Linda: Nie jestem macho

Rozmowa z Bogusławem Lindą.

Niekwestionowany idol kilku pokoleń kinomanów. Podziwiany, adorowany, naśladowany – wystąpił w wielu filmach, uchodzących dziś za kultowe. Dla nieco starszego pokolenia był znakomitym odtwórcą ról zbuntowanych inteligentów, uwikłanych w moralne dylematy upadającego porządku historii,. Później, przekraczając granicę czasu, wystąpił nieoczekiwanie w zupełnie innych rolach tzw. twardych facetów, które uczyniły go idolem młodszych generacji widzów.

Nie bał się Pan narazić na szwank swój wizerunek „najbardziej męskiego faceta” polskiego kina, pojawiając się w serialu „I kto tu rządzi” w roli gosposi domowej – w kapciach ze ścierką i mopem w ręce?
 
Narażałem go już tyle razy, że jeden raz więcej – w niczym mi już chyba nie zaszkodzi. Może nadeszła pora bym przestał być postrzegany jako „macho”? Może zacznę być normalnie traktowany w końcu normalnie?
Zdecydowałem się na udział w tym właśnie serialu z kilku powodów. Postać Tomka Czajki osobiście wydała mi się nieodparcie zabawna, a przy tym zdecydowanie różni się od większości ról, które miałem okazję grać wcześniej. Także sam scenariusz przez Bartosza Wierzbietę inteligentnie przetłumaczony zrobił na mnie dobre wrażenie.
Uznałem go wielce obiecujący punkt wyjścia do realizacji komediowego serialu; są w nim, moim zdaniem i zabawne dialogi i zabawne sytuacje. Ze szczerym rozbawieniem był on też przyjmowany właściwie przez wszystkie osoby biorące udział w przedsięwzięciu.
W końcu reżyserii sitkomu podjął się mój przyjaciel Maciej Ślesicki, z którym niejednokrotnie już mieliśmy okazję wspólnie pracować w przeszłości; m. in. przy filmach „Sara”i „Tato”, – co było dla mnie gwarancją przyzwoitego poziomu realizacji. Mogłem być zatem pewien, iż żadną taniochą i tandetą nie będę miał do czynienia!
Sięgnęliśmy po całkiem nową na naszym gruncie odmianę sitkomu, kompletnie bodaj niepodobną do wszystkiego, z czym mieliśmy do czynienia wcześniej, co docierało do nas boleśnie w trakcie pracy. Przy realizacji pierwszej serii lały się „krew, pot i łzy”. Serial jest, jak wiadomo, adaptacją amerykańskiego szablonu ” Who is the boss”? Wysłannicy amerykańskiego producenta obserwowali nas podczas powstawania pierwszych odcinków – przekonując się, że udaje nam się szczególny rodzaj humoru z powodzeniem osadzić w rodzimej scenerii. Realizując następne – poruszamy się już swobodniej, po trochę przetartych koleinach. Kończmy kręcić 26 zupełnie nowych odcinków. Będą one wkrótce emitowane od początku września w nowej jesiennej ramówce Polsatu.

Pana niepospolite talenty kulinarne są powszechnie znane. Mówi się jednakowoż, że mężczyzna w kuchni nie wygląda jak rycerz?

Ale wiadomo też, że najlepszymi kucharzami świata są właśnie mężczyźni i najbardziej renomowanymi restauracjami świata zawiadują mężczyźni oczywiście. Gotowanie może być formą artystycznej ekspresji, w której mężczyźni znakomicie się sprawdzają. Rzeczywiście lubię gotować. I to robię to bardzo dobrze bez fałszywej skromności. Lubię też jeść, najchętniej to, co sam sobie ugotuję. W kuchni spędzam dużo czasu i wtedy najlepiej odpoczywam. Wertuję wszystkie ukazujące się na naszym rynku książki kucharskie i moja wiedza w tej dziedzinie jest naprawdę duża. Dorzuciłem kilka lat temu swój mały kamyczek do ogólnej skarbnicy mądrości kulinarnych. Książka „Spaghetti dla samotnego mężczyzny” była jakby podsumowaniem moich wieloletnich na tym polu doświadczeń.

Podobno z żoną jedną z najpiękniejszych polskich modelek Lidią Popiel sprawiedliwie dzieli się Pan domowymi obowiązkami? Nie czuje się Pan zatem w roli filmowej gosposi całkiem nie na swoim miejscu?

