Demoludy. Strefa tożsamości

O Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Demoludy w Olsztynie (8-11 lipca) pisze Ada Romanowska.

Dzień pierwszy
Początek Demoludów był pełen muzyki. To pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy, a powody takiego podsumowania są dwa. Po pierwsze Zadara, a po drugie SounDrama Studio. A po trzecie – dźwięki, dźwięki, dźwięki.

Michał Zadara w Olsztynie gościł po raz drugi i tym bardziej na długo przed festiwalem spektakl "Księga Rodzaju 2" został okrzyknięty wydarzeniem imprezy. Czy zasłużenie? Oto na kanwie zapisków schizofreniczki Iwan Wyrypajew w krzywym zwierciadle szpitala psychiatrycznego ukazuje szaleństwo współczesnego i normalnego świata. Niby banał, niby szablon, a ogląda się przyjemnie. Zadara uwodzi melodyjnością słowa – sztuka zdaje się płynąć, a nawet wypływać ze sceny w stronę widowni. Słowo dźwięczy, śpiewa i tańczy, a wypowiadane absurdy w tej konwencji wybrzmiewają nader sensowne. Ba – pozwalają dostrzec to, co na pierwszy rzut oka i ucha wydawałoby się nieczytelne. Wyrypajew nadaje historii nowe sensy – dając nową tożsamość bohaterom. Oto biblijna żona Lota staje się pacjentką psychiatryka, a Bóg to lekarz. Nie ma więc w dialogach samych diagnoz. Jest metafizyka i groteskowa filozofia.
"Księga Rodzaju 2" to przede wszystkim siła gry aktorskiej. Jan Peszek – ironiczny, cyniczny, szowinistyczny i przekorny. Boga w nim za grosz – mógłby równie dobrze stać się diabłem wcielonym. I takim go wymyślił Zadara, który bawi się teatrem i ze spektaklu robi show. Są migające światła, wznoszący się napis "BÓG" ułożony z lampek wyglądających jakby były podwędzone z wystawy sklepowej. Jest wielka przestrzeń osłonięta folią przypominającą strumienie ulewy. Są kolorowe stroje, cyrkowe przebrania, rakieta. Jest w końcu wielki podest, który kojarzy się z efektowną rewią. Tylko stanąć na niej i śpiewać. I właściwie aktorzy wyśpiewują swoje kwestie. A gdyby było mało muzyki słowa, jest ta prawdziwa – śpiew, klawisze i bas. Śpiewa i gra duet Mass Kotki. Olsztyńska widownia kupiła wszystko – każdy detal, każdy dźwięk.
A SounDrama? Koncert moskiewskiej grupy podbił serca olsztyniaków już rok temu. A że historia lubi się powtarzać, więc nie mogło być inaczej podczas Demoludów 2008. Charyzmatyczny Władimir Pankow podkreślił swoim występem, że muzyka łączy i tym samym koncert świetnie wpisał się w zamysł festiwalu. Bo Europa Środkowo-Wschodnia to przede wszystkim wspólne korzenie.

Dzień drugi
Wspólnych korzeni ciąg dalszy. Środa na Demoludach minęła pod znakiem wspomnień dzieciństwa. Tych korzeni wyrwać się nie da – każdy ma swoją lecz wspólną historię.

