Warlikowski: Powrót syna zawiedzionego

Powiadali, że to już przeszłość: czas transmisji ze spektakli teatralnych w telewizji należy niedowołanie do czasu minionego. Ale TVP Kultura nie uwierzyła w tę powtarzaną i nie sprawdzaną hipotezę. Po czym sprawdziła i okazało się, że odniosła zwycięstwo. Teraz niech się spierają  egzegeci, czy to teatr telewizji, czy teatr w telewizji. Tak czy owak spektakl Krzysztofa WarlikowskiegoKrum”, zrealizowany pod firmą TR Warszawa i Starego Teatru, zachował swoją siłę oddziaływania na małym ekranie. Co było do okazania.

Krum (Jacek Poniedziałek) wraca z Ameryki nawet bez prezentu dla matki (Stanisława Celińska). Nie osiągnął niczego, nie dorobił się, nie zdobył nowych umiejętności, nie napisał powieści, o której marzy (czy raczej roi sobie). Ma tylko teksański kapelusz. Wraca i od razu czeka go cios – bo na początku padają słowa z końca sztuki: Twoja matka umarła dwie godziny temu.
Dlaczego Krum wraca? Bo nie potrafi odejść, bo tak  naprawdę wszędzie czuje się nie na swoim miejscu, chociaż w dramacie padną słowa Kundery: „Prawdziwe życie jest gdzie indziej”. Ale czy rzeczywiście? Okazuje się, że nikt nie potrafi uciec, choć każdy próbuje. Prowincja wiąże – nie jakaś konkretna, ale prowincja w ogóle, prowincja w człowieku. Na ekranie widzimy obrazki z Tel Awiwu, jego ulic, zaułków, wybrzeża, palmy, stragany, starsze panie i matki z wózkami, zwykłe, przeciętne życie, nic nadzwyczajnego. Na scenie jak w jakiejś poczekalni albo świetlicy, a może starej sali kinowej Krum ze swoimi rozterkami i nieudanym życiem. Była narzeczona Truda (Maja Ostaszewska) zajęta już innym, usłużnym Taktykiem (Marek Kalita), Matka ujadająca (ale jak Celińska potrafi zagrać zawziętego tłuka!), że się jeszcze nie ożenił i syna nie ma, przyjaciel Tugati (Redbad Klynstra), hipochondryk ze wzdętym brzuchem, rozdarty dylematem, czy gimnastykować się rano czy wieczorem, i jeszcze  kilkoro znajomków, wszyscy pokręceni i nieszczęśliwi. Może najbardziej Dupa (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik), świadoma swej brzydoty, odtrącana, szukająca pociechy. Dzięki Trudzie rzuca się w ramiona równie nieszczęsnego Tugatiego. Najbardziej spośród nich wyzwolona, rozbestwiona bogatymi kochankami wydaje się Cica (Danuta Stenka, z nieustannie prowokacyjnie erotycznym uśmieszkiem, błąkającym się na ustach), z seksualnie wygłodniałym Bertoldo, włoskim kochankiem u boku (Adam Najwojczyk). Jest jeszcze nieudane małżeństwo, podstarzały Dulce (Zygmunt Malanowicz) i gęgająca wokół niego młoda żona z ambicjami (Anna Radwan-Gancarczyk). Ucieknie stąd tylko nijaki znudzony Szmita (Paweł Kruszelnicki), potraktowany przez Kruma jak zdrajca. Wygląda na to, że coś się jednak zmieni, bo Krum na nowo podbija Trudę, a dopingowany przez Matkę oświadczy się i zostanie przyjęty, Tugati postanawia poślubić Dupę. Jednak wizyta Cicy krzyżuje plany, Krum nie pozostaje obojętny na jej prowokujące znaki, porzuca Trudę, która ostatecznie wychodzi za Taktyka. Jednak i jej ślub, i Dupy kończą się katastrofą. Taktyk wyzwala się z roli podnóżka, odkrywa tożsamość transwestyty i porzuca Trudę, a Tugati brnąc w hipochondrię zapada na ciężką chorobę i umiera w osamotnieniu. Nic nie pomoże lekarz (Miron Hakenbeck): „Medycyna stanowczo oddala wszelkie prośby o litość”, zapewnia. Jedyne, co może służyć za pociechę to starcze otępienie: „Odpływamy w uspokojenie”. Ale to pozór.
W „Krumie” nic się nie składa, wszystko rozpada, takie życie nie nadaje się do naprawy – choć wygląda śmiesznie, tak naprawdę okazuje swój tragizm, bezwyjściowość. „Krum jest spektaklem o martwych marzeniach, jakichś poronionych płodach marzeń, które strupiały zanim jeszcze zdołały zakwitnąć w głowach postaci” (Piotr Gruszczyński). Smutny spektakl, ale poruszający, chwilami wstrząsający, jak w scenie rozpraszania rozsypanych na stole popiołów skremowanego Tugatiego, wspólnym wysiłkiem przyjaciół – dmuchają razem, zgodnie z wolą zmarłego.
Aktorzy grają intensywnie, grają krwią, na granicy ryzyka. Może najbardziej powściągliwie Jacek Poniedziałek, ale to Krum jest przecież medium, przez które przechodzą widziadła jego wcieleń, przyjaciół, wrogów, najbliższych i jakże dalekich. Ci inni, bardziej rozwibrowani, na koniec powalają go, zmuszają do kapitulacji, do ostatecznego rozstania z marzeniami, które okażą się sfalsyfikowanym alibi do życia. „Twoja matka umarła 2 godziny temu”. Teraz możesz już i ty umierać.
Tomasz Miłkowski

Hanoch Levin, „Krum” tłum. Jacek Poniedziałek, reżyseria Krzysztof Warlikowski, scenografia Małgorzata Szczęśniak, muzyka Paweł Mykietyn, reżyseria świateł Felice Ross, projekcje filmowe Paweł Łoziński, stylizacja fryzur Robert Kupisz, nagranie zrealizowane z udziałem publiczności 30 grudnia 2007 roku; realizacja telewizyjna Józef Kowalewski

Dodaj komentarz