Szkoła gustu: Pantaleon przodownik

Powieść Vargasa Llosy, „Pantaleon i wizytantki”, choć traktuje o dość szokującym procederze (armia jako superorgnizator burdelu dla wygłodniałych seksualnie żołnierzy), to w gruncie rzeczy groteska o pracusiu.
Tytułowy Pantaleon, kapitan sił lądowych, obowiązkowy służbista, wprawdzie z pewnym moralnym oporem, ale po jego pokonaniu już z prawdziwym oddaniem przystępuje do realizacji wyznaczonego przez zwierzchników zadania: organizuje przodujący burdel w zuchwałym mieście Iquitos (na granicy amazońskiej dżungli, w mieście, gdzie nie płaci się podatków), stając się ukochanym burdeltatą, a w swej gorliwości nader niewygodnym funkcjonariuszem armii – mnoży bowiem zapotrzebowanie na etaty i środki bojowe, co grozi przekształceniem tej specyficznej placówki w przodującą część całej armii. Granice dopuszczalnej działalności przekracza z chwilą, gdy zamordowanej dziwce (z którą romansuje) zapewnia pochówek z ceremoniałem wojskowym. Armia bowiem, choć burdel wojskowy powołała do życia i finansuje, udaje, że nie ma z tym nic wspólnego. Pantaleon musi więc zostać odwołany.
Ta zabawna powiastka o hipokryzji, nieposkromionej chuci (której  w końcu ulega  porządny Pantaleon) to świetny materiał na przewrotną komedię z szyderstwem w tle. Trzeba przyznać, że reżyser poczynił pewne starania, aby przenosząc powieść na scenę zadbać o czytelność narracji (mimo że aktorzy występują z reguły w kilku wcieleniach – troskliwa matka jest też burdelmamą, a spracowane prostytutki zakonnicami itp.), a także nie poskąpić pewnych prowokacyjnych sytuacji: wystawia na scenie gabloty z krzyżem i figurą świętą, zastępowane co pewien czas przez panienki rodem z witryn hamburskiej dzielnicy uciech, zakonnice zatrudnia do uprawiania zbiorowego seksu, itp., itd. Mimo te starania spektakl wygląda na bezzębnego psa, który nikogo nie ukąsi, a więc dość bezpieczny. Wszystkiego w nim za dużo, nawet przestylizowany gwałt nie trwoży. Zobaczyliśmy więc raczej zarys przedstawienia, nad którym trzeba by jeszcze sporo popracować, np. red. Waleczny, gwiazda peruwiańskiego radia (Krzysztof Skonieczny), który w westybulu z towarzyszeniem orkiestry instrumentów dętych zaprasza pasażerów (czyli widzów) do pięknego Peru, dostaje zbyt łatwo zadyszki (słaba kondycja), a orkiestra dęta gra tak ochoczo, że przez cały spektakl ogłusza widzów i częściowo zagłusza aktorów. Kiedyś Jerzego Jarockiego pochwalono, że jego spektakl jest jak orkiestra. Mistrz nie był zadowolony: – Wie pan, powiedział chwalcy, z orkiestrami bywa różnie. Są i dęte. No, właśnie, jak ten spektakl, który i tak wyróżnia się pozytywnie na tle bezbarwnego poprzedniego sezonu. Tak naprawdę broni się w nim tylko Aleksander Bednarz, który w obu rolach, alfonsa Ciupelka i generała Scavino wypada przekonująco, słychać go bez trudu, a charakterystyczność obu postaci ani na jotę nie przekracza granicy smaku. Uczcie się młodzi rzemiosła od dojrzałych aktorów.
Semła
Mario Vargas Llosa, „Pantaleon i wizytantki”, adaptacja i reżyseria Paweł Aigner, scenografia Magdalena Gajewska, muzyka Katarzyna Brochocka, ruch sceniczny Kazimierz Knol, Teatr Studio, Duża Scena, prapremiera 14 września 2008

Dodaj komentarz