Wielki penis Jackie Kennedy

Olsztyniacy mają okazję uczestniczyć w spowiedzi First Lady, kobiety-legendy. To nie żaden wywiad z cyklu "ekskluzywnych", to nie scenariusz filmu, w którym Jackie jawi się jako Matka-Żona-Amerykanka. Elfriede Jelinek, a wraz za nią Weronika Szczawińska i Milena Gauer, ukazuje Jackie jako normalną kobietę, która boryka się ze swoimi słabościami.
I rzeczywiście się boryka. Bo życie Jackie nie jest proste. Znaczy tyle, ile jej kostium. Tyle, ile napisze o niej kolorowa prasa. W końcu tyle, ile myślą o niej ludzkie głowy. Olsztyńska Jackie nie dba o konwenanse. Milena Gauer świetnie rysuje postać kobiety zagubionej i przerażonej tym, co się z niej wykluwa – co tworzy jej ikonę. Bezustannie mówi, a potok słów wydaje się często nieskładny. Jackie nie potrafi nad nim zapanować – ani też nad tym, co wyprawia na scenie. Monolog ma nad nią przewagę, chwyta ją za gardło, ona nie może się temu poddać. Wyrzuca z siebie wszystkie boleści, a tematów nie brakuje.
Nie było by Jackie Kennedy, gdyby nie John Kennedy. Wielki prezydent-legenda dla świata, ale nie dla swojej żony. W spektaklu ona nie ukrywa jego uzależnienia od seksu, od kobiecego ciała i od kopulacyjnych ruchów, których Jackie vel Milena Gauer nie wstydzi się pokazywać. W tych obscenicznych sytuacjach Jackie jawi się jako kobieta-ofiara, która nie potrafi zapanować nad siłą mężczyzny. Konwenanse każą jej stać przy jego boku – taka jest jej rola. Tyle że musi stać przy jego boku nie tylko przed kamerami, ale i w alkowie. Nie jest w tym momencie Pierwszą Damą – jest jedną z wielu. Jest ujściem jego emocji, co jest dla niej samej jest bolesne. Bo nie po to Bóg stworzył Jackie Kennedy! Jej kobiecość zostaje sprowadzona do jednego – do bezuczuciowej, cielesnej miłości. Jackie więc w swoim monologiem zabija mit prezydenta-bohatera. Bo jaki on bohater? Według niej to zwykły fiut! I dlatego Weronika Szczawińska personifikuje Kennedy'ego w gumowym penisie i daje aktorce pole do popisu. A Jackie wyprawia z nim przeróżne rzeczy – między innymi śpiewa do niego. Raz jak prawdziwa dama, innym razem jak wykorzystywana tania dziwka.
Jackie pojawia się na scenie z różowym kostiumie od Chanel. To w tym stroju odbyła ostatnią podróż ze swoim mężem – i to ten strój prezydent splamił swoją krwią. Jackie, w której ramionach Kennedy umiera, została okrzyknięta kobietą cierpiącą. Szczawińska znów temu zaprzecza. Kiedy Jackie opowiada o pamiętnym 22 listopada 1963 roku, łapczywie je hamburgera. Rozrywa go zębami na kawały – tak jak kula rozerwała prezydencką głowę. Nie czuje nic, bawi się swoją opowieścią – do tego stopnia, że kwestię (można określić ją "anatomiczną") wygłasza dwukrotnie. Za każdym razem w innej interpretacji. Pomimo takiego podejścia Jackie, nie da się ukryć, że ten dzień nie odcisnął na niej piętna. Szczawińska podkreśla to sceną, kiedy to First Lady się perfumuje. Zamiast kilku kropel zapachu, na jej legendarnym kostiumie rozpryskuje się krew. Ta czerwień to więc jej znak rozpoznawczy – niczym woń markowych perfum.
Jackie błąka się na scenie między porozstawianymi po kątach planszami, w których wycięta jest jej sylwetka. Jak to można odczytać? Czyżby "najmądrzejsza, najpiękniejsza i dająca przykład" Jackie była pusta w środku? Ale taka scenografia dowodzi też szablonowość Miss Lee Bouvier. Każda plansza ma inny deseń, ale taką samą dziurę w środku, w którą można się idealnie dopasować i stać się na chwilę Jackie. Wystarczy odpowiednio stanąć. Jednak kartonowy szablon to sylwetka Jackie wypromowanej i wyciętej ze swojej własnej rzeczywistości.
Jackie wykorzystuje szablony kończąc swoją historię. Stają się one wiekiem do trumny, którą ona sama sobie montuje. Podśpiewuje w międzyczasie – parafrazuje hymn amerykański. A to jazzuje, a to swinguje – jednym słowem nie bierze melodii "Gwiaździstego sztandaru" na poważnie. Nucąc ją pod nosem, sprząta scenę, by nic po sobie nie zostawić. Ale czy naprawdę nic? Trumna stoi w pionie i gdy już Jackie się w niej "umieszcza", wystawia głowę – wpasowując ją w owalny otwór. Czyli tak daje się światu zapamiętać, ile zdoła umieścić w przygotowanym szablonie.
Milena Gauer przez godzinę daje z siebie wszystko. Tarza się, energicznie chodzi, przewiesza plansze, a do tego mówi, mówi i mówi. Wszystko jest jakby wrzucone do jednego worka, więc momentami znaczenie tekstu wymyka się spod kontroli. Momentami trudno jest powiązać ze sobą zdania. Panuje chaos. Ale z drugiej strony życie Jackie było chaosem – tłumy ludzi wokół niej, tłumy spraw, a ona pośrodku sama. Mała i bezbronna kobieta – uwikłana w sidła swojego różowego stroju. Jackie jak każda kobieta – tyle że w obliczu wielkiej historii. I ten spektakl "Jackie. Śmierć i księżniczka" też przejdzie do historii olsztyńskiego teatru. Bo wart jest tego.
Ada Romanowska

Tekst ukazał się na www.e-teatr.pl

Dodaj komentarz