Rozkoszny. Tak mogę określić spektakl wyreżyserowany przez Aidasa Giniotisa "Open circle" litewskiego teatru o tejże samej nazwie. Dziesięcioro młodych aktorów siada w kręgu i zaczyna rozmawiać o swoim dzieciństwie. Mityng? Opowiadają historie z perspektywy dorosłych banalne, śmieszne. Jednak dziecko widzi świat inaczej – i nie da się zapomnieć tych emocji, jakie kiedyś trzymały za gardło. Dlatego też usadowiona za plecami aktorów widownia świetnie wie, co w trawie piszczy. Bo problemy młodych są wciąż takie same – niezależne od położenia geograficznego.
Tak, to spektakl rozkoszny jeszcze z innego względu. Młodzi aktorzy – absolwenci wileńskiej Akademii Muzyki i Teatru – kładą nacisk na każdy szczegół. Struny głosowe są jednak niezastąpionym instrumentem – zwłaszcza gdy ciekawie wykorzystane. Aktorzy dopieszczają każdy dźwięk i odgłos. Gdy dyskoteka gra – aktorzy bitują głosami. Gdy otwierają się drzwi, można usłyszeć charakterystyczny jęk nienaoliwionych zawiasów. Gdy pada deszcz, grają opuszki palców uderzane o krzesło. Podobnie jest z zapalniczką, zapałką, mieszaniem zupy w garnku, biciem serca.
Spektakl ma jednak małą wadę – mimo iż rozkoszny, to jednak w pewnym momencie zaczyna się dłużyć. Bo ile można być dzieckiem? Ile można w kółko – dosłownie – mówić o historiach małolatów? Jak powiedział Owidiusz – czas to pożeracz wszystkiego. I również tutaj zjada, pochłania odrobinę uroku. Ale odrobinę! Bo mimo rozciągnięcia jest to spektakl przecież rozkoszny!
Natomiast "Strefa milczenia. Tryptyk" Wolnego Teatru z Mińska to sztuka-guma. Nie dość, że rozciągnięta w czasie (dwie i pół godziny), to jeszcze wyżuta. Jedyną siłą spektaklu – paradoksalnie – jest sytuacja polityczna Białorusi. Bo jest to rzeczywiście kraj ciszy, gdzie nie mówi się o problemach. Jednak nie jest to powód, by jak najwięcej wrzucić do jednego garnka, wymieszać i wylewać na scenę. Takie danie jest raczej ciężkostrawne, a przede wszystkim mdłe.
Białoruska zupa składa się z trzech składników. Pierwszy to dzieciństwo i jego legendy, czyli godzina monologów, kilka historii – trochę zabawnych, trochę tragicznych. Drugi smak to gorycz – panorama ludzi wykluczonych. Na scenie pojawia się więc półnagi białoruski homoseksualista. Jest też kobieta-pijaczka, kobieta-komuna oraz tańczący bezdomny. Wszyscy są wykluczeni. I w końcu trzeci składnik – metaforyczny. Projektor wyświetla dane statystyczne na temat społeczeństwa współczesnej Białorusi, a aktorzy doklejają do tych faktów etiudy na miarę amatorskiego teatru. Jednak w porównaniu do dwóch poprzednich części, tę ostatnią można określić nawet wisienką na torcie.
To, że Białoruś jest krajem biednym i zniewolonym, wiadomo nie od dziś. Ale od informowania są media, a sztuka? Ma uświadomić prawdę? Ma ją podkreślić grubą krechą? Wolny Teatr może i próbuje zwrócić uwagę na problemy swojego narodu, ale powinien być szczery i to nie tylko na scenie. Bo oto na widowni zasiada założyciel teatru – Nikołaj Khalezin. Pańskie oko niby konia tuczy, więc obecność lidera nie dziwi. Zaskakuje jednak to, że Khalezin – ubrany w markowe ciuchy – niedyskretnie fotografuje cały spektakl. Na scenie bieda aż piszczy, a tu on podgląda ją okiem drogiego obiektywu. Cyfrowa migawka niestety zagłusza odbiór spektaklu – do tego stopnia, że nie dłuży się on podwójnie, ale nawet potrójnie. Jako że to "Tryptyk" właśnie.

