Kafka, Szyc, czyli Józefa K. wyjście z cienia

O inscenizacji Procesu Franza Kafki w Teatrze Współczesnym w Warszawie.
Józef K. – wyjście z cienia

Cały czas scena tonie w mroku, rozświetlana mdłym światłem lamp naftowych lub przyćmionych reflektorów. Józef K. błądzi w klaustrofobicznym labiryncie przesuwających się ścian, bywa uwięziony wśród rozwieszanych prześcieradeł albo miota się bezsilnie w łożu sądowego malarza, cierpiąc na napady potu i duszności. Początkowo zirytowany, potem gniewny, wreszcie osaczony i osamotniony znikąd nie uzyskuje pomocy. Ginie przed drzwiami prawa. Jak pies.

Wcześniej usłyszy ujadanie psów, o złowieszczej tonacji. Czy wtedy już wie? Możliwe, że przeczuwa. Nie wie jednak, że zginie w pełni światła, że w godzinie śmierci wydobędzie się z mroku, a jego oprawcy jak para cyrkowych iluzjonistów poprowadzą go na rytualną rzeź. Gdy już padnie zarżnięty, odsłania się kurtyna w tylnej ścianie sceny, a tam dostrzeżemy dwa rzędy publiczności – wszystkich aktorów „Procesu”, którzy, jak się okazuje, śledzą ostatnie tchnienia bohatera. Kaci składają im ukłon. A więc tak to się kończy: najpierw wleczony na egzekucję wśród obojętnego tłumu, Józef K. staje się aktorem w ostatecznym dramacie. Taki jest koniec.
W inscenizacji Macieja Englerta nie ma kokieterii modnych dziś przebieranek. Józef K. nie chodzi z pepeszą, nie morduje ludzi sądu, nie jest też transseksualistą ani feministką. Może nimi być, ale nie w tym rzecz. Englert stawia na inteligencję widza, jego wrażliwość, oko i ucho. Zmusza do słuchania i patrzenia. Publiczność poddaje się tej aurze, w skupieniu towarzyszy dziejom aresztowania Józefa K., choć większość z nich doskonale te dzieje zna. Ale to jest spektakl dla widzów „Hamleta”, którzy na „Hamleta” przychodzą, mimo że to kiedyś widzieli i czytali. Słowem Englert nie dziwaczy, ale odtwarza duchowe uplątanie bohatera, wnika w sytuację jednostki uzależnionej wieloma nićmi od sądu (czyli od tego wszystkiego, co na zewnątrz).
Spektakl toczy się równolegle na wielu poziomach: na poziomie podstawowym ukazuje losy urzędnika bankowego, który w niepojęty dla siebie sposób zostaje nagle poddany procesowi anihilacji – nie od razu, ale stopniowo, żeby bardziej bolało. Na poziomie najwyższym jest metaforą ludzkiego losu. Przestrogą i ostrzeżeniem: zawsze jesteś winien i nieuchronnie poniesiesz karę. Wyrok zapadł już w chwili, kiedy pojawiłeś się na świecie.
Sposobów czytania tego, co na scenie, i tego, co w doświadczeniu widza,  może być nieskończenie wiele. Najważniejsze, że ten spektakl daje rozmaite impulsy, kieruje tropy w rożnych kierunkach. Oto na przykład wujek (fenomenalna rola Damiana Damięckiego) jest krewniakiem Wujka z Różewiczowskiej „Kartoteki”, a ujadające psy przypominają psy z „Pułapki”.
Niejednoznaczność, zagadkowość i groza egzystencji to coś więcej niż ewentualny „Proces” odczytany jako oskarżenie biurokracji w stylu projektowanej IV Rzeczypospolitej, choć i taka możliwość czytania tego przedstawienia istnieje. Englert nie ucieka od świata. On go nie parodiuje ani nie portretuje jak malarz realista, ale komentuje. Czy publiczność jednak to zrozumie? Publiczność przyzwyczajona do mocnych środków wyrazu, świateł stroboskopowych, projekcji wideo i muzyki pop?
Nie wiem, ale próbować warto, zwłaszcza, że wspaniale poprowadzeni aktorzy dają w tym spektaklu mistrzowsko zakomponowane portrety, poczynając od Borysa Szyca, który jako Józef K. odsłania wnętrze człowieka, przeżywającego narastający ucisk garroty. Jeśli dodać do tego cynicznego adwokata Hulda Piotra Garlickiego, dwulicowego kupca Blocka, opętanego swoim wieloletnim procesem, Janusza Michałowskiego czy też dobrotliwą, ale grozą podszytą panią Grubach Stanisławy Celińskiej, to już dość, aby w tym spektaklu się rozsmakować. Idealnie zharmonizowana z rytmem scenografia (dodatkowy mocny aktor spektaklu) i wystudiowane kostiumy, precyzyjne światło, wszystko to składa się na popis teatralnego rzemiosła. Taki jednak popis, który sobą się nie chełpi, ale jest podporządkowany nadrzędnej idei dzieła. Wielkie, ważne przedstawienie, moralitet, którego odwiecznym bohaterem jest Każdy. Jego motto, zaczerpnięte z „Dzienników” Kafki można odnaleźć w teatralnym programie: „Jeżeli jestem skazany, to nie tylko na śmierć, lecz także na samoobronę aż do śmierci”. Oto los Józefa K. Los Każdego.
Tomasz Miłkowski
Franz Kafka, „Proces”, tłum. Brono Schulz, adaptacja i reżyseria Maciej Englert, scenografia Marcin Stajewski, kostiumy Anna Englert, muzyka Zygmunt Konieczny, ruch sceniczny Jan Pęczek, Teatr Współczesny w Warszawie, premiera 29-30 marca.

Tekst publikowany w Przeglądzie

Dodaj komentarz