Ogarnęły nas trzy żądze: szmalec, forsa i pieniądze

Rozmowa z Krzysztofem Daukszewiczem.

Żart polityczny stał się znowu popularny…

W tej chwili Polska przechodzi renesans żartu politycznego. Od paru miesięcy wyraźnie czuć, że na taki humor jest teraz ogromne zapotrzebowanie. Otrzymuję wiele propozycji występów nawet z miejsc, które wcześniej nie organizowały koncertów kabaretowych. Być może jest to spowodowane tym, że ludzie oczekują, iż ktoś im wytłumaczy, co się w kraju dzieje i rozwieje ich obawy …

Nastąpiła kolejna zmiana sztafety rządzącej, a żart polityczny, aluzja polityczna trwa…

Jeżeli ktoś myśli, że skoro inna ekipa doszła do władzy, to głupota przestanie funkcjonować, to jest pijanym dzieckiem we mgle. Po prostu zawsze się znajdzie ktoś, kto wyjdzie przed szereg, trzepnie jakąś głupotę i już. Kiedyś się mówiło – socjalizm się skończył i satyra polityczna się skończy. Nieprawda. Socjalizm się skończył kilkanaście lat temu – satyra polityczna istnieje. Odbudowali ją bracia Kaczyńscy i dziękuję im za to, że przywrócili mnie szerokim masom. Teraz rządzi PO, ale satyra i tu ma się dobrze.

Potrafi Pan publiczność rozśmieszyć do łez, ale i do łez wzruszyć…

Rozmieszam żartami, dowcipem. Ludzie mają łzy w oczach przy niektórych moich piosenkach, np. gdy śpiewam „Panie Prezydencie” – ludzie płaczą.

Panie Prezydencie, tak bardzo chciałbym wierzyć, że i na życiu naszych chłopców w obcych krajach Panu też zależy. Więc ich wycofaj z wojen, niech wrócą tu chłopaki, w afgańskich górach rosną maki, lecz to są nie te maki – trudno się takim apelem nie wzruszyć. Prosi Pan, by Pan Prezydent Lech Kaczyński życzliwiej spojrzał na świat i ludzi i wycofał polskich żołnierzy z Afganistanu. To była piosenka Jarka Nohavica dedykowana Vaclavovi Havlowi…

Tak, za zgodą autora przerobiłem ją po swojemu. Vaclav Havel nie był moim prezydentem, więc głupio byłoby ją śpiewać w Polsce. A do naszego Prezydenta? Cóż, możemy tylko powtarzać: Daj się Pan udobruchać, Panie Prezydencie…

Co Pan najbardziej lubi w swoich występach na scenie?

Trudno powiedzieć, że manipulować ludźmi, ale… Na wielu moich koncertach ludzie najpierw ludzie płaczą ze śmiechu, potem płaczą, bo coś na nich „spadło”. Tak jest, gdy śpiewam wspomnianą już piosenkę „Panie Prezydencie” czy „Jeszcze jedna noc, jeszcze jeden dzień”, „Prośba”… To duża satysfakcja, że ludzie odbierają mnie na maksa, że w ciągu dwóch godzin z obu stron estrady działa wymiennie jakaś niesamowita energia. Dla mnie nie istnieje pojęcie chałtura. Niezależnie od tego, ile osób jest na widowni gram, śpiewam jak najlepiej potrafię. Tak mnie wychowano, nauczono.