Powiedzmy sobie dobitnie, że w sytuacjach na planie funkcjonuję w sposób profesjonalny. Nie muszę wprost opierać się na swoich, mających duże znaczenie w życiu prywatnym, umiejętnościach i talentach. Te dwie sfery życia tzn. prywatna i zawodowa są u mnie na szczęście ściśle od siebie oddzielone; mówię na szczęście, o ochronę swojej prywatności mocno kiedyś przez długi czas walczyłem. I dziś mogę z zadowoleniem powiedzieć, że są to dla mnie dwa różne światy. Życie prywatne jest dla mnie azylem, którego spokój cenię sobie najbardziej na świecie, gdzie odpoczywam i mogę zapomnieć o pracy. Wkraczając w świat zawodu- wiem, że przystępuje do określonego aktorskiego zadania, które staram się jak najlepiej wykonać.

W swoim imponującym dorobku filmowym, składającym się z ponad dziewięćdziesięciu pozycji, ról stricte komediowych miał Pan do tej pory niewiele?

Rzeczywiście, do tej pory moje doświadczenie w tej akurat dziedzinie było niewielkie. W zawodzie aktora płodozmian jest bardzo pożądany. Dobrze jest mieć od czasu do czasu poczucie, że nie wpada się kompletnie w rutynę i że jakiś rodzaj tekstu mówi się po raz pierwszy w życiu! Uprawianie tego zawodu wtedy może być ekscytujące, jeśli ma się okazję do mierzenia ciągle z nowymi doświadczeniami. To mnie chyba kiedyś stronę przede wszystkim w stronę aktorstwa popchnęło; wpisana weń możliwość ciągłych zmian, spotykania nowych ludzi, miejsc i nowych wyzwań artystycznych. Dla młodego człowieka są to pokusy ogromnie nęcące…

Kiedyś Pan powiedział, że gdyby uprawiał Pan aktorstwo, tak jak tego uczą w szkołach teatralnych, już dawno Pan by zgłupiał. Rozumiem, że w Pana prywatnej szkole aktorskiej, założonej razem z Maciejem Ślesickim przygotowuje Pan na swój własny sposób chętnych do pracy w zawodzie aktora?

Szkoły teatralne ciągle uczą w sposób bardzo tradycyjny. Przygotowują prawie wyłącznie do pracy w teatrze. Niezbyt wiele zmieniło się bodaj od czasów, gdy ja sam opuszczałem mury szacownej uczelni. Dysponując solidnym warsztatem aktora teatralnego- przez ładnych parę lat, na swój własny użytek, szukałem odpowiedzi, jak należy grać przed kamerą-
żeby było to aktorstwo filmowe właśnie, a nie teatralne. Zwróciłem uwagę na ewidentne różnice między widoczną w filmie grą naszych aktorów, a zdawałoby się całkowicie naturalnym byciem na ekranie aktorów amerykańskich. Oglądałem uważnie filmy z młodym Marlonem Brando, z Jamesem Deanem, z Jackiem Nicholsonem. Naprawdę bardzo długo i mozolnie, samodzielnie dochodziłem do umiejętności potrzebnych do profesjonalnego występowania przed kamerą. By osiągnąć określony poziom wiedzy i sprawności zawodowej-ciężko pracowałem, przez co najmniej dziesięć lat. Doszedłem zatem do wniosku, że swoją wiedzą i doświadczeniami nie od rzeczy byłoby się podzielić z innymi. Młodzi ludzie chętni do uprawiania zawodu aktora przed kamerą wcale nie muszą na własną rękę przebywać drogi aż tak wyboistej i długiej. Jestem w stanie wtajemniczyć ich, na czym ta sztuka polega i wielu potrzebnych rzeczy nauczyć w czasie o wiele krótszym.

Szkoła, o ile wiem, jest dwuletnia?

Szkoła jest dwuletnia, o zróżnicowanym, uzupełniającym się programie, opracowanym przeze mnie i przez Macieja Ślesickiego. Kształcimy dla potrzeb filmu aktorów, a także scenarzystów i operatorów filmowych. Nie stawiamy naszym adeptom restrykcyjnych wymagań, obowiązujących tradycyjnie w szkołach teatralnych. Nie przywiązujemy np. większej wagi do wieku kandydatów, obcego akcentu nie uznajemy za cechę w przedbiegach dyskwalifikującą. Zbliżamy się do standardów obowiązujących w świecie, gdzie chętni, w wielu różnych miejscach, na wiele różnych sposobów- szukają swojej szansy opanowania upragnionego zawodu. Dajemy absolwentom naszej szkoły stosowny dokument stwierdzający, że są do pracy w branży filmowej w wystarczającym stopniu przygotowani.

Zdarzało się Panu mówić, że zawód aktora wybrał Pan z głupoty po prostu-, co przy Pana pozycji zawodowej uznać chyba trzeba za wyraz przekory? Może kokieterii?