Dzień trzeci
Władimira Pankowa ciąg dalszy. W trzeci dzień "Demoludów" moskiewski teatr SounDrama Studio przedstawił spektakl "Gogol. Wieczory". To spektakl wizualnie i dźwiękowo niezwykle dopracowany i robiący wrażenie. Nie ma co ukrywać – Pankow to showman i podkreśla to w każdej swojej sztuce. A w "Gogolu" przede wszystkim. To ciąg malowniczych obrazów, które wprawione w ruch i okraszone muzyką tworzą pięknie opakowany produkt. Bo aktorzy SounDramy śpiewają rewelacyjnie. Etniczne melodie ubrane w operową szatę – rozłożone na wiele mocnych głosów i instrumentów – wbijają w siedzenie. W tej kwestii to majstersztyk. Trzeba przyznać, że spektakl również dobrze się ogląda. Pankow to malarz, który maluje gesty i ruchy swoich aktorów. Choreografia dopracowana jest w każdym szczególe, co podkreślają również klimatyczne fale świateł i zasypana workami scenografia. Gdyby zatrzymać aktorów w kadrze – za każdym razem wyszedłby genialnie skomponowany obraz.
Tekst bawi, gra aktorska podkreśla komiczność słów, jednak poszczególne kwestie nie lepią się w całość. Feeria barw i dźwięków wybrzmiewa tu jako główny punkt programu. I jeśli mówić o chaosie, to właśnie w tej kwestii. Ale nie zmienia to faktu, że jest to chaos niezwykle poetycki.
Hałaśliwy chaos to natomiast znak rozpoznawczy drugiej sztuki tego wieczoru – "Podróży poślubnej" wyreżyserowanej przez Iwo Vedrala. Spektakl przyjechał z jeleniogórskiego Teatru Dramatycznego im. Norwida i pokazuje Rosję pełną absurdu, groteski i szaleństwa. Tutaj Rosja wciela się w emigrantkę Maszę – w kolorową, odważną dziewczynę, która dużo pije, lubi ostry seks i skłonna jest oddać życie za kwaszone ogórki. Przyznaje, że w jej żyłach płynie żydowska krew, ale nie wzrusza ją Ściana Płaczu. W monachijskiej dyskotece natomiast poznaje Niemca, za którego wychodzi za mąż. Nie jest im łatwo – on z powodów historycznych nie może się z nią kochać, więc ona poddaje go swoistej psychoanalizie. Wiezie go samochodem przez całe Niemcy w mundurze oficera SS. Koniec w tym przypadku wieńczy dzieło.
Ivo Vedral poprzez tekst Władimira Sorokina ukazuje, że -pomimo upływu czasu – myślenie o Europie wciąż generują dwa znaki: SS i NKWD. Jednak taki wybuchowy zestaw nie wybucha. Śmieszy, bo balansuje na granicy kiczu i absurdu.