Miałem taką zabawną przygodę dwa czy trzy lata temu. Grałem na Śląsku z okazji Dnia Nauczyciela dla jakiegoś zespołu szkół. I przyszła do mnie przed koncertem ufryzowana, wyfiokowana pani dyrektor i mówi: Panie Krzysiu, w imieniu rady pedagogicznej mam prośbę, żeby Pan trochę zszedł ze swojego poziomu, bo tutaj są też panie z obsługi i chcemy, by wszyscy się fajnie bawili. Powiedziałem, że nie ma sprawy, proszę bardzo. I zagrałem jak zwykle bez żadnych zmian czy uproszczeń. Najzabawniejsze było, że po autografy przyszły panie z obsługi i dziękowały, że nareszcie ktoś je poważnie potraktował. Taki stosunek do siebie ludzie sami sobie zafundowali. Nieświadomie, ale jednak. Takie media jak telewizja publiczna, i nie tylko publiczna, nie zmuszają do godziny 23-ciej do jakiegokolwiek myślenia. W związku z tym ci, którzy w czasach komuny potrafili zrozumieć i wychwycić wszystkie aluzje polityczne byli po prostu wyczuleni na myślenie, bo telewizja nie karmiła nas od rana do wieczora tanią rozrywką. Teraz nagle zaczęli się bać, że gdy nagle wyjdę i będę ich bawił satyrą polityczną, to oni tego nie zrozumieją. A te moje metafory w piosenkach i wszystkich tekstach są szalenie proste. Gdy wydałem tomik wierszy „Byłoniebyło”, to ktoś powiedział, że gdyby się jakiś krytyk do nich przyspawał i zaczęto je omawiać w szkole, to nie można by było uczniom zadać klasycznego pytania: co autor chciał powiedzieć, bo to po prostu jest napisane od początku do końca. Autor wziął i powiedział. To tak proste, że można tego nie zrozumieć. Wielu naszych wybitnych poetów też uprawiało tak zwane proste metafory, a są czytani do dziś. Gałczyński, Asnyk, Tuwim, liryka Broniewskiego, Szymborska – wiersz nieskomplikowany, bardzo przejrzysty, bardzo ciepły. To tak jakby ktoś w Indianie Jonesie doszukiwał się drugiego dna. Chociaż… Czytałem taką poważną recenzję, że ten film nie przekazuje wartości, nawet rzetelnej wiedzy, nie ma drugiego dna, więc co to za film?! Popłakaliśmy się z synami ze śmiechu.

Pana droga do estrady i sławy była dosyć pokrętna?

Przez trzy lata byłem dyrektorem domu kultury w Szczytnie. Przyjeżdżały różne kapele, często nawalone jak stodoła, z programami, na które wstyd było na to patrzeć. Gdy zacząłem uprawiać zawód, który uprawiam przyrzekłem sobie, że nigdy nikt pijanego mnie na scenie nie zobaczy. Pracuję od 30 lat i tak się stało. Nie wychodzę na scenę nawet nieświeży. Kiedy obejmowałem to dyrektorskie stanowisko był to najbardziej zaniedbany dom kultury w woj. Olsztyńskim, a jak po 3 latach odchodziłem, to był wiodący dom kultury. Był tam kabaret „Gwuść”, były dwa teatry… Do domu kultury dokooptował Janusz Sokołowski, który wcześniej był adiunktem w nadleśnictwie, czyli drugą osoba po nadleśniczym bardzo dużego nadleśnictwa. Przyszedł do mnie, do domu kultury, jako instruktor muzyczny i fotograficzny. Cierpnął to nadleśnictwo. Siedzieliśmy w tym domu kultury od rana do nocy, w ostatnim roku właściwie tam mieszkaliśmy. Janusz Sokołowski sypiał w kanciapce za ekranem kinowym, więc gdy był seans oglądał filmy od tyłu. Renia plastyczka, spała u siebie w pracowni plastycznej, ja gdzieś w jakiejś kostiumerni… Rzuciła mnie w tym czasie pierwsza żona. Nie wytrzymała. Mieliśmy Dyskusyjny Klub Filmowy, który mieścił się w trójce najlepszych Dekaefów w Polsce. Mieliśmy zespół teatralny, który prowadziła Krysia Godlewska – wygrywał na wszystkich festiwalach. Był teatr eksperymentalny, mój Gwuść… Zebrała się w jednym czasie i miejscu odpowiednia grupa ludzi. Nastąpiła eksplozja i tworzyło się coś wspaniałego. Piękne czasy… Ten dom kultury to jeden z piękniejszych fragmentów mojego życia. Po 21-tej ściągali do nas z miasta „lubiejący śpiewać”, bo myśmy śpiewali na trzy głosy. Był tam jeszcze Marek Bednarek, wówczas dyrektor Kółek Rolniczych – przychodził z akordeonem…W międzyczasie w Zakopanem zrobiliśmy festiwal piosenki antyradzieckiej – razem z Januszem Sokołowskim- i to doszło ubeckimi kanałami do Olsztyna. Wiadomo było, że nas z tego domu kultury sczyszczą. Byłem też nauczycielem.

Od 1976 roku współtworzył Pan kabaret „Gwuść”. To był początek drogi „ku chwale i sławie” satyryka?