Bardziej niekontrolowanej karygodnej szczerości. Młody adept tego zawodu zwykle wyobraża sobie, iż czeka go życie wesołe, lekkie łatwe i przyjemne. Te oczekiwania najczęściej życie koryguje z brutalną bezwzględnością. Nie jest ani łatwo, ani lekko- podobnie jak i w innych zawodach, do spektakularnych efektów zwykle nie dochodzi się bez rzetelnej wytężonej pracy. I bez uczenia się całe życie nowych rzeczy. Mniej więcej dziewięćdziesiąt procent aktorów nie osiąga sukcesu zawodowego na miarę swoich aspiracji, i zmaga się z uczuciami frustracji i rozgoryczenia.

Pana samoocena w oczach własnych źle wypaść chyba nie może?

Oczywiście, że jestem świadomy tego, że na swojej drodze zawodowej osiągnąłem bodajże wszystko, co było w tym kraju w do osiągnięcia. Mogę czuć się usatysfakcjonowany; pod względem artystycznym w pełni wykorzystałem to, co było w zasięgu moich możliwości. Zrobiłem to, co zrobić mogłem, co powinienem. Udało mi się zagrać znaczące role w filmach, takich np. jak „Psy 1” i „Psy 2”- z których przełomowego znaczenia coraz bardziej zdajemy sobie sprawę. Stały się pozycjami kultowymi o randze dotychczas niepodważalnej. Ogromnieją z czasem, wyznaczyły pewien kanon, którego funkcjonowanie w obiegu społecznym dla innych produkcji ciągle pozostaje nieosiągalnym punktem odniesienia. Aktor niczego nie może dokonać sam. A ja miałem to wielkie szczęście, że spotkałem w odpowiednim czasie ludzi, którzy posługując się nowym językiem filmowym, umieli opowiedzieć takie historie i stworzyć takiego bohatera, które zostały przez publiczność z całym dobrodziejstwem inwentarza absolutnie kupione.
W dziedzinie aktorstwa, zatem zaspokojone zostały wszelkie moje ambicje- no może poza finansowymi gratyfikacjami.

Na temat Pana dochodów krążą porażające legendy.

I są to ni mniej ni więcej tylko właśnie legendy. Lepiej przy tej kwestii nie zatrzymujmy się dłużej; moje sukcesy pod tym kątem oceniane nie są akurat szczególnie imponujące. I nie pozwalają mi na błogie nicnierobienie, o czym ostatnio, pracując na planie po dwanaście godzin dziennie, coraz częściej zdarza mi się marzyć.

Postawił Pan kiedyś na realizację swych artystycznych ambicji w kraju o ograniczonym filmowym potencjale? Podobno, mając wszelkie możliwości zawodowego funkcjonowania w różnych krajach, świadomie Pan z tych możliwości swego czasu nie skorzystał.

Zwykle mowie anegdotycznie, że wszędzie na świecie tęskniłem zawsze za ciepłą wódką i carmenami w Polsce. Uważam, mimo wszystko, że aktor w kraju, w którym się urodził, ma szansę realizować się najbardziej wszechstronnie. Wiem, że tutaj mam swoją publiczność. Tzn. publiczność, z którą porozumiewam się w najbardziej dla mnie satysfakcjonujący sposób, wiedząc jak się w naszej wspólnocie myśli i jak się przekazuje uczucia w języku w całym bogactwie niuansów znanym od dziecka. W każdym innym kraju jest się w zawodzie aktora tylko cudzoziemcem, o wysoce ograniczonych wszelkich możliwościach. Przede wszystkim artystycznych. Emploi aktora-cudzoziemca ze zrozumiałych względów musi być bardzo ograniczone.

Chętnie Pan podkreśla, iż Pana niezbyt swojsko brzmiące nazwisko wskazuje na intrygujące kulturowe powinowactwa?

Mówię czasem żartem o swoich niemieckich korzeniach- choć, kto wie, może to nie wcale taki żart do końca. Źródłosłów nazwiska w różnych formach występuje w paru zachodnich językach. Wywodzę się z Torunia; wiadomo, że przodkowie mojej rodziny, w linii prostej, osiedlili się tam już w trzynastym wieku. Przybysze w ciągu wieków przyjmowali miejscowe obyczaje i całkowicie się spolszczyli.
 Rzeczywiście-coś w tym jest!- pewne cechy mojego charakteru wskazują, że w swym wyposażeniu genetycznym swym odległym przodkom wiele zawdzięczam. Wszystkie rzeczy, których się podejmuję, wykonuję rzetelnie i zawsze, nie bacząc na przeciwności, staram się je doprowadzić do samego końca-najlepiej jak potrafię. W artystycznym zawodzie, jaki uprawiam, nie jestem pozbawiony swego rodzaju praktycyzmu, co bardzo mi pomaga w różnych okolicznościach i co uważam za jeden ze swoich najważniejszych atutów.
       
Rozmawiała: Anna Borowa

Dodaj komentarz