Holoubek – odejście Guru

Odszedł jeden z gigantów. Bez Niego teatr już nigdy nie będzie taki, jaki był. O takich ludziach jak on mówi się, że są miarą. To on wyznaczał horyzonty. Zawsze można było liczyć na jego mądrą, a często i dowcipną opinię.

Łączył poczucie obowiązku, wysokie wymagania wobec siebie z wyrozumiałością i życzliwością dla innych. Nawet w trudnych latach ostatnich, kiedy zmagał się z chorobą, pozostawał optymistą.
Wierzył w ludzi i kochał aktorów.
Pozostawił dziesiątki ról teatralnych, filmowych i telewizyjnych. Dla wielu na zawsze będzie Konradem-Gustawem z „Dziadów” Adama Mickiewicza w pamiętnej inscenizacji Kazimierza Dejmka z roku 1968. Chociaż odbyło się zaledwie 10 przedstawień, rola ta przeszła do legendy, a Gustaw Holoubek pasowany został na patrona rewolty studenckiej. Po latach wrócił do tej roli w filmie Tadeusza Konwickiego „Lawa”, z innego brzegu spoglądając na jeden z najbardziej gorących polskich tekstów.
Zagrał w teatrze prawie wszystko. Jego biografia artysty teatru zamknęła się telewizyjnym epizodem Starego Aktora z „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego. A debiutował też w Wyspiańskim, rólką Wojtka w „Weselu”, na deskach krakowskiego Teatru im. Słowackiego, jeszcze jako student. Było to tzw. nagłe zastępstwo. To wtedy po zejściu ze sceny wielki mistrz Juliusz Osterwa, legenda teatru międzywojennego powiedział do debiutującego młokosa: Pięknie pan to zagrał, pięknie. Dobrze, że nikt tego nie słyszał. Od tego czasu Holoubek powtarzał, że aktor musi zawsze pamiętać, żeby go było widać i słychać.
– Pamiętam, jak po raz pierwszy pojawiłem się w Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi. Przez 2-3 godziny błąkałem się po planie i nikt się mną nie zainteresował – opowiadał o swojej pierwszej wizycie na planie filmowym.
– W końcu jednak trafiłem na fotel charakteryzatorki. To była dziewczyna ze Związku Radzieckiego. Po zdjęciach, które miała przyklejone do lustra, widziałem, że „maluje mnie” na ministra Becka. Zdziwiło mnie to, bo miałem grać kogoś innego, ale nic nie mówiłem. W pewnym momencie do pokoju wpadł kierownik produkcji. Patrzy na mnie i krzyczy do dziewczyny: Przecież to ma być Dzierżyński. A ona na to: A czy to nie wszystko jedno? Do dziś mam wrażenie, że w filmie im wszystko jedno – wspominał aktor pracę nad swoją debiutancką rolą filmową, Feliksa Dzierżyńskiego w „Żołnierzu wolności”.
Kina nie cenił tak wysoko jak teatru, jednak stworzył w swojej filmowej karierze  kilka ról wielkich. Związane były one z dwoma nazwiskami – Wojciecha Jerzego Hasa i Tadeusza Konwickiego.
U pierwszego z nich zagrał swoją pierwszą filmową rolę główną. Kubę w „Pętli”, udręczonego swoim alkoholizmem młodego mężczyznę. Pierwsza główna i pierwsza wielka, do dziś uchodząca za jedną z najlepszych w historii naszego kina. Z Hasem spotkał się na planie prawie wszystkich filmów tego reżysera. Zagrał w „Pożegnaniach”, „Wspólnym pokoju”, „Rękopisie znalezionym w Saragossie”, „Sanatorium pod Klepsydrą”, „Nieciekawej historii” i „Pismaku”.
U swojego przyjaciela Tadeusza Konwickiego wystąpił w „Augenblick des Friedens”, „Salcie”, „Jak daleko stąd, jak blisko” i przede wszystkim w „Lawie”. Ten film jest wyjątkowo ważny. Konwicki twierdził, że powstał tylko po to, by zarejestrować, jak Gustaw Holoubek mówi Mickiewiczowską Wielką improwizację.
Czasem jego role filmowe zaskakują. Są bowiem w nim tak dalekie od aktorskiego wizerunku role, jak Profesor w komedii sensacyjno-obyczajowej „Gangsterzy i filantropi”,  Napoleon Bonaparte oraz Napoleon Beranger w „Marysi i Napoleonie”, filmie, który dziś nazwalibyśmy komedią romantyczną, oraz bohater filmu akcji, Andrzej Kenig z „Prawa i pięści”.
Jego dorobek filmowy zamykają dwie piękne, wielkie kreacje, Adama Ostrowskiego z „Księgi wielkich życzeń” i ojca Teresy z „Listów miłosnych”. Obydwa filmy wyreżyserował Sławomir Kryński, uczeń Wojciecha Jerzego Hasa, obydwa były hołdem dla tego wielkiego twórcy. Występując w nich, grając typowo Hasowskie postaci Holoubek żegnał się z jednym z ulubionych twórców i jednocześnie wielkim przyjacielem. 
Nigdy nie zaakceptował teatru, który lekceważy warsztat. Zawsze po premierze spotykał się z aktorami, żeby ocenić role. Ostatnio jego opinie były zaprawione goryczą. O Ateneum pisano, że to teatr staroświecki. Kilka tygodni przed odejściem, schorowany, ale jak zwykle zadziorny, po premierze sztuki „Czy Pani lubi Schuberta” delektował się rolami Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej, Haliny Łabonarskiej i Marii Ciunelis. – Wprawdzie ja się na tym nie znam – mówił z przekorą – ale przedstawienie było świetne. Paru groźnych recenzentów znało się lepiej i napisało, że przedstawienie było beznadziejne. To go bolało. Aktorzy jednak, wbrew łatwym i zmiennym ocenom, szli za nim. I pewno iść będą nadal, pamiętając o swoim Sterniku.
M. i L. Tomkowscy