W 1976 zadebiutowałem w I Biesiadzie Humoru i Satyry w Lidzbarku Warmińskim w programie autorskim „Dookoła Wojtek”. Zdobyłem II nagrodę. Ale tak naprawdę wykreowało mnie Opole w 1987.

Do Warszawy przeniosłem się w roku 1978. Po mojej przygodzie z „Gwuściem”, gdy wygrywaliśmy w Polsce wszystkie nagrody, jakie były w owym czasie do wygrania – bo i Złote Rogi Kozicy, i Złota Szpilka itd. wydawało mi się, że to, co robię jest beściackie… W Warszawie w ciągu kilku tygodni zrozumiałem, że bardzo niewiele umiem. Zaproszono mnie do kabaretu Ludwika Krakowa „Na Pięterku” w hotelu „Bristol”. Gdy wyszedłem zza kulis

na scenę zobaczyłem moich wybitnych kolegów: Adama Kreczmara, Jonasza Koftę, Stanisławskiego, Friedmanna, Łazukę, Kosiniaka i ja, taki młody Daukszewicz między nimi, to moje złudzenia, co własnej „wielkości” prysły. Poprosiłem więc Justynę Kreczmarową, żeby pozwoliła mi uczestniczyć w próbach w Teatrze Polskim, które miała. Chodziłem na przedstawienia Dejmka, eksternistycznie przez 2 lata robiłem kurs aktorski, penetrowałem bibliotekę teatralną, niebanalny zbiór, po Janie Kreczmarze… Pracowałem z Ireną Santor – jeździłem z nią przez 2 lata na koncerty. Skończyło się to fantastyczną przygodą, bo brałem udział w jej ostatnim dużym recitalu na świecie. Jacek Wóycicki i ja. To był koncert w Sydney w Opera House. Była też fantastyczna przygoda z zespołem Vox, był kabaret Janusza Gajosa „Hotel Nitz” – niesamowite trzy lata, ścigała nas cenzura po całym kraju… Ja miałem wyobraźnię na to, co dodać do danego monologu Gajosa, on na różnego rodzaju scenki. Robiliśmy „Leżaki” Tyma tak, że jak on to zobaczył, to prawie nie poznał swojego skeczu! Współpracowałem z „Egidą”… Było więc sporo wydarzeń, ale ja jako Krzysztof Daukszewicz praktycznie nie istniałem. Byłem postacią, poza branżą, prawie anonimową. I to była moja lekcja pokory. Trwała 9 lat. Wiedziałem, że muszę się przez to wszystko przebić, żeby zaistnieć. Była też rodzina: żona, dwaj synowie, a stawki państwowe były śmieszne, więc każdy kryształ, który wygrałem z jakiegoś powodu, lecieliśmy na wolumen spieniężyć. Sprzedawałem ciuchy w Rembertowie, które mieliśmy po wyrastających dzieciach. Dopiero Opole w 1987 roku naprawdę mnie wykreowało.

Jednak woda sodowa nie uderzyła Panu nigdy do głowy?

Woda sodowa… Kiedyś napisałem piosenkę „Poeta i pan Strauss”. Zawarłem w niej masę metafor, po prostu metafora ścigała metaforę. Byłem strasznie z siebie dumny i zaśpiewałem te piosenkę Adasiowi Kreczmarowi i Jonaszowi Kofcie. To były czasy naszej przyjaźni, byłem strasznie szczęśliwy, że ją właśnie wykonałem. Adam z politowaniem popatrzył na mnie i powiedział: Krzysiu, kurczę, daj spokój, ja z tych metafor, które wymyśliłeś bym napisał z 10 dobrych piosenek. I po dumie. Jak metafora goni metaforę to po prostu w którymś momencie staje się to banałem, staje się jakimś ogółem, ponieważ wśród samych pereł nie można wiedzieć, która jest bardziej… po prostu. On tym jednym wieczorem nauczył mnie pisać piosenki kabaretowe, zresztą nie tylko kabaretowe. Piosenka powinna dotyczyć jednego tematu, nie być rozbuchaną. Ona powinna być albo o spodniach, albo o panu prezydencie, o panu premierze, ale musi być to jakiś konkret.

Dlaczego Pan robi to, co robi?

