…i zawsze sprawia dobro

Jeśli ktoś potrzebuje dowodu, że teatr dramatyczny trzyma się mocno, niech idzie do Teatru Małego na „WędrowcaConora McPhersona. Irlandczycy od lat pokazują, jak się powinno pisać się dla teatru, nie oglądając się na ideowych zwolenników śmierci teatru dramatycznego czy piewców teatru postdramatycznego. Talenty nierówno natura rozdaje, a Irlandczyków obdarza hojnie.

Ta sztuka, jak inne utwory tego autora, dobrze znane w Polsce „Tama” czy „Dublińska kolęda”, chwyta swoich bohaterów w pułapkę szczerości: oto nadchodzi chwila, kiedy trzeba stawić czoło swojej historii, zmierzyć się z nią, porachować. Tym razem dzieje się tak podczas wigilijnego wieczoru, kiedy u braci Harkinów, starszego z nich, ociemniałego niedawno Richarda, i młodszego, przybyłego z Północy, aby się nim opiekować, alkoholika Sharky'ego pojawiają się nieproszeni goście. Jest wśród nich niejaki pan Lockhart, niedaleki krewniak Mefistofelesa z „Fausta”, a także z „Morskiego wędrowca”, pradawnego poematu anglo-saksońskiego (jego piękny przekład pióra Doroty Kozińskiej można znaleźć w programie teatralnym). To Lokhart sprawia, że zwykła gra w pokera staje się grą o duszę, a Sharky musi zmagać się z widmami przeszłości. Zresztą nie tylko on. Każdy nosi w sobie jakąś mroczną tajemnicę, poczucie klęski, ale i niespożytą energię, aby mimo wszystko trwać. McPherson ukazuje świat mężczyzn walczących o przetrwanie, zdesperowanych, gwałtownych, a zarazem czułych. Jest między nimi też Ivan, stary druh od kieliszka obu braci, skłonny do ryzykownej gry, waletujący u Harkinów z upodobaniem, a także Nicky, przyjaciel Richarda, który odebrał Sharky'emu żonę. I tajemniczy przybysz, diabeł lgnący do ludzi, zazdrosny o ich spokój duszy.
Piekielnie inteligentna, precyzyjnie napisana sztuka, której spr ężyną napędową (a dla autora niezłą barierą do pokonania) jest… gra w pokera. Gęste, zmysłowe wizerunki postaci dają aktorom świetny materiał do stworzenia prawdziwych kreacji. To nie jest spektakl gwiazdorski, bo wszystko w nim chodzi jak w pokerze, ale spektakl, w którym błyszczy cała obsada: Henryk Talar jako gwałtownik Richard, cierpiący fizyczne katusze, stęskniony mocnego, męskiego życia, Zbigniew Zamachowski, jako odtrącony przez świat nieudacznik, wiecznie wściekły Sharky, który daremnie usiłuje wprowadzić jakiś ład w swoje życie, Waldemar Kownacki jako żyjący bezrefleksyjnie chwilą, bardzo emocjonalny Nicky, Jerzy Łapiński jako potulny na pozór Ivan, zimnym draniem podszyty, i wreszcie Krzysztof Wakuliński, podchmielony pan Lokhart, przybysz z piekła, gdzie jest dojmująco zimno i nikt nikogo nie zna – ten obraz piekła głęboko pozostaje w pamięci widza, McPherson uchwycił w nim samą esencję bólu samotności i odrzucenia. Ale to właśnie obolały przybysz z dna poniżenia potwierdza, że jest „Tej siły cząstką drobną/ Co zawsze złego chce, i zawsze sprawia dobro”.
 Świetne przedstawienie, poprowadzone pewną ręką przez Wojciecha Malajkata, celujący egzamin reżyserski. Krzepiąca (choć wcale nie słodka)  opowieść o tym, że każdy zasługuje na ocalenie, każdy może znowu stanąć przez swoja szansą.
Tomasz Miłkowski
Conor McPherson, „W ędrowiec”, tłum. Anna Wołek, reżyseria Wojciech Malajkat, scenografia Jan Kozikowski, światło Wojciech Puś, Teatr Mały, prapremiera polska 14 marca 2008

Dodaj komentarz