Dzień czwarty
Gwiazda w Olsztynie. Tak można określić piątkowy "punkt programu" festiwalu, bo bardziej wyraziste okazało się samo nazwisko aktorki niż "Badania terenowe nad ukraińskim seksem" według prozy Oksany Zabużko. Jednak to nie Figura powinna tu schylić głowę, ale reżyserka Małgorzata Szumowska. Widać, że nie ufa ona swojej aktorce – nie wierzy, że Figura potrafi złapać za gardło. A przecież mogłaby, bo "Badania" to obsceniczno-depresyjny monolog oskarżający świat męskiego egoizmu i przemocy, w którym nie da się żyć. Tym bardziej, że bohaterka to Ukrainka – czyli kobieta niższej kategorii. Jednak nie ma jak jej współczuć. Reżyserka nie nadaje spektaklowi dramaturgii. Figura błąka się po scenie – w dodatku w nietrafionej i zimnej – scenografii. Mówi, mówi, mówi – można jej słuchać albo i nie – efekt zdaje się być podobny. Jaki? Nijaki.
Szumowska nie pozwala widzowi niczego sobie dopowiedzieć, dowyobrazić. Na scenie pojawia się mały ekran, na którym wyświetlane są wspomnienia bohaterki. I tak – gdy mowa o dzieciństwie – pojawia się na nim dziecko. Gdy mowa o mężczyźnie – można zobaczyć jego niewyraźną sylwetkę. Ale ekran to nie wszystko. Z głośników niespodziewanie wydobywają się odgłosy – zwroty "ladies and gentleman", sygnały telefonu, religijne pieśni ukraińskie. One nie tyle zagłuszają odbiór sztuki, ile dekoncentrują. Niczego nie podkreślają, nie zwracają na nic uwagi. Są, bo są. Przez to spektakl ma być bardziej nowoczesny, gadżeciarski? Gdy kobieta się wybebesza, nie trzeba jej zagłuszać. Chyba że nie ma pomysłu na to, jak to wybebeszanie zrobić, by aż raziło po oczach.
Reżyserka nie miała pomysłu na to, jak sprzedać widowni szczerą, prawdziwą do bólu Ukrainkę. Szkoda, bo Katarzyna Figura – nazywana raz sex bombą, innym razem słowiańskim wampem – ma potencjał i to daje się odczuć. Jednak zakleszczona w pomysły inscenizatorskie, nie może się z nich uwolnić. Ma nóż na gardle – inaczej jednak niż w porównywalnym monodramie Krystyny Jandy ("Ucho, gardło, nóż"), który gościł w Olsztynie podczas marcowych Spotkań Teatralnych. "Badania terenowe nad ukraińskim seksem" są jego bladą kopią – a jeden i drugi spektakl został zrobiony dla teatru "Polonia". Dwa razy do tej samej rzeki nie powinno się wchodzić.
Kolejny monodram, kończący festiwal, to mołdawski spektakl z Teatru im. Eugene`a Ionesco z Kiszyniowa. Tytuł "Fuck You, Eu.ro.pa!" Dlaczego? "Nie lubię w pupę, bo ta miłość przypomina mi ojczyznę. Niby kochasz, a boli" – między innymi taki tekst pada ze sceny. Tekst, napisany przez Nicolete Esinencu, która była gościem festiwalu. Na przedspektaklowym spotkaniu w kilku słowach opowiedziała, jak wygląda życie w Mołdawii oraz z jakim oporem spotkała się sztuka w rodzimym kraju. By ją wystawiać, autorka musiała zmienić tytuł spektaklu na "Stop Eu.ro.pa!". Bo Mołdawia to miejsce, gdzie dyktaturę zestawia się z tamtejszą demokracją. Tam za każde wypowiedziane na scenie słowo "fuck" trzeba płacić rządowi pięć euro. Cenzura czuwa. Krótkie spotkanie rzuciło więc pewien cień na prezentowany monolog.
Młoda dziewczyna w scenerii łazienki skarży się – wręcz lamentuje – swojemu ojcu. Nowe pokolenie to nowy świat. Dziewczyna rozdarta jest pomiędzy dzieciństwem w Związku Radzieckim, a przyszłością w nowoczesnej Europie, zasypującej ją niezrozumiałymi terminami prywatyzacji, modernizacji, feudalizacji, globalizacji, legalizacji. Z bagażem swojej postkomunistycznej i postradzieckiej rzeczywistości, bohaterka próbuje odnaleźć się w rzeczywistości zupełnie nowej, europejskiej. Stara się więc zmyć przeszłość – dlatego jej monolog przerywany jest odgłosem wody płynącej z prysznica. Poddaje próbie swoją egzystencję, która wydaje się być wręcz klaustrofobiczna, niewygodna. Często też porównuje sytuacje społecznopolityczne ze swoją cielesnością, a nawet z orgazmami. Szczytuje więc w formie monologu, emocje rozrywają jej pretensje.
Spektakl mimo iż fatalnie tłumaczony symultanicznie, to jednak ciekawy i przejmujący. Bo do głosu dochodzi tu rozpacz, a ubrany w poetykę toalety tekst Nicolety Esinencu nabiera barw. Tu konfrontuje się nie tylko nowe pokolenie ze starym, nie tylko mijający ustrój z zaborczą europejskością, ale przede wszystkim polska rzeczywistość z mołdawskim niedostatkiem.

Ada Romanowska
Tekst ukazał się na www.e-teatr.pl

Dodaj komentarz