Bo lubię. Jestem pasjonatem tego, co robię. Zawsze. Niczego z tego, co robiłem wcześniej nie żałuję. Gdyby nie parę ciosów, które na mnie spadły, to mógłbym się nazwać dzieckiem szczęścia. Byłem nauczycielem w szkole podstawowej i wtedy ta praca mnie pasjonowała. Moi synowie namawiają mnie, żebym napisał książkę o swoim życiu, ale gdybym to zrobił nikt by mi nie uwierzył. To momentami byłyby takie opowieści barona Munchaussena. Zostałem np. odznaczony medalem za bohaterstwo w wojnie z… Irakiem.

Jakim cudem?

Byłem w Kuwejcie, półtora roku po wojnie, na zaproszenie polsko-kuwejckiego towarzystwa. Tam było dwóch Arabów, którzy mieli żony Polki. Jeden był wysoko postawiony – ktoś w rodzaju naszego szefa NIKu. Gdziekolwiek wchodziliśmy, to on mówił: to jest mój przyjaciel z Polski, zanim on coś u ciebie kupi, musisz mu dać prezent. I otrzymywałem te prezenty, jakieś fajki, nie fajki, przedziwne rzeczy. Drugi średnio mówił po polsku. I ten pierwszy, Abdul, powiedział do niego, że ma dać Krzyśkowi to, co uważa za najcenniejsze. Przyniósł mi modlitewny dywanik z kompasem z kości słoniowej wskazującym Mekkę. I wręczył mi też miniaturę medalu. Abdul się uparł, żebym go sobie przypiął do piersi. Następnego dnia wylatywaliśmy do emiratów arabskich, bo tam miałem koncert. Na lotnisku w Kuwejcie mija nas czterech wysokich rangą oficerów i nagle przede mną „do dacha”. Zdumiałem się. Zażądałem od Abdula i przedstawiciela Lotu, żeby mi wytłumaczyli o co chodzi. Powiedzieli, że właśnie mam miniaturę orderu za waleczność w wojnie z Irakiem. A Arab, który mi ten medal podarował został bohaterem w ten sposób, że jako kustosz muzeum narodowego, gdy wkraczały wojska irackie do stolicy Kuwejtu tak sprytnie zamurował część narodowych zbiorów, że ich nie wygrzebali i ocalił wiele cennych rzeczy. Mam ten medal do dzisiaj.

Mieszkał Pan w Warszawie w Alei Róż skąd dosyć szybko uciekł Pan…

Do powiatu legionowskiego. Warszawa mnie niczym nie ujęła. Gdy jechałem do Warszawy – byłem pod wrażeniem legend o „Udziałowej”, „Ziemiańskiej”, tej atmosfery, rozmów o sztuce, poezji – a tu nagle trafiłem na środowisko, które rozmawiało albo o gorzale, albo o dupach. Do którejś z kolejnych moich piosenek planuje napisać taki oto refren: ogarnęły nas trzy żądze: szmalec, forsa i pieniądze.

Pana pasją jest też wędkarstwo. To adrenalina, ale chyba i relaks?

Mam lokum w lasach mazurskich, na jeziorem, tuż koło rezerwatu przyrody. I nad tym moim jeziorze, gdy jest ładna pogoda, potrafię spędzić cały dzień. Wypływam o 6 rano, spływam o zmierzchu. Zabieram ze sobą dyktafonik, coś do pisania, jedzenie, picie i świat nie istnieje. Jezioro jest duże, ponad 700 hektarów, jest gdzie się zatracić. Jak czasami zapraszam moich przyjaciół, to oni cipieją. Nie chce im się wierzyć, że 20 kilometrów od Olsztyna jest coś tak dziewiczego, coś tak nieprawdopodobnie pięknego, cichego, spokojnego obok tego zwariowanego świata. Jest tam rezerwat ptaków, więc i orły, i kruki, i zimorodki. Bajka! Po co mi miasto? Wieczny pęd, ruch, smród spalin. Świat generalnie przyspieszył, nie wiadomo dlaczego. Wszystkim brakuje czasu, mnie również. Wydawałoby się, że jak człowiek ma 60 lat, to wszystko spowalnia. Tymczasem wcale nie!

Pan jest stale twórczy, to i spowolnić nie ma sposobu…

Coś dobrego stale się dzieje.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Justyna Hofman

Dodaj komentarz