Wspominają Mistrza

Jan Englert: Bardzo trudno mówić o Gustawie Holoubku w czasie przeszłym. Afirmował życie w jego najczystszej formie. Nie przyjmował tego, co jest obrzydliwe. Nie chciał mieć z tym nic wspólnego. W Jego hierarchii ważności pierwsze i podstawowe miejsce zajmował człowiek i jego potrzeby duchowe. On w to naprawdę wierzył. Nie tylko na użytek sztuki, ale na użytek życia. To sprawiało, że wokół Niego gromadzili się ludzie, że miał wielu przyjaciół, nie tylko wśród aktorów czy pisarzy, ale wśród ludzie nie związanych kulturą. Po prostu swoją osobowością przyciągał jak magnes. Nie umiem myśleć o Holoubku w czasie przeszłym.

Ewa Wiśniewska: Trudno jest od razu i mądrze opisać człowieka, wspaniałego artystę, z którym było się tak blisko przez wiele lat. To, co pozostawią po sobie, może być nauką dla tych, którzy chcą być prawdziwymi artystami, a nie odtwórcami zadanego tekstu. Wszystkie Jego role były przeprowadzone przez mózg. Myśl. Będzie mi Go brakowało. Nie każdy jest obdarzony takim talentem, jak On.

Agnieszka Pilaszewska: Był moim dyrektorem, zrobiłam z Nim spektakl „Panna Maliczewska” dla TVP. Pracowało się z Nim wspaniale. Miał potężny dystans do teatru, sztuki, do wszystkiego, co mówią, robią.  Jak stąd do Bydgoszczy. Bardzo chyba się wstydził, że jako dojrzały mężczyzna musi uprawiać ten zawód. Nie lubią się charakteryzować, nie znosił tych wszystkich przebieranek, kostiumów. Pewnie dlatego zajął się reżyserią, żeby samemu nie doznawać tych upokorzeń, jakich musi mężczyzna-aktor doświadczać. Nie byłam z Nim w bliskich relacjach, ponieważ, jak się poznaliśmy, był już mocno starszym panem. Niewiele już grywał, ale widziałam Go w „Burzy” i zrozumiałam wtedy, na czym polega fenomen słynnych oczu Gustawa Holoubka. Jak zobaczyłam Go na scenie, to było porażające. Dostał twórczej weny, jakiejś aktorskiej szajby, to była niewiarygodna siła. Ale tę siłę ostatnio już bardzo rzadko uruchamiał. Nie rozdawał tak szczodrze swego talentu.

Bartosz Opania: Jeszcze nie umiem znaleźć się w tej śmierci, która chyba dla każdego przyszła z zaskoczenia. Odszedł nie tylko wspaniały artysta, mistrz, ale człowiek z niezwykłą klasą, przedwojennej kultury, z absolutnie wyjątkowym poczuciem humoru. Charakteryzował się młodzieńczą pogodą ducha, którą zachował do końca. Nigdy nie stwarzał dystansu między młodymi aktorami a już uznanymi. Jeżeli kogoś polubią i zaakceptował, stwarzał taką atmosferę, żeby człowiek czuł się przy Nim bardzo swobodnie. Nikogo nie traktował protekcjonalnie. Lubił żartować i nawet przekleństwa w jego ustach brzmiały nobilitująco. Opiekował się mną, w chwilach trudnych mogłem na Niego liczyć. Zawsze stawiał mnie delikatnie do pionu, bo miał niezwykły dar rozmowy. Był przedstawicielem już wymarłego gatunku, a mnie się zawsze wydawało, że Jego wola życia i wewnętrzna młodość nigdy się nie wyczerpie.

Tekst publikowany w „Tele Tygodniu”

Dodaj komentarz