Przejrzystość

O malarstwie Mariana Murawskiego. „Martwa natura pejzażu” – taki tytuł ma wystawa Mariana Murawskiego, otwarta w warszawskiej Galerii „Test”.

Image

Buda ruska Mariana Murawskiego

PRZEJRZYSTOŚĆ

    Są obrazy, jest malarstwo, przyciągające uwagę nie tylko swoistym, indywidualnym traktowaniem malarskiej materii, warsztatem doskonale zharmonizowanym z tematyką, nastrojem, kompozycją obrazu, ale i tym „czymś” wyjątkowym, nie do nazwania właściwie, co z braku doskonałości słowa określa się jako „duszę”. Dusza… Pojęcie ogólne, wieloznaczne, wypełnione skojarzeniami z różnorodnych dziedzin i materii, umożliwiające tym samym wielość interpretacji, odniesień, przywołań. Ta „dusza” więc przeziera z obrazów Mariana Murawskiego, przepełnia malarską materię, jest obecna w każdym pociągnięciu pędzla, w każdej kresce, każdym konturze wypełniającym obraz. Jest coś magicznego w tym malarstwie i w związaniu artysty ze swoim obrazem. Gdy stanie obok swojego płótna, to wiadomo, że nikt inny nie mógł tego obrazu namalować. Coś z oczu Murawskiego jest w każdym jego obrazie. Coś z duszy, coś z wnętrza, które z kolei przeziera w jego oczach…  Murawski jako człowiek z krwi i kości emanuje na zewnątrz tym czymś, co emanuje z jego obrazów. I jest to jakaś magia, jakiś czar, jakaś głęboko osadzona w artyście i jego dziele tajemnica łącząca tylko te dwie sfery: artysta i jego obraz. Przestrzeń człowieczą i przestrzeń malarską. Rzadko się zdarza tak idealne zespojenie. Coś takiego było między Henry Moorem i jego rzeźbami (nie wszystkimi). Kiedyś widziałam tego artystę stojącego przy swoich rzeźbach. Była w tym podobna magia. Gdy zabrakło twórcy pozostało w jego dziełach jakieś miejsce niedopełnione, pulsujące obecną nieobecnością, pełne niespełnialnego oczekiwania.
Gdy oglądam obrazy Mariana Murawskiego, pod jego fizyczną nieobecność czuję coś podobnego. Gdy spotykam p. Murawskiego bez jego obrazów czuję podobnie. Czegoś w tej przestrzeni brak fizycznie, ale to „coś” wiadomo, że jest, żyje własnym życiem, pulsuje obecnością.
    W obrazach Mariana Murawskiego przegląda się świat ukochany – Suwalszczyzna. On cały jest stamtąd. Z niebotycznych sosen, zamgleń i przymgleń porannych i przedwieczornych, głębi i srebrzystości jezior, tajemnej czerni i groźnego poszumu Hańczy, kamieni i krzyży suwalskich. Jest mistrzem malarskiego skrótu, znakomitym opowiadaczem bez dosłowności opowiadania, widzącym świat po malarsku. Przede wszystkim po malarsku: poprzez układ form, brył, kolor, grę światła, kompozycję elementów. Jest w tym harmonia, bo zbyt wiele dysonansów i kakofonii jest w życiu, by je przenosić na płótno. Świat harmonijny nie oznacza świata bez dramatyzmu, wygładzonego, lekkiego, łatwego, powierzchownego. To szukanie i odnajdywanie zestrojeń, poszukiwanie struktur harmonijnych, tego, co współgra mimo, że jest odmienne i różnorodne.
    Tylko malarz zimową ciszę może zobaczyć jako czarno – zieloną przestrzeń z jasno zieloną kropą („W ciszy zimowej”, acryl 2008). Tylko malarska wyobraźnia potrafi dokonywać takich cudów przekształceń, metamorfoz, przeobrażeń. Wypiętrzony głaz na białym polu to…Wszystko? Świat? Wszechświat? Kosmos („Głaz na białym polu” acryl 2002)? Także ten wewnętrzny, drgający napięciami, wypełniony dramaturgią ciszy, rozedrgany migotliwością porannego światła  („Świt”, acryl 2005). Kamienie, wielkie głazy to jakby leitmotiv twórczości Murawskiego. Tajemnica zaklęta w tym martwym – niemartwym tworze natury. Tajemnica sięgająca jakichś spraw pradawnych, jeszcze przedczłowieczych. I kruchość ludzka wobec kamienia pamiętającego Wszystko. I trwającego niewzruszenie w czasie i przestrzeni, niezmiennego, zakotwiczonego od zawsze i na zawsze w krajobrazie, milczącego.
    Drugim leitmotivem są krzyże. Nieodwieczne, jak głazy, postawione, wzniesione ludzką ręką, upamiętniające fragmenty ludzkiego życia, historii, kojarzące się z Biblią i drogą krzyżową, chociaż niekoniecznie wpisane i wpisujące się w ich banalność. To bardziej krzyże – drabiny niż krzyże – krzyże. Krzyże wznoszące dokądś, wiodące dokądś. Wypełnione krzykiem, mimo, że martwe i nieruchome. Są powykrzywiane, ponadłamywane, bo i ludzkie życie nie jest proste. Jedne wiodą w górę, inne też w górę, ale w jakieś dziury – otchłanie. Jeden wielki znak zapytania. Ludzki. Zwyczajny. Pełen prostoty („Zmierzch”; „Noc”, acryl 2006). Ich odmienność modeluje gra świateł, pora dnia, pora roku. Światła rozkładające się w przestrzeni, na bryle, na twardej linii drewna. Światło modelujące bryłę, wyznaczające linię, podkreślające kontur, modyfikujące kolor. Światło, które wyłania się z określonych godzin dnia i nocy i zmienia wszystkie elementy układanki pejzażu. Ono jest najbardziej kreatywne w naturze, ono decyduje o niuansach barw, odcieni, kształtów, rysuje kontury. Malarz wyłapuje tylko chwile i zatrzymuje je na płótnie.
    „Martwa natura pejzażu” – taki tytuł ma wystawa Mariana Murawskiego w warszawskiej Galerii „Test”. Tytuł tylko pozornie paradoksalny. I pozornie prawdziwy. Bo czyż faktycznie kamień, krzyż, zima, przestrzeń są martwe? Mogą być martwe? Tytuł wysnuty z obrazów malarza, adekwatny do jego sposobu postrzegania pejzażu i jego sposobu malowania. Tytuł przewrotny, nie tylko dlatego, że wszystkie elementy malarstwa Murawskiego choć nie żyją, to żyją, ale i dlatego, że on sam wkomponował się w tę „Martwą naturę pejzażu” jako jego element… No, właśnie: żywy? Czy..? Buda ruska, kamień i Marian Murawski („Buda ruska”, acryl 1008). Tak żywy, że niemal wychodzi z ram obrazu. W dodatku pobudza do życia i ruską budę, i kamień i tło. Znowu to idealne zestrojenie: wszystko to on i z niego, cała kreacja i kreatywność. We wszystkich obrazach tego malarza jest zaklęta jakaś magia, ale „Buda ruska” to coś bardzo szczególnego. Niezwykły obraz z niebywałą dramaturgią. Przestrzeń ze swoimi atrybutami, w której on, Marian Murawski jest tylko gościem. Wszedł na chwilę, podumał, popatrzył i odejdzie. A przestrzeń zostanie. I obraz zostanie. I chwila złowiona w malarskie wędzidło zostanie.

Justyna Hofman – Wiśniewska

Dodaj komentarz