Sezon 2007/2008: Teatr wraca do domu

To był sezon spełnionych tęsknot za teatrem perfekcyjnym, który zaspokoił nawet najbardziej wyrafinowane gusty. Widz ceni solidność. I odwdzięcza się frekwencją.

Po zakończeniu poprzedniego sezonu teatralnego (2006/2007) miesięcznik Dialog opublikował

pouczające zestawienie

premier w polskich teatrach dramatycznych. Było ich 371, a wśród nich 102 to prapremiery, w tym 52 polskie; teksty klasyczne ・ 128, w tym 52 polskie; literatura współczesna ・ 243 (dwie trzecie wszystkich premier), w tym polska ・ 111 (prawie połowa to prapremiery). Najczęściej wystawiani byli: Tadeusz Różewicz (10), Michał Walczak (4 w kraju + 3 za granicą) oraz Sławomir Mrożek (5). Z zagranicznych autorów współczesnych najwięcej premier zebrali Irlandczycy (Martin McDonagh aż 5) i Francuz Eric Emmanuel-Schmitt (5).

W ostatnim sezonie 2007/2008 tendencje te się utrzymały, choć spadły udziały polskich prapremier i polskich dramatów współczesnych – poniekąd „wykradł” to Wyspiański, którego setna rocznica śmierci zachęciła teatry aż do 15 premier. Moda na Różewicza nagle rozpłynęła się (2 premiery), spadły udziały Mrożka (2), a spośród młodych polskich dramaturgów pozycję utrzymał tylko Walczak (5). Z autorów obcych (współczesnych) nadal prym wiodą Irlandczycy, choć zabrakło tym razem szczególnie ekscytujących premier.

Czy to oznaka jakiejś tendencji? Trudno wyrokować, ale warto odnotować pewne
znużenie debiutantami

nie gwarantującymi na ogół (tak było zawsze) sukcesu w kasie, a przy tym reprezentującymi nierówny poziom. Mimo bowiem licznych konkursów i festiwali, na czele z konkursem na wystawienie współczesnej polskiej sztuki (wysoko punktowane są tu prapremiery) i festiwalem Raport w Gdyni z towarzyszącym konkursem na dramat, wśród nowości zapanował pewien zastój. Oczywiście, powstawały liczne nowe sztuki, na konkurs w Gdyni napłynęły aż 232!

Gwiazdą sezonu okazała się Magda Fertacz, a to za sprawą Dramaturgicznej Nagrody Gdyni za „Trash story” (50 tys. zł, najwyższa bodaj kwota w historii polskich konkursów, przeznaczona na nagrodę za dramat). Fertacz doczekała się też premiery na scenie studyjnej w Narodowym – jej „Kurz” jednak rozczarował zagubionym nerwem dramaturgicznym. Dwa sezony wcześniej zachwycano się jej „Absyntem”, wystawianym w Laboratorium Dramatu (nadal w repertuarze), nazywano go nawet współczesnym „Weselem”. Nagrodzona „Trash story” sprawia w czytaniu wrażenie sztuki bardzo trudnej, co dla reżysera z wyobraźnią może być nie lada zaletą – jest to bowiem opowieść o pokręconych ścieżkach polsko-niemieckich i niejako podwójnej tożsamości małej ojczyzny.

Spośród innych polskich prapremier sezonu odnotujmy porażkę Przemysława Wojcieszka („Miłość ci wszystko wybaczy” w Teatrze Polonia), o odchodzeniu starego człowieka i jego późnej przyjaźni z młodymi – mimo udanej roli Stanisława Brudnego całość aż pławi się w schemacie. Porażka zaskakująca po sukcesie „Osobistego Jezusa”, nagrodzonego w konkursie na wystawienie nowej sztuki współczesnej, wystawionego przez Teatr Modrzejewskiej w Legnicy w reżyserii autora, ze znakomitym Przemysławem Bluszczem w roli głównej i dobrze przyjętym przedstawieniu „Zaśnij teraz w ogniu” z Teatru Polskiego we Wrocławiu. Także Maciej Kowalewski, nowy dyrektor Teatru Na Woli, po sukcesie wcześniejszej tragikomedii „Bomba”, zawiódł „Wyścigiem spermy”.

Oklaskiwano jedyną udaną sztukę „lustracyjną”, a właściwie inteligentny kolaż Teatru Ósmego Dnia, „Teczki”. Ale najlepszym debiutem dramaturgicznym sezonu okazał się „Mrok” Mariusza Bielińskiego, sztuka nagrodzona w konkursie na dramat nawiązujący do myśli Jana Pawła II, wystawiona na scenie studyjnej Narodowego w reż. Artura Tyszkiewicza. Niemal bez dialogu, ale poprowadzona nader sugestywnie, odsłania mroczne wnętrze młodego bohatera (kolejne osiągniecie aktorskie Marcina Hycnara) o skłonnościach schizofrenicznych.

Jak widać, niewiele tego dobrego w nowym dramacie, zwłaszcza że wszystkie teatry faktu w telewizji zawiodły na całej linii – okazały się płaskie, niedonoszone, czarno-białe, a nawet pozbawione dramaturgii.

Nic dziwnego, że w tych okolicznościach – zastępczo –

klasyka przerabiana

była na utwory współczesne, na ogół z fatalnym skutkiem. Celował w tym Michał Zadara, którego całą kolekcję przedstawień zaprezentowano jako nurt towarzyszący wznowionym, po kilku latach przerwy, Warszawskim Spotkaniom Teatralnym (29 marca-11 kwietnia). Dotyczy to zwłaszcza „Księdza Marka” (Stary Teatr), ukazanego w warunkach powstańczych i „Wesela” (Teatr STU), rozgrywanego w połowie na scenie, w połowie „w toalecie” (obraz transmitowany na telebimie) podczas imprezy polskich japiszonów XXI wieku. O ile te spektakle nosiły mimo wszystko jakąś siłę, to całkiem już wyparowała energia z wersji moralitetu średniowiecznego „Każdy”, który Zadara pokazał w stołecznym Studio. Przypominało to pierwszą próbę utworu, podczas której aktorzy dokazywali, jak tam kto chciał. Równie nieudany okazał się „Otello” w Narodowym w reż. Agnieszki Olsten – reżyserka przerobiła tę tragedię w antymaskuliński zakalec, motywowany walką z macho. Intencje szlachetne, ale wynik żałosny, podobnie jak z plenerowym „Hamletem” (wystawionym pod Muzeum Powstania Warszawskiego), skrojonym na sztukę o powstańcach (reż. Paweł Passini). Spektakle pod tezę niemal zawsze kończą się opłakanie, ten „Hamlet” nie miał żadnego sensu. W przeciwieństwie do „Burzy” wg Szekspira, Audena i innych, którą dał Janusz Wiśniewski w Teatrze Nowym w Poznaniu. Nagrodzony za najlepszego Szekspira sezonu nagrodą Yoricka, Wiśniewski wpisał w dramat Szekspira i tradycje swojego teatru, i dylematy współczesnego człowieka, szukającego ocalenia przez zalewem przemocy, w tym przemocy estetycznej – Kaliban (wybitna rola Mirosława Kropielnickiego) unaocznił infekcję etyczno-estetycznego zła, które zagraża ludzkości.

Dwuznacznych gier z Wyspiańskim podjęli się obok Zadary studenci reżyserii z Warszawy w spektaklu warsztatowym opartym na „Wyzwoleniu”, pokazywanym w warszawskim Teatrze Polskim. Była w tym pasja zmagania się z dziełem Wyspiańskiego, choć na pewno nie na miarę telewizyjnego spektaklu Macieja Prusa (ze świetnym Piotrem Adamczykiem w roli Konrada), ale warta odnotowania.

Miniony sezon rozpoczęło w Warszawie

kadrowe tsunami

– nigdy bodaj nie odeszło tylu dyrektorów. To po części zbieg okoliczności, jedynie zmiany w Dramatycznym i Studio zaplanował Ratusz, pozostałe wymusiła biologia (Na Woli, Ateneum, Nowy) i niezależne od administracji samorządowej konflikty (Powszechny). Ostatecznie znikł Teatr Nowy Adama Hanuszkiewicza na Puławskiej, ale na jego miejsce nie powstał jeszcze nowy Nowy Krzysztofa Warlikowskiego i jedynym śladem obecności artysty w stolicy było kilka wyczekiwanych spektakli „Aniołów w Ameryce” w Otwocku pod flagą TR Warszawa. Ten ostatni, najszybszy teatr w stolicy, zwolnił tempo, dał tylko jedną premierę „Szewców u bram”, parę prób czytanych i występów gościnnych – sam realizując z rozmachem najbardziej spektakularny polski spektakl w Nowym Jorku, czyli „Makbeta” Jarzyny.

I Warlikowski, i Jarzyna zbierali owoce prac wcześniej zrealizowanych – Warlikowski kolekcjonował nagrodę: Premię Europejską Nowa Rzeczywistość Teatralna odebrał w Salonikach, nagrodę redakcji Teatr w Warszawie, a nagrodę Obie przyznawaną przez tygodnik Village Voice w Nowym Jorku (za „Kruma”). Obaj artyści na koniec sezonu pokazali swoje spektakle na festiwalu w Edynburgu, Warlikowski „Dybuka”, a Jarzyna „Psychosis 4.48”. A jednak „okadzenie” im nie grozi, recenzenci szarpali Warlikowskiego za operę w Paryżu, a Jarzynie dostało się za całokształt.

Mierne skutki

przyniosły zmiany kadrowe w Studio i Dramatycznym. Bartosz Zaczykiewicz, który prowadził powszechnie chwalony Teatr w Opolu, nie odnalazł się w Pałacu Kultury, kolejne premiery Studia: „Bitwa pod Grunwaldem”. „Hollyday” i wspomniany już „Każda/Każdy” rozczarowały, bronił się jedynie autorski spektakl Stasysa Eidrigevičiusa „Drewniany człowiek”. W Dramatycznym także rozczarowanie, najważniejsze premiery sezonu okazały się niewypałami. Przemądrzała, postmodernistyczna inscenizacja „Iwony” wg Gombrowicza Piotra Cieślaka, w której tytułowa bohaterka jest uciekinierką z getta, i całkiem lekceważąca widza realizacja „Lulu na moście” w reż. Agnieszki Glińskiej, to prawdziwe katastrofy. Ratunkiem miał być festiwal performerski na koniec sezonu, podczas którego m.in. pokazano niewydarzony warsztat studentów szkoły krakowskiej („Dobry człowiek z Seczuanu”) pod kierunkiem dyrektora Pawła Miśkiewicza oraz wyprzedaż rekwizytów. Wydarzeniem był sprowadzony spektakl belgijski wg „Dekalogu” Kieślowskiego, ale to za mało, aby sezon policzyć do udanych.

Więcej nadziei

budzi zmiana w Teatrze Na Woli, który włączył się z energią w promowanie teatrów alternatywnych i pozawarszawskich (zwłaszcza Modrzejewskiej z Legnicy), sam dając kilka prapremier, w tym ciekawą sztukę żydowsko-amerykańską, nowego typu, bo napisaną i wystawianą po angielsku, „Ostatni Żyd w Europie” Tuviego Tenenboma (debiut reżyserski Olga Chajdas) – Na Woli miała miejsce jej prapremiera europejska. Wątek żydowski w tym sezonie wybrzmiał silnie („Żydh Artura Pałygi w Bielsku Białej, „Żydowska matkah w Rampie, „Krumh z TR Rozmaitości w transmisji tv w TVP Kultura, by wymienić tylko kilka), nic w tym dziwnego w kontekście ożywionej debaty na tematy polsko-żydowskie po publikacji „Strachuh Jana Tomasza Grossa.

Zaskakująco bezboleśnie i pozytywnie sprawdziła się zmiana w Powszechnym. Po zawirowaniach w poprzednim sezonie, wywołanych złej sławy manifestem byłego kierownika literackiego i wewnętrznymi tarciami w zespole, wybór Jana Buchwalda okazał się pomysłem szczęśliwym – spokój dyrektora podziałał jak oliwa, sprzyjając kilku udanym premierom, m.in. „Czarownice z Salem”, „Loretta” w reż. Roberta Glińskiego czy „Pornografia” wg Gombrowicza Waldemara Śmigasiewicza. Co zrobi kolejna z nowo nominowanych dyrektorów, Cywińska właśnie, w Ateneum, okaże się w sezonie następnym. W tym roku teatr na Powiślu stracił dyrektora i jednego ze swoich najbardziej oddanych aktorów, Mariana Glinkę. Ale nie był to dla Ateneum sezon stracony, pojawiła się na afiszu sprawnie zrealizowana i aktualna przez paralelizm do lustracyjnego szaleństwa prapremiera (światowa!) nowej sztuki Ronalda Harwooda („Kolaboracja”), przypomniano „Powrót do domu” Harolda Pintera z kreacjami Mariana Kociniaka, Mariana Opani, Grzegorza Damięckiego i Magdaleny Wójcik, a także Bergmanowską „Sonatę jesienną” z wybitną rolą Ewy Wiśniewskiej. Dużo jak na jeden sezon.

Dobry sezon ma za sobą Maciej Englert, który przygotował we Współczesnym adaptację „Procesu” Franza Kafki, traktat o zagubieniu człowieka, jego obcości we wrogim świecie, którego nie sposób ogarnąć, opanować, zrozumieć. Wielopiętrowa metafora od egzystencjalnej, poprzez polityczną i metafizyczną udała się za sprawą precyzyjnej roboty aktorskiej, w której obok artystów kreujących role główne (z Borysem Szycem jako Józefem K.) zachwycająco wypadły epizody, m.in. Stanisława Celińska jako Pani Grubach, czy Sławomir Orzechowski jako urzędnik Willem. Przemyślana konstrukcja, adresowana do różnych poziomów odbioru, bardzo żywa i aktualna, ale ponad poziomem zgiełku.

Inną drogą obrali twórcy dzisiejszej wersji Witkacowskich „Szewców”, pod nazwą „Szewcy u bram”, zaprezentowanych w TR Warszawa. Adaptacja Jana Klaty i Sławomira Sierakowskiego poszła jednak bodaj za daleko, choć po części mimowolnie, w aktualne aluzje polityczne, które niejako „na oczach” traciły na aktualności. Znacznie lepsze recenzje zebrały inne gorące spektakle Klaty, w poprzednim sezonie wrocławski (Teatr Współczesny) „Transfer”, chwalony za umiejętne powiązanie autentycznych losów z komiksową metaforą historii, a w tym sezonie także wrocławski (Teatr Polski) spektakl, „Sprawa Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej, obsypany nagrodami na festiwalu Klasyka Polska w Opolu.

Historia złapała za rękaw także Izabellę Cywińską, która najwyraźniej bez energii kończyła reżyserię "Czarownic z Salem”. Po zwycięstwie PO w wyborach odnosiło się wrażenie, że Cywińska już bez wiary opowiada o łamaniu praw człowieka, deptaniu ludzkich uczuć i charakterów. Jednak przedwcześnie, ze szkodą dla wyniku – może dlatego spektaklowi, mimo pamiętnej roli Zbigniewa Zapasiewicza, zabrakło wielkości.

Prawdziwym zwycięzcą sezonu jest Jan Englert i jego

Teatr Narodowy,

,

wzorcowy dzisiaj teatr, który potrafi połączyć tradycję z poszukiwaniami nowych treści i form. Czasem nawet wbrew własnym gustom, nawet za cenę wpadki – Englert otwiera drzwi dla przedsięwzięć ryzykownych, takich jak „Otello” Olsten (już wspomniana katastrofa), czy „Terminal 7” (udane poszukiwania nowej metafory teatralnej), czy nowa polska dramaturgia, która raz się sprawdza („Mrok”), a raz nie („Kurz”). Ale obok tych spektakli poszukujących pokazuje Englert przedstawienia wręcz rozkosznie zespołowe – w tym sezonie to kameralny „Żar” Sandora Maraiego (reż. Edward Wojtaszek), z widownią na 30 krzeseł w foyer, i monumentalne „Opowieści dla dzieci” wg Singera w reżyserii Piotra Cieplaka (tu wszyscy aktorzy koncertują, każdy epizod błyszczy) i „Iwanow” w reżyserii Jana Englerta z całą plejadą wspaniałych ról i epizodów. Nic więc dziwnego, że w tym roku to właśnie Jan Englert odebrał Nagrodę Boya za wybitne osiągnięcia aktorskie, reżyserskie i za urzeczywistniany model sceny narodowej.

To piękne, że do tego modelu, na miarę innych środków i celów, nawiązuje w swoim prywatnym Teatrze Polonia Krystyna Janda. Ostatni sezon w Polonii był wyśmienity, nawet przy pewnych wpadkach, wszystkie pieniądze za „Kobiety w sytuacji krytycznej” Joanna Murray-Smith w reżyserii Jandy, „Starość jest piękna” Ester Vilar, spektakl Łukasza Kosa, grany pod Pałacem Kultury, a zwłaszcza przesłodkie „Grube ryby” Bałuckiego, którymi Janda (reżyseria) przypomniała, czym może być prawdziwa komedia na scenie.

Kończąc te posezonowe porządki trzeba wspomnieć o jeszcze jednym, najbardziej poruszającym spektaklu sezonu – „O zwierzętach” Elfiriede Jelinek w reż. Łukasza Chotkowskiego (Teatr Polski w Bydgoszczy), który stanowi pokaz tego, czym może i powinien być teatr: sejsmografem napięć, problemów, na pozór niewidocznych i zduszonych. Trzeba wyobraźni i odwagi, żeby takie przedstawienia budować.

I zupełnie

na koniec.

.

Pamiętać warto o samotnikach, którzy doskonalą swoje warsztaty, ciągle mierzą się z nowymi wyzwaniami. Należy do nich Krzysztof Gordon z Teatru Wybrzeże, który olśniewająco przedstawia „Falstaffa” wg Szekspira (scenariusz monodramu Andrzeja Żurowskiego). Demonstruje nie tylko znakomite umiejętności, ale i coś, co w teatrze zawsze się liczyło: tęsknotę za Dobrem. To właśnie znaleźć można w „Opowieściach dla dzieci” czy „Iwanowie”, a także „Zemście” w Polskim, gdzie wbrew tytułowi trwa pościg za Dobrem.

Ian Herbert, angielski krytyk, w swoim posłaniu na półwiecze stowarzyszenia krytyków teatralnych przypominał piszącym o teatrze, aby Dobro mieli zawsze na widoku, nie dając się zwieść zmiennym i krótkotrwałym modom. Krytycy nie zawsze o tym pamiętają. Widzowie – zawsze. A teatr? Teatr właśnie wraca do domu.

Tomasz Miłkowski

Tekst publikowany w Przeglądzie

Dodaj komentarz