeciwnościami losu. Żeby tego było mało – Don Kichote pada ofiarą intryg serwowanych przez jego najbliższych. Brak w nim męstwa, rycerskiego zacięcia. Jedyna stoczona walka to groteskowy taniec – nie ma tu ferii uderzeń, ale kilka groteskowych podskoków. Notabene przegrywa z parasolem imitującym miecz. Don Kichote jest więc parodią samego siebie – widać to też w scenie, w której nakłada zbroję. Na pewno nie wygląda jak rycerz, bo ta źle na nim leży. To też człowiek samotny, że aż ręce opadają. Tylko wierny giermek Sancho Pansa (Marian Czarkowski) jako jedyny wierzy w siłę swojego pana. Wpatrzony w niego jak w obraz zdaje się być ucieleśnieniem powiedzenia, że w szaleństwie jest metoda.

To, że Don Kichote jest zamknięty i w pokoju, i we "własnej głowie", podkreśla scenografia Marka Brauna. Scenę otaczają wielkie ściany "zmontowane" z powplątywanych ze sobą pasków materiału. To jakby pajęczyna, klatka. Na scenie przez cały czas stoi też łóżko – niczym "donkichotowy" koń. Ale na białej pościeli nie ma krwi, nie ma potu. Łóżko – tak bliskie bohaterowi – wyrywa go z wyimaginowanego snu. To ono sprawia, że zdaje sobie sprawę, że nie dokonał niczego. Łóżko kojarzy się też z Różewiczowską "Kartoteką" – jest kresem wszystkiego, co pozwala cieszyć się życiem. Jest kresem marzeń i wiary w ich realizację.

Spektakl kończy plastyczna scena – umierający Don Kichote przybiera pozę Marata – niczym na obrazie Jacquesa-Louisa Davida "Śmierć Marata" – leży na wpół przykryty kołdrą, z opuszczoną ręką i pochyloną głową. Malarz przedstawił Marata jako świeckiego męczennika. Może i tak Paweł Szumiec widzi Don Kichota – jako męczennika własnych urojeń wbrew rzeczywistości.

Przedstawienie jest zabawne. Dobrze je się ogląda, ale nie jest to spektakl wyjątkowy. Ot, przyzwoite aktorstwo, wpadające w ucho piosenki, a przede wszystkim historia człowieka, którego smutek okraszony jest dowcipem. Jednak w szaleństwie jest metoda, co dowodzi, że wyimaginowany bojownik Fiodora lepiej wpasowuje się w dzisiejsze czasy niż udawany rycerz od Cervantesa. I pewnie gdyby Mikołaj Rej żył – raz jeszcze by powiedział – "wam, co was rycerzami zowią, należy mur przebijać głową". Mur niestety zbyt twardy, a głowa zbyt krucha, co Szumiec dowodzi.

Ada Romanowska
Tekst ukazał się na www.e-teatr.pl

Dodaj